Warto czekać

Tryptyk to czysta, zrodzona z od lat gromadzonych i pęczniejących niepokojów, zrobiona z tego, co najbardziej intymne, a zarazem uniwersalne i nieuchronne, skrajnie bolesna opowieść wyznanie. Wyznanie człowieka, który bez śladu łatwizny szokowania dosłownie i metaforycznie obnażonym istnieniem zabiera nas w niełatwą podróż w głąb swojego zamglonego świata. Mikołaj Mikołajczyk próbuje przezwyciężyć własne ciemności. Nie musi zachwycać. Pragnie raczej dotykać i dotyka nieprzerwanie. Dźga.

Waiting, pierwsza część Tryptyku, jest zapisem triumfu człowieka nad formą. To także opowieść o pożegnaniu artysty z pewnym obrazem własnej tożsamości, którą określała niegdyś, brutalnie przerwana kontuzją, kariera baletowego solisty. Mikołajczyk przełamuje tabu niedoskonałości i trywialnej fizyczności człowieka tancerza. Jego piękne, nagie ciało – potem, drżeniem mięśni oraz coraz głośniejszym oddechem – opowiada o bólu, którym trzeba przypłacić harmonię i lekkość tanecznej doskonałości, mówi o wściekłości i rozpaczy samego artysty. Każda sekwencja ruchów – szczególnie tych okaleczonych, zwieńczonych niepowodzeniem – promienieje blaskiem przejmującego wyznania.

Mikołajczyk w całym Tryptyku opowiada swoją historię okruchami obrazów i sytuacji, a przede wszystkim wydłużonymi do granic niemożliwości powtórzeniami. Mówi przez pryzmat stematyzowanego oczekiwania, w które na rozmaite sposoby włącza publiczność. Najbardziej niepokoją te momenty, gdy artysta siada i patrzy na nas zmęczonym, straszliwie smutnym wzrokiem. Mikołajczyk widzi przerażone, nieumiejące poradzić sobie z jego zawstydzającą obecnością i niewygodną szczerością twarze, kłębowisko nieprzepracowanych traum. Nie wiadomo, co z tym jego siedzeniem zrobić, do czego je przypisać – jest jak bicz, oczekiwanie zmienia się w torturę. Wieczór staje się za cichy, zbyt milczący.

W drugiej części, Z tobą chcę oglądać świat, Mikołajczyk, pozostając w swojej realności, zbliża się jednocześnie do granicy iluzji, nieomal poetyckiej fikcji – zaczarowuje rzeczywistość, przemienia zwyczajną historię w uniwersalną, wzruszającą opowieść o bliskości i bezwarunkowym kochaniu. Estetyka sztuczności, w której utrzymany jest ten „rozdział”, świadczy o jego wyraźnie autoironicznym charakterze. Nagi pan wyprowadza na spacer drewnianego pudla z kijem w zadku. Nie jest to przyjemny spacer – tancerz idzie przodem na wysokich półpalcach, a pies – mimo że sztywny, to dość niepokorny – bokiem. Zawsze w świetle reflektora, które gaśnie, gdy przedziwni spacerowicze dochodzą do kresu białego, poprzecznego pasa. Zaczyna się noc, wtedy można biec – nikt nie patrzy. I tak siedem razy. Pieski żywot staje się metaforą życia nieustannie wystawianego na pokaz artysty, którą Mikołajczyk rozwija w kolejnych scenach Z Tobą.

Dość nieoczekiwanie tancerz zakłada majtki – teraz wciela się w postać wygolonego czworonoga, to z jego perspektywy opowiada. Spektakl nie rozpada się przez płynność ról, ponieważ początek wypowiadanego przez Mikołajczyka monologu z Dziecka salonu Janusza Korczaka naturalnie wprowadza oniryczną konwencję – padają słowa: „Śniło mi się, że jestem pudlem…”. To historia buntu psa, który pewnego dnia usłyszał od przypadkowego przychodnia, że ma kaganiec na duszy i tak prysło całe jego zadowolenie z dotychczasowego życia u boku pana. Psim wyznaniem Mikołajczyk powtarza i zamyka w ramach przypowieści autobiograficzne Waiting.

W kolejnej scenie tancerz występuje niejako w fotoplastykonie – zmienia klatki, prezentując swoje ciało z różnych perspektyw. Każda sekwencja zostaje zatrzymana w fotograficznym zawieszeniu. Pojawiają się tu elementy tańca nieomal rytualnego, ale także balet. Mikołajczyk dwukrotnie powraca do źródeł. Jednak wykonywane przez niego klasyczne figury nie przeszywają nieuchwytnym, wystudiowanym chłodem – ożywia je namacalne czucie i cierpienie, dotkliwa samotność tancerza buntownika.

W końcu Mikołajczyk opuszcza przestrzeń klatek i z bukietem czerwonych róż śpiewa, a właściwie rozpaczliwie zawodzi, piosenkę Zbigniewa Wodeckiego Z tobą chcę oglądać świat. Do rytmu kiczowatego utworu tancerz obrywa płatki z pąków róż, narasta przy tym jego rozpacz. Gdy z bukietu pozostanie już sam kikut, dumny dotąd tancerz zegnie się i wykona taniec czworonoga prostaka, który doprowadzi, potęgowany obecnością zielonego kikuta, beznadzieję do ekstremum. Żałosne i komiczne? Może. Ale czy któreś z was tak kochało? Ktokolwiek wpadł na pomysł, żeby na pamiątkę bzu, który kwitnął dla i przez ukochanego, zachować bezużyteczny kikut jeszcze bardziej bezużytecznego bukietu?

