Co potrafią mistrzowie – część trzecia (VII Międzynarodowy Festiwal Szkół Lalkarskich „Lalka-Nie-Lalka”)

„Proszę Państwa, w pierwszej kolejności zapraszam gości festiwalowych, a dopiero na końcu widzów”. Taki komunikat należy do rzadkości, jednak można go było wielokrotnie usłyszeć w Białymstoku podczas Międzynarodowego Festiwalu Szkół Lalkarskich. Wstęp na wszystkie pokazy był wolny, ale mimo to publiczności spoza branży było niewiele. Prawdopodobnie dlatego, że niewielkie widownie i tak były wypełnione po brzegi samymi uczestnikami. To impreza zdecydowanie środowiskowa, organizowana głównie po to, aby młodzi adepci sztuki lalkarskiej mogli zobaczyć kolegów i koleżanki z innych szkół teatralnych oraz mistrzów z różnych stron świata.

W ramach sekcji mistrzów zaprezentowano siedem spektakli, w tym trzy plenerowe. Na otwarcie festiwalu publiczność mogła zobaczyć Matyldę Stuffed Puppet Theatre z Holandii. Neville Tranter, lalkarz, malarz, reżyser oraz dyrektor artystyczny teatru, znany jest polskiej publiczności choćby z Punch i Judy w Afganistanie. Kto wcześniej się z tym teatrem nie spotkał, to od samego początku pewnie zwróci uwagę na sprawność warsztatową protagonisty. Tranter animuje różne lalki jednocześnie, naśladuje głosy niskie, wysokie, piskliwe i z chrypką, kobiet, mężczyzn czy zwierząt, które ze sobą dialogują. Aktor płynnie przechodzi z jednej postaci w drugą. Precyzyjna animacja wprawia formę w ruch tak, że widz ma wrażenie, że bohaterowie faktycznie żyją, oddychają i operują bogatą mimiką.

Tragikomedia Matylda jest w gruncie rzeczy prosta, może mało oryginalna, ale uniwersalna. Obserwujemy losy pensjonariuszy z domu spokojnej starości, którym kieruje dwóch cynicznych i bezdusznych dyrektorów nastawionych na zysk. Zamknięci w nieogrzewanych pomieszczeniach podopieczni próbują się z tej sytuacji wyzwolić. Tytułowa bohaterka zaś jest już w na tyle sędziwym wieku, że nie liczy na jakiekolwiek zmiany, niewiele jej już zostało prócz wspomnień z przeszłości. Urzekającą sceną jest moment, w którym Matylda ożywia młodzieńcze wspomnienie tańca z ukochanym mężczyzną. W jej wizji rolę partnera przejmuje animator, w którego ramionach odchodzi. Przez prostotę i perfekcyjne wykonanie scena jest bardzo przejmująca. Jedynym mankamentem spektaklu jest dodanie drugiego aktora, który w sposób zauważalny wydaje się nie mieć doświadczenia scenicznego, przez co zwraca na siebie uwagę i rozprasza widza.

Równie sprawny warsztatowo, ale ciekawszy spektakl pokazali artyści z Figurentheater Wilde & Vogel z Lipska. Toccata to ambitny projekt teatralny o życiu Roberta Schumanna. Przedstawienie ma formę nokturnu – znajdujemy się wewnątrz myśli artysty, poznajemy jego lęki, obawy, wizje, zapiski z dzienników, a nie fakty biograficzne. Całość utrzymana jest w niepokojącym, onirycznym klimacie budowanym również przez ciepłe światło i półcienie, a także muzykę. Charlotte Wilde zawsze gra na żywo, grając na kilku instrumentach jednocześnie, zapętlając i miksując głosy, a także łączy całą sferę dźwięków niepochodzących od muzycznych instrumentów. Tworzenie tak bogatej ścieżki dźwiękowej jest imponujące zarówno pod względem technicznym, jak i artystycznym. W wypadku opowieści o Schumannie dominowały fragmenty i przetworzenia utworów kompozytora grane na klawesynie, co budowało aurę niesamowitości i niepokoju. W imaginarium chorego na depresję Schumanna znajdują się bowiem osobliwe owady, fantastyczne postaci i sobowtóry. Artyści wykorzystują różne formy – marionetki, maski, lalki wyposażone w elementy mechaniczne, teatr cieni, często korzystają z prostych elementów jak muślinowa zasłona, ale niektóre lalki są znów szalenie finezyjnie i drobiazgowo wykonane (np. przepotwarzające się owady). Toccata nie jest jednak wyłącznie pokazem wirtuozerii wykonawczej – każdy element buduje strukturę przemyślanej i precyzyjnie skomponowanej całości.

Niestety nie można tego samego powiedzieć o drugim spektaklu dotyczącym artysty, który również zaprezentowano na tegorocznym festiwalu. Bacon Teatru Malabar Hotel przy Toccacie wypada bardzo blado, gdyż jest powierzchowną próbą opowiedzenia historii wielkiego artysty, którego geniusz przerasta jego samego. Niestety, nie dowiadujemy się o artyście nic poza tym, że ma przerost ego. Wijący się w manierycznych pozach Marcin Bikowski tworzy portret człowieka pretensjonalnego i niestabilnego emocjonalnie. Z wypowiadanego tekstu trudno wyłuskać konkretne myśli czy poglądy postaci, łatwo też przeoczyć fragmenty dzieł Szekspira czy inspiracje T. S. Elliotem, które wedle zapowiedzi zostały w spektaklu wykorzystane. Próżno też szukać twórczości Bacona, przez pryzmat której to ponoć przyglądamy się artyście. Ożywione bowiem demony bardziej przypominają koleżanki z imprezy (zwłaszcza za sprawą dialogów) niż partnerów do wiwisekcji własnych obaw czy pragnień.

Polską reprezentację mistrzów uratował teatr Ad Spectatores pokazem Żywotów świętych osiedlowych. Spektakl w ciągu czterech lat od premiery zdążył objechać szereg festiwali (był na najbardziej prestiżowych festiwalach lalkowych, m.in. w Opolu czy w Łomży, a także na Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy i Gdyńskim R@Porcie) i zdobyć blisko dwadzieścia nagród, jak najbardziej zasłużenie. Choć nie jest to spektakl najnowszy, mimo to okazał się jednym z najlepszych. Autorskie przedstawienie Agaty Kucińskiej jest dobre pod każdym względem – od adaptacji ciekawego tekstu Lidii Amejko, przez scenografię i wykorzystane formy, na aktorstwie kończąc. Opowieść o osiedlowych antybohaterach jest wzruszająca, dowcipna