Ziemia, w której polegniemy (Wesołe Miasteczko)

Zapach ziemi i cisza. W małej przestrzeni pokoju-sceny Teatru Odwróconego te dwa, wydawałoby się organiczne dla człowieka elementy otoczenia, tutaj wzbudzają strach i niepokój. Z tytułowego wesołego miasteczka pozostał już tylko bieg w kółko (karuzela?) trzech marionetkowych postaci. A ta piaskownica – to Polska. Trzeba tylko odkopać potrzebne rekwizyty.

Gdyby zamknąć oczy, po przeraźliwej ciszy usłyszelibyśmy zawodzące szmery. Huśtawki na karuzeli ruszają powoli, jeszcze opornie, coś się zacina. Najpierw jedna postać rozpędza się, później kolejna. Pędzą coraz szybciej, wydając z siebie coraz to dokładniej artykułowane dźwięki. Słowa nie sprawiają, że sytuacja jest jaśniejsza. Jednak – kiedy szalony pęd się rozpocznie, nie sposób go zatrzymać. Przerażająca cisza już nigdy nie powróci. Kakofonia i hałas opanowały scenę. Nawet szept aktorów wdziera się do głowy jak krzyk. Skandujące tłumy, rockowe piosenkarki, propagandowe przemowy, wrzaski, lamenty, obrzędowe pieśni – to wszystko słychać w tym miasteczku. Już na pewno nie wesołym.

Teraz zamieńmy się w głuchych. Marionetki w białych, obcisłych strojach tarzają się w ziemi. Białe zostają już tylko ich twarze, z wymalowanymi wąskimi ustami w karykaturalnym uśmiechu. Głównym ich działaniem jest grzebanie w brunatnej glebie i wyciąganie stamtąd rekwizytów polskości: jest chustka wojennej sanitariuszki, robotnika-górnika, rolnika, prastare słowiańskie maski, godło, pień ściętej wierzby, krew, niedziałający telewizor, skórzane walizki… Żadna z postaci nie ma tożsamości, ale posiada racje. Uwaga jednak: racje te służą jedynie kłótni i ścieraniu się. Nie musimy nawet słyszeć słów – z konfrontacji rodzi się tylko kolejna i jeszcze następna walka. Jednego odmówić aktorom nie można – walczą z obojętną publicznością do ostatniej kropli krwi. Jeśliby miał to być spektakl o polskości – ich krwiożercza walka byłaby synonimem nieudolności, pomimo całkowitego poświęcenia sprawie. Ta strategia reżyserska jednak szybko się wyczerpuje, wywołując w widzu niesmak.

Mam wrażenie, że Róża Żeromskiego, na podstawie której powstał spektakl, posiada w sobie potencjał obalający mity polskości: męczeństwo za ojczyznę, wielki patriotyzm, szlacheckie pochodzenie, uwielbienie tradycji. Tylko że nawet Budzyk nie wierzy w aktualność tych problemów i mówi to otwarcie w ostatniej, utrzymanej w kompletnie innej poetyce scenie. Na co więc ten godzinny pokaz „polskich osobliwości”? Żeby pokazać, że już nic Polaków nie łączy, że otoczeni brudną polityką sami, nawet nieświadomie, zostaniemy splamieni?

W tym nagromadzeniu dźwięków, obrazów i racji gubi się najciekawsza metafora tytułowego wesołego miasteczka. I nie chodzi mi tutaj o rozrywkowy charakter tego miejsca, ale o jego potencjał tworzenia nowych doświadczeń jednostek. O to, że nawet gdy wypadniemy z karuzeli i zbijemy sobie kolana – otrzepiemy się, podniesiemy i wsiądziemy na nią jeszcze raz, żeby spojrzeć na świat z innej perspektywy. Tego udaje się dokonać postaciom scenicznym. Szkoda, że nie nam.

Julia Lizurek, Teatralia Kraków
Magazyn Internetowy „Teatralia”, nr 138/2015

Teatr Odwrócony Czysta Reforma

Według Róży Stefana Żeromskiego

Wesołe Miasteczko

reżyseria, scenografia, adaptacja: Szymon Budzyk

charakteryzacja, kostiumy: Aleksandra Dąbrowska

obsada: Karolina Fortuna, Radosław Sołtys, Piotr Franasowicz

premiera: 9 kwietnia 2015

fot. Angelika Witkowska

Julia Lizurek, rocznik 1990, studentka wiedzy o teatrze, poszukiwaczka poezji w życiu i w teatrze.