XIX-wieczna Rosja wciąż nam bliska

XIX-wieczna Rosja wciąż nam bliska

Czy możliwe jest stworzenie trzygodzinnego spektaklu – w którym pięcioro bohaterów krąży od ściany do ściany, nie podejmując żadnego działania, a jego fabuła powstała w oparciu o jeden tylko motyw z tysiącstronicowego, jednego z najwybitniejszych dzieł światowej literatury – tak, aby widzowie oglądali go z zapartym tchem? Możliwe, a udowodnił to Jacek Orłowski, reżyserując spektakl Karamazow.

Zapewne większość z Państwa przejawia podobny stosunek do kanonu najwybitniejszych dzieł światowej literatury – obudzeni w środku nocy bylibyście w stanie wymienić minimum piętnaście tytułów, chociaż podczas rozmów towarzyskich zachwycacie się kunsztem pisarskim ich autorów. Ale żeby od razu je czytać… Wszyscy doskonale wiedzą, że te książki są nudne. Może jeszcze na zimowe, długie wieczory nadaje się Mistrz i Małgorzata albo Imię róży, ale taki Ulisses czy Czarodziejska góra już najlepiej wyglądają na półce w biblioteczce, oprawione w grubą skórę, pokryte szlachetną warstewką kurzu. Nie wspominając o Braciach Karamazow Dostojewskiego.

Jacek Orłowski nie pada przed ostatnim dziełem rosyjskiego mistrza na kolana, nie pragnie odtworzyć literackiego wszechświata w mikrokosmosie sceny w skali 1:1, zdaje sobie sprawę z ograniczeń, jakie nakłada teatr. Nie katuje widza próbą ożywienia wszystkich wydarzeń, zanudzenia publiczności wszystkimi detalami z życia bohaterów, przedstawienia ich światopoglądów. Z dzieła rosyjskiego powieściopisarza wyłuskuje motyw ojcobójstwa i krąży wokół niego, odrzucając wszystko, co zbędne, poczynając od ograniczenia liczby postaci pojawiających się na scenie. Ale chociaż wykreśla ze swojej wersji wszystkie postaci kobiece i pozostawia zaledwie pięciu aktorów, to doskonale potrafi osadzić ich w kontekście znanym z książki. Wykorzystuje ów kontekst do pełniejszego naszkicowania portretów bohaterów. Zatem, pomimo że na scenie nie pojawiają się Gruszeńka czy Katarzyna, ich imiona padają wielokrotnie, wskazując na porywczość i namiętność Dymitra (Przemysław Kozłowski), stateczność i wyrachowanie Iwana (Marek Nędza) oraz lubieżność i zapalczywość Fiodora (Bronisław Wrocławski). Podobnie jak Dostojewski, reżyser najmocniej skupia swoją uwagę wokół aspektów psychologicznych, pragnie nakreślić dokładne portrety bohaterów, ale mając w pamięci, że człowiek nigdy nie jest tworem skończonym, ale podlega zmianom i żyje w społeczeństwie, które wywiera na niego naciski. Dzięki temu postaci pojawiające się w jego sztuce nie są plastikowe i czarno-białe, umykają też przed jakąkolwiek próbą oceny ich zachowania. Z drugiej strony Orłowski zdaje się odnosić w stronę tragedii antycznej i motywu fatum ciążącego nad człowiekiem. Dzisiaj fatum noszone w sobie przez braci Karamazow nazwalibyśmy obciążeniem genetycznym – nie mogą oni uciec od swojej historii, swojego drzewa genealogicznego, od powiązania krwią z osobą, od której za wszelką cenę chcą się odciąć i której się brzydzą. Stąd już sam tytuł sztuki – Karamazow. Jeden Karamazow,  pomimo że braci jest troje (plus przygarnięty Smierdiakow – w tej roli Radosław Osypiuk), to  każdy z nich w pewnej części jest kopią swojego ojca, naśladuje niektóre jego zachowania, ma te same cechy, przyświeca mu podobna filozofia życiowa. Również każdy z braci płynnie wymienia się swoimi przypadłościami: zwątpieniem, niepohamowaną namiętnością, myślami o zbrodni, wybuchami żarliwej wiary. Są oni jednym organizmem rozerwanym na kilka części i rzuconym w różne strony. Każdy z nich trafił na inny grunt, niczym ziarna z biblijnej przypowieści o siewcy. Takie spojrzenie na bohaterów powieści Dostojewskiego stawia ogromne wyzwanie dla aktorów, którzy – zachowując indywidualny styl gry i ożywiając na scenie mimo wszystko różne postaci, kierowane innymi motywacjami – muszą znaleźć dla nich punkt wspólny. Najtrudniejsze jest to zapewne dla Huberta Jarczaka, który gra postać najbardziej pozytywną, wzbudzającą najcieplejsze uczucia spośród całej piątki – zakonnika miłującego ludzkość, troszczącego się o swoją rodzinę, próbującego nawracać braci, ale samemu pozbawionego żarliwości w swojej wierze. Zakonnika, który odchodzi z klasztoru, ponieważ w nim również zaczyna burzyć się karamazowska krew. Nie wiemy, dokąd zmierza na swojej życiowej drodze, co dzieje się z nim po wystąpieniu z zakonu. Nie wspomina o tym ani Dostojewski (zamierzał w kolejnych częściach cyklu Żywot wielkiego grzesznika, którego Bracia Karamazow byli tylko pierwszą częścią, ale zmarł niedługo po ich publikacji), ani nie sugeruje tego Orłowski. Pozostawia on spektakl otwartym na interpretacje i dopowiedzenia dalszych losów bohaterów.

