Zakamuflowane opowieści

Żeby mówić o specyficznym statusie, by nie powiedzieć „życiu”, przedmiotów na scenie, nie musimy znać słownika posthumanizmu. Nie chodzi tu jednak tylko o symbolikę. O to, że wisząca na ścianie strzelba w trzecim akcie musi wystrzelić. Są bowiem takie rzeczy, którym pisana jest dominacja. Zarówno nad przestrzenią, jak i nad aktorami (wystarczy przypomnieć Tadeusza Kantora i jego Maszynę aneantyzacyjną). Istnieją także takie rekwizyty, które – bez cienia metafory – wpływają na rozwój akcji i takie, które są jej bohaterami. Ojcem tych ostatnich jest Guy de Cointet.

Pisząc o „bohaterach”, nie mam na myśli przedmiotów magicznych. Guy de Cointet był wszak artystą konceptualnym, nie bajkopisarzem. Nie stwarzał gadających czajników, tańczących widelców ani śpiewających noży. Do życia powoływał obiekty. Twory zagadkowe, choć nieme. „Książki są ludźmi” – napisała o jego rekwizytach Marie de Brugerolle. Trudno to wyjaśnić, ale nie sposób zarzucić francuskiej badaczce pociągu do metafor nazbyt patetycznych. De Cointet nie bawił się co prawda w alchemiczne ożywianie materii, ale – bez wątpienia – trudnił się ożywianiem języka i narracji. Opowieści budował wokół, często atrakcyjnych wizualnie, lecz niekoniecznie dramaturgicznie (na pierwszy rzut oka), przedmiotów-bohaterów. Miarą wszechrzeczy były rzeczy. To zza nich wyłaniał się człowiek. Na dodatek tylko po to, by opowiedzieć ich historie, a właściwie – historie w nich/na nich wypisane. Obiekt de Cointeta ma status wyjątkowy przez swoje podobieństwo do czaszki Holbeina – z daleka wydaje się tylko plamą. Trzeba umiejętnie podejść.

Tak do przedmiotów zmarłego przyjaciela podchodzi Mary Ann Glicksman. Wcielając się w role rozpisane nie w dialogach, lecz w kaligramach i rebusach, aktorka pokazuje, jak wiele zdań i rozdziałów, ale też miłości i rozpaczy, kryje się za kolejnymi znakami mistrza konceptu i tajemnicy. Krajowskiej publiczności artystka opowiedziała trzy takie historie (Idąc na targ, Dziennik mojego ojca, Dwa rysunki), szybko i wdzięcznie wprowadzając w zasady gry. Niebieska literka jest rzeką, dotknięcie zielonej skutkuje przeniesieniem na prerie. Nawet dekoracja okazuje się tekstem. Rozsypane imiona kochanków wydają się przy tym aż nazbyt tradycyjne. Co najciekawsze – abstrakcja reprezentuje sens.

Dramaturgii poszczególnych performansów, których przez szacunek dla tajemnic nie opowiem, najbardziej służy kontrast. Odrealniony komunikat tekstowy zderzony z jak najbardziej realną aktorką i jej wartką, spójną narracją staje się niejako ponownie prawdziwy. To piękna metafora trudu, jaki trzeba włożyć w pielęgnowanie opowieści, w ocalanie pamięci. Glickman z właściwym sobie urokiem prowadzi nas przez labirynty de Cointenta, odgrywając przy tym jeszcze jedną, właściwą teatrowi świata, rolę – ucieleśnionego wspomnienia przyjaciela.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 111/2014

19 Krakowskie Reminiscencje Teatralne, Kraków, 4-12.10.2014

Guy de Cointet

Dwa rysunki

Dziennik mojego ojca

Idę na targ

wykonanie: Mary Ann Glicksman

Alicja Müller, rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.