Wstęp do neurologii romantycznej

Wstęp do neurologii romantycznej

Czym jest neurologia romantyczna? Z pewnością najlepszym określeniem na praktykę lekarską Olivera Sacksa, pochodzącym zresztą od niego samego. Ten amerykański neurolog od lat zajmuje się ciężkimi, nieodwracalnymi i do dziś słabo opisanymi przez naukowców uszkodzeniami mózgu, w każdym ze swoich pacjentów widzi przede wszystkim człowieka. Z czasem na podstawie wyników swoich obserwacji zaczął tworzyć szkice, którym daleko do tradycyjnie rozumianej literatury medycznej. Pomimo że zawierały one opisy schorzeń, koncentrowały się na pacjencie i jego podmiotowości. Nie były to zwyczajne studia przypadku. Sacks poświęcał wiele miejsca życiu codziennemu swoich podopiecznych, nawiązywanym przez nich relacjom oraz emocjom. Ze względu na specyficzne podejście oraz barwny, lekki styl jego książki zyskały sympatyków przede wszystkim wśród osób niemających nic wspólnego z medycyną. Nic więc dziwnego, że wzbudziły one także zainteresowanie twórców teatralnych. 

Najbardziej znana z nich z jego książek – Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem stała się podstawą scenariusza napisanego przez Petera Brooka i Marie Hélène Estienne, wziętego następnie na warsztat przez Krzysztofa Globisza i studentów IV roku krakowskiej PWST. W efekcie powstał spektakl, który jest czymś więcej niż tylko przeniesieniem na scenę szkiców Olivera Sacksa. To opowieść o cierpieniu, zagubieniu i samotności każdego z nas.

Spektakl zrealizowany został w konwencji metateatru. Brak tu tradycyjnie pojmowanych postaci. Aktorzy, którzy grają pod własnymi imionami, na scenie są po prostu studentami szkoły teatralnej. W jednej z pierwszych scen opowiadają publiczności o swoich problemach. Ktoś notorycznie gubi klucze do akademika, ktoś inny odstaje od grupy podczas zajęć tanecznych, a prowadzący stwierdza u niego „aruchowość”, mogącą poważnie zaważyć na przyszłej karierze artystycznej – oto zwykłe, codzienne zmartwienia adeptów sztuki aktorskiej. Czy to są jednak problemy? Skoro mężczyzna może pomylić swoją żonę z kapeluszem, to wszystko jest możliwe, a zgubienie kluczy, nawet kolejny raz w danym miesiącu, nie jest z pewnością największym nieszczęściem tego świata. Co mają powiedzieć osoby z agnozją, afazją, ataksją, zaburzeniami proprioceptywnymi, zespołem Korsakowa czy Tourrete’a, którym różne deficyty i defekty pracy mózgu nie pozwalają funkcjonować w społeczeństwie na ogólnie przyjętych zasadach? Jak czuje się utalentowana nauczycielka muzyki, która myli swojego studenta z wieszakiem, choć z jej wzrokiem wszystko wydaje się w porządku? A mężczyzna, który nadal uważa, że jest kilkunastolatkiem, a dojrzała twarz w lustrze to jakiś głupi żart? A chłopiec z propriocepcją zaburzoną do tego stopnia, że kiedy nie patrzy na swoje stopy, porusza się jak drewniana marionetka w rękach niedoświadczonego animatora? Celem poszczególnych etiud, z których składa się spektakl, nie jest wierne ukazanie przypadków z praktyki medycznej Olivera Sacksa, ale próba wniknięcia w świat uczuć i emocji osób dotkniętych zaburzeniami neurologicznymi. Tam, gdzie kończą się kompetencje „szkiełka i oka”, czyli medycyny, pojawia się pole działania dla teatru – medium wykorzystującego „czucie i wiarę”. Aktorzy odgrywają krótkie scenki terapii pacjentów, ich interakcje z lekarzami oraz innymi zdrowymi ludźmi. Czasem w formie retrospektywnych monologów opowiadają o swojej codzienności, naznaczonej cierpieniem, chorobą, często izolacją. Od początku wiadomo jednak, że to tylko teatr, iluzja. Aktor, który przed chwilą wcielał się w pacjenta z – powiedzmy – agnozją, za chwilę przemieni się w lekarza i poprowadzi terapię kolegi. W następnej scenie zaś znów stanie się pacjentem, który w formie monologu da świadectwo swojego nieszczęścia. Pozostali zilustrują jego wypowiedź ruchem, gestem, śpiewem i muzyką.

Z naczelnym przesłaniem spektaklu świetnie współgra przestrzeń. Prosta, ale sugestywna scenografia jest dziełem Ryszarda Hodura. Scenę prawie niezauważalnie przedziela na dwie części cienka, przezroczysta ścianka, która od czasu do czasu zamienia się w ekran służący do wyświetlania wizualizacji przygotowanych przez Michała i Zuzię Poniedzielskich. Za nią widzimy sielankowy obrazek: jest noc, przy płonącym ognisku siedzą przyjaciele. Prowadzą ze sobą nieme rozmowy, ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, ktoś nawiązuje kontakt fizyczny z osobą siedzącą obok. Wszystko, jak na prawdziwym biwaku, odbywa się przy świetle księżyca. Widoczne ponad sceną ciało niebieskie ma jednak kształt ludzkiego mózgu. Organ ten jest bowiem centrum dowodzenia naszym organizmem. Bez niego nie jesteśmy w stanie uczyć się, pracować, smakować literatury, cieszyć się dobrym kinem, teatrem, wchodzić w relacje z innymi ludźmi. Gdyby nie jego praca, nie moglibyśmy wstać z łóżka i wyjść na spacer. Jest słońcem, które oświetla naszą drogę za dnia, i księżycem odbijającym światło, byśmy mogli funkcjonować także w mroku nocy. Kiedy zacznie gasnąć, nasze funkcje społeczne, a bywa, że także te życiowe, ulegną poważnemu ograniczeniu. Wtedy zaś przejdziemy tę cienką, niezauważalną granicę i znajdziemy się w świecie ludzi chorych, gdzie przywitają nas chłód i pustka gabinetów lekarskich. Zostaniemy poddani przeróżnym testom, staniemy się pozbawionymi imion i nazwisk przypadkami w medycznych kartotekach. Być może zaczną patrzeć na nas jak na cyrkową menażerię, nie zdając sobie sprawy z naszego wyobcowania. Tę pustkę symbolizuje w spektaklu zapełniona jedynie krzesłami przestrzeń z przodu sceny. Jest ona miejscem terapii, która rzadko przynosi efekty, a częściej zwątpienie i frustrację lekarzy, próbujących zmierzyć się z największą tajemnicą ludzkiego ciała. To także coś w rodzaju konfesjonału, miejsca spotkań, gdzie opowiada się o czymś, co tkwi głęboko w nas, by doświadczyć oczyszczenia, nawet jeśli świat po drugiej stronie nie jest w stanie nam pomóc ani nas zrozumieć.

Już samo przeniesienie na scenę z założenia nieteatralnego tekstu jest ogromnym wyzwaniem. Jak opowiadać o codzienności osób dotkniętych zaburzeniami neurologicznymi, by nie bombardować widza specjalistycznym żargonem, nie znudzić i pokazać mu spektakl atrakcyjny, dynamiczny, a jednocześnie dostarczający wyobrażenia na temat codziennego funkcjonowania osób z tego innego, równoległego świata? Krzysztofowi Globiszowi udało się wpleść w dość monotonną formę ciągu werbalnych etiud elementy innych estetyk: musicalu, teatru tańca, lalek, a także japońskiego teatru no. Powstał spektakl o dużym potencjale, zmienny, zaskakujący, nawiązujący błyskotliwy dialog z widzem. Jego najsłabszym ogniwem wydają się młodzi aktorzy. Widać, że nie zawsze są w stanie unieść role, w jakich zostali obsadzeni. Zdarzają się jednak momenty zabawne, jak np. zbiorowo wykonywany song o zespole Tourrette’a i następujące po nim wyznanie turetyków. Są także te wzruszające. Zaliczyć można do nich nostalgiczny monolog Katarzyny Kubackiej, której bohaterka dzięki osobliwym, z zaskoczenia pojawiającym się w jej głowie halucynacjom muzycznym, odzyskała utracone wspomnienia o spędzonym w Japonii dzieciństwie. Niestety, melodie zniknęły wraz z zakończeniem terapii, a kobiecie została jedynie pustka wywołana ponowną utratą części tożsamości.

Wiele do myślenia daje także ostatnia scena, wymownie zatytułowana jako obłęd. Kiedy aktorzy w zrytmizowanym kanonie powtarzają, że nie ma potrzeby tworzyć piękna, wszystko jest już martwe, czarne i pozamiatane, trudno nie zastanowić się nad sensem i kondycją współczesnego teatru. To, że przestał zadowalać się klasycznymi dramatami o perypetiach fikcyjnych bohaterów, wiemy od dawna. Coraz częściej ze sceny mówi się o rzeczach ważnych i aktualnych, nie posługując się żadną aluzją literacką. To już nie tylko polityka, ale także szeroko pojmowane kwestie społeczne. Rozwija się nurt zwany roboczo teatrem dokumentalnym. Sięga się w nim po teksty trudno przekładalne na język sceny. Pomimo to rzadko zdarza się, by za podstawę adaptacji dramaturgicznej służyła książka medyczna (lub quasi-medyczna, jak w przypadku Sacksa). Teatr jest w stanie wniknąć tam, gdzie nie wnikają lekarze: w skomplikowany świat uczuć i emocji. Jego tworzywem nie są opowieści o półkulach, korze mózgowej i neuronach, ale świat wewnętrzny pacjentów klinik neuropsychiatrycznych. Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem udowadnia, że w ich murach można znaleźć setki ludzkich tragedii, jakich współczesnemu człowiekowi nie dostarczy biblioteka wypełniona po brzegi Ajschylosem, Szekspirem i Racine’em.

Katarzyna Misiuk
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 39/2012

Teatr Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie

Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem

na motywach książki Olivera Sacksa

scenariusz: Peter Brook, Marie Hélène Estienne

reżyseria: Krzysztof Globisz

scenografia: Ryszard Hodur
kostiumy: Juriana Jur
kompozycja recytacji: Sławomir Kupczak
muzyka: Daniel Malchar (IV r. WA)
ruch sceniczny: Tomasz Wesołowski
wizualizacje: Michał i Zuzia Poniedzielscy
obsada: Karolina Głąb, Katarzyna Kubacka, Adrianna Kućmierz, Daniel Malchar, Marta Mazurek, Jan Sobolewski, Łukasz Stawowczyk, Weronika Wronka
premiera: 8 listopada 2012

Katarzyna Misiuk (ur. 1989), studentka teatrologii, absolwentka filologii germańskiej. Z teatraliami związana od 2012 roku. Interesuje ją teatr zabierający głos w sprawach ważnych i aktualnych. Miłośniczka tanga argentyńskiego.