Orłowski stawia wyzwania nie tylko aktorom, ale także widzom. Nie mam tutaj na myśli jedynie przytrzymania ich przez trzy godziny na widowni teatralnej podczas spektaklu, który jest przegadany już od pierwszych minut aż do samego końca. To dopiero czubek góry lodowej. Reżyser stara się zaciekawić, zaintrygować, wciągnąć w tę gadaninę chwytem bezpośrednich zwrotów do publiczności, co więcej –– nieco ją obrażając. Obrażając, ale też stawiając w roli jednej, zbiorowej postaci jaką są świadkowie w sądzie przyglądający się procesowi, w którym udział bierze Dymitr, Iwan i Alosza. Przez następne dwie i pół godziny zmusza natomiast do intensywnego myślenia, natychmiastowego odbierania bodźców, analizowania tego, co dzieje się na scenie, zagłębiania się w sens słów, jakie z niej padają. Karamazow nie jest spektaklem, który bezboleśnie aplikuje się widzowi. Ten bowiem, aby czerpać prawdziwą przyjemność z obcowania z tym dziełem, zmuszony jest myśleć. Nie tylko patrzeć i słuchać, ale też przetwarzać informacje. Dyskusje (czy często monologi) bohaterów dotyczące wiary, istnienia Boga, wolnej woli, ateizmu, miłości, lojalności, społecznikostwa są esencją wyłuskaną z obszernego dzieła Dostojewskiego i chociaż w tej nowej formie zachowują sens, to przypomnienie sobie kontekstu, w jakim pojawiały się w powieści, będzie dużym ułatwieniem.

Kolejną premierą Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi udowadnia, że stawia na ambitny repertuar, który nie jest tanią rozrywką dla widzów spragnionych łatwych wzruszeń i pustego śmiechu. Próby do spektaklu Karamazow trwały półtora roku, ale oglądając ich efekt trudno nie zgodzić się, że nie był to czas zmarnowany. Przedstawienie dopracowane jest w każdym calu, zarówno aktorsko, jak i scenograficznie, a także muzycznie. Sprawia ono wrażenie bardzo minimalistycznego i tworzonego ze świadomością zastosowania każdego z tworzyw teatralnych, każdego elementu, jaki pojawia się zarówno w przestrzeni sceny, jak i w grze aktorskiej. Stworzonego w swoim ostatecznym kształcie poprzez stopniowe eliminowanie wszystkiego, co zbędne. Wszystko po to, aby nie odwracać niepotrzebnie uwagi widza od tego co najistotniejsze – słowa.

Karamazow nie jest przedstawieniem dla każdego, bo wielu mogłoby wyjść w jego trakcie albo uciąć sobie drzemkę, gdy tylko światła nad widownią zgasną. Nie wątpię jednak, że inteligentni i myślący widzowie docenią jego walory i opuszczą teatr ukontentowani nie mniej niż po inscenizacji tekstu Dostojewskiego w reżyserii Krystiana Lupy czy Mai Kleczewskiej.

Sandra Kmieciak, Teatralia Łódź
Internetowy magazyn „Teatralia” numer 44/2013

 Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Fiodor Dostojewski

Karamazow

przekład: Krzysztof Kopka

adaptacja i reżyseria: Jacek Orłowski

scenografia: Marek Braun

muzyka: Tadeusz Kulas

reżyseria światła: Szymon Lenkowski

w spektaklu wykorzystano fragmenty sonat J. S. Bacha.

obsada:

Fiodor – Bronisław Wrocławski

Dymitr – Przemysław Kozłowski

Alosza – Hubert Jarczak

Iwan – Marek Nędza

Smierdiakow – Radosław Osypiuk

premiera: 19 stycznia 2013