Zakochani w ciele (BEZ TYTUŁU) (2000)

Jeśli ten spektakl nie jest o historii tańca, to o czym jest?” pyta już pod koniec spektaklu-performansu Tino Sehgala – jeden z dwóch interpretatorów słynnej choreografii. Był rok 2000, kiedy Sehgal opuścił teatr i zwrócił się w kierunku galerii sztuki, gdzie zamiast wystawiać przedmioty, zaczęto wystawiać ludzi. W swoim ostatnim działaniu teatralnym przemienił zaś tancerzy w ruchome rzeźby. Tak przynajmniej, w swojej interpretacji, w spektaklu (BEZ TYTUŁU) (2000), pokazują to Frank Willens i Boris Charmatz.

Kiedy po raz pierwszy rozbłyska światło, tak na scenie, jak i na widowni, naszym oczom naprawdę ukazuje się rzeźba. Klasyczne kanony zostały zachowane, bo to idealnie wyrzeźbione, nagie męskie ciało. Widać wszystkie mięśnie, kości i ścięgna, widać napięcia, poruszenia i rozluźnienia, widać krople, a później strumienie potu. Widać doskonałości i wady. Tancerze to nie piękne motyle, które unoszą się lekko w przestrzeni. Walczą ze sobą, z krępującą nagością, z tym, że babcia jest na widowni, z tym, że podłoga jest zbyt śliska. Tutaj nie zadziała klasycznie rozumiana iluzja. Tak, jak my przyglądamy się tancerzom, tak oni przyglądają się nam. Pierwsze dwadzieścia minut wzbudza zmieszanie i niepewność. Najprostsze rzeczy, takie jak chodzenie, sprawiają największą trudność. Panie w pierwszym rzędzie badawczo przyglądają się pośladkom tancerza. Performerzy mówią, że ich ulubioną figurą choreograficzną jest ta, gdy na czworakach zwróceni są w kierunku przeciwnym do widowni. Wtedy ciężko odwrócić wzrok od rzeczonych pośladków. Ponieważ to właśnie ciało wywiera największe wrażenie. Co może być paradoksem, gdyż pozbawione zostało tej całej baletowej, teatralnej, iluzorycznej otoczki. To, co dzieje się na scenie, równie dobrze mogłoby dziać się w ich garderobie, na sali prób. Spektakl skupia się na procesie i szukaniu nowych form ekspresji, odkrywaniu szaleństwa, dziwności, metafizyki.

Przegląd ról i choreografii jest szeroki. Począwszy od ruchomych klasycznych rzeźb, poprzez zwierzęta, dzieci, osoby upośledzone. Brak tu jakiejś hierarchii, związków przyczynowo-skutkowych oraz linearności. Skrawki choreografii pozszywane są grubą nicią. Ta gruba nić to prywatne bycie tancerzy na scenie. Powstaje z tego patchwork, którym można się nakryć. W ten sposób oswoimy swoje zmieszanie i w końcu zakochamy się w szaleństwie tancerzy, które ucieleśniają w precyzyjnych lub niedbałych ruchach.

Jeśli oddziaływanie cielesne nie wywrze na nas wrażenia, to na pewno pozostaniemy pod wpływem upływającego czasu, o którym artyści nieustannie będą nam przypominać. Powiedzą, ile czasu minęło, powtórzą układy, wybiegną w przyszłość, prezentując choreografię z 2017 roku oraz zweryfikują koncepcję dotyczącą niemożności jednoczesnego myślenia i tańczenia.

„Jeśli ten spektakl nie jest o historii tańca, to o czym jest?” To pytanie dręczy. Dopominamy się o porządek, strukturę, znaczenie. Pragniemy usiąść w wyciemnionej części sali teatralnej, w wygodnych krzesłach, by móc bezpiecznie przyglądać się temu, co dzieje się na scenie. Jednak w przypadku (BEZ TYTUŁU) nie poczujemy tego komfortu. Światła na widowni będą paliły się cały czas. Nieostrożnego widza nie zdradzi już dzwoniący telefon. Zdradzą go jego reakcje. Performer jednak spróbuje oswoić to zdenerwowanie. Opowie historię swojej babci, która siedzi właśnie na widowni. „Cieszę się babciu, że jeszcze nie wyszłaś” – mówi Frank. Zastanawiam się wtedy, czy twórcy nakazali mówić widzom, że nie można wychodzić w trakcie przedstawienia, czy był to zwyczajny obyczaj teatralny? Nic dziwnego, że Tino Sehgal uciekł do galerii. Tam wszystko wydaje się prostsze.

Na wystawie Performance Now, również odbywającej się w ramach Krakowskich Reminiscencji można zobaczyć pracę Jérôme’a Bela (także francuskiego choreografa). Jej bohaterką jest Véronique Doisneau, niższej rangi tancerka paryska, lada dzień mająca odejść na emeryturę. W tej pracy wrażenie robią ciało, ruch, precyzja; nieubłagany jest upływ czasu, który każe tancerce zejść ze sceny. To, co łączy prace Willensa, Charmatza i Bela to struktury władzy wpisane w ciało, czas i przestrzeń. Ale dopiero w spektaklu (BEZ TYTUŁU) (2000) baletowe rygory wydają się niesprawiedliwe i jednocześnie zachwycająco słuszne. Zapętlona w czasie choreografia jest nużąca, ale z czasem przemienia się w kojącą reminiscencje. A oświetlona na widowni babcia może być jednocześnie przerażona i dumna, smutna i szczęśliwa, jak Véronique Doisneau w czasie samotnego solowego popisu.

Julia Lizurek, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 111/2014

9 Krakowskie Reminiscencje Teatralne, Kraków 4-12.10.2014

(BEZ TYTUŁU) (2000)

koncepcja: Tino Sehgal

interpretacja: Boris Charmatz, Frank Willens

Julia Lizurek, rocznik 1990, studentka wiedzy o teatrze, poszukiwaczka poezji w życiu i w teatrze.