W tym na wskroś intymnym wyznaniu dzieje się rzecz niesamowita – Mikołajczyk staje się medium, przez które widz może wejrzeć w głąb siebie. Zobaczyć tego, z kim sam najbardziej chciałby oglądać świat. Jeśli w ogóle istnieje coś takiego, co ślicznie nazywamy magią teatru, to właśnie w tej, tak bardzo prywatnej opowieści – unaocznia się jej hipnotyzujące działanie.

Kiedy Mikołajczyk opuszcza scenę i zostawia nas ze zdjęciami – rejestracjami minionego szczęścia – pogłębia się wrażenie pustki. Spotęgowana nieobecność (na scenie nie ma już kochanego ani kochającego) symbolizuje świadomie wybraną samotność. To samotność inna od tej, której zapisem jest Waiting. Tamta, zrodzona z nudy i wykluczenia, dzień po dniu obracała się w gniew i furię. Ta jest jeszcze bardziej lodowata, bo powstała na kanwie prawdziwej, lecz brutalnie strywializowanej (na przykład bollywoodzką stylizacją) miłości.

Początkowo pusta scena staje się miejscem pamięci, dokumentacją wytańczonej historii; świadectwem tego, że to wszystko było naprawdę. Jest zapisem rytualnego przejścia (odrodzenia), ale także okaleczonym świadkiem bolesnego początku. Wypełnił Mikołajczyk neutralne nie-miejsce namiętnościami, rozczarowaniami i smarkami, naznaczył potem i bólem, odcisnął w nim bunt i zdumienie oraz całą resztę, zwaną historią prawdziwego istnienia, ukazanego w całej swej trywialności i dostojeństwie jednocześnie. Zmienił je tym samym w oswojoną przestrzeń własną. Nie ma w artyście zgody na wymazywanie – przeszłość musi uwierać. A czasem, zdaje się mówić Mikołaj Mikołajczyk, to człowiek sam siebie, tym wszystkim, co w nim nieogarnione i utajone, uwiera najbardziej.

Ostatnia część Mikołajczykowego opus magnum, Plaisir d’amour, to konfrontacja artysty z polskością. Komentarz ironiczny i błyskotliwy. Szalenie wymowna jest scena projekcji z udziałem kobiet z Klubu Seniora w Łowiczu, które w ludowych strojach śpiewają francuskiego walca. Powraca także tematyka rzeźbienia – z mięśni i potu – ciała tancerza, ale prezentowany tutaj warsztat jest już zupełnie inny niż ten przedstawiony w Waiting. Prowadzona na podłodze (a nie wertykalnie) rozgrzewka przypomina trening siłowo-wytrzymałościowy. Nagromadzone na scenie baletowe instrumentarium zostaje co prawda wytrącone z pierwotnego kontekstu, ale wciąż okazuje się niezbędne – tak artysta nakłada na teraźniejszość przeszłość i ostatecznie przeistacza tragedię w egzystencjalny sukces. Następuje odrodzenie.

Widz, zgnębiony i niejako skopany sześciogodzinnym oczekiwaniem i niewygodną obecnością cierpiącego tancerza, zmęczony świadomością bycia obserwowanym, nagle doznaje ulgi: oto oczekiwanie zostaje wynagrodzone. Najbardziej nieprzejednani pesymiści muszą zmięknąć na tych kilka minut, w których artysta urządza na scenie symboliczny pogrzeb dotychczasowego, smutnego i ciemnego życia i tym gestem ratuje to, co się jeszcze nie spaliło. Ustanawia nową, zbudowaną na z trudem odnalezionym ukojeniu lepszą rzeczywistość. Piękne to zakończenie, ostentacyjne, choć dość utopijne, zwycięstwo. Pięknie, acz niełatwo, oglądało się świat przez Mikołaja Mikołajczyka i z Mikołajem Mikołajczykiem.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” nr 52/2013

Festiwal Tańca Współczesnego KRoki w Krakowie

Stary Browar w Poznaniu

Waiting
muzyka: Mikołaj Górecki, Kronos Quartet, Henry Purcell, Bartłomiej Frank
pomysł i choreografia: Mikołaj Mikołajczyk
premiera: 26 czerwca 2006
Stary Browar w Poznaniu

Z tobą chcę oglądać świat
pomysł, choreografia, wykonanie: Mikołaj Mikołajczyk
muzyka: Zbigniew Kozub, Zbigniew Wodecki
fortepian, sampler: Anna Kozub
video: Kacper Lipiński
premiera: 17 grudnia 2008
Stary Browar w Poznaniu

Plaisir d’amour
pomysł, wykonanie: Mikołaj Mikołajczyk
muzyka: Zbigniew Kozub
fortepian: Anna Kozub
video: Patrycja Płanik
premiera: 18 października 2011

Alicja Müller – rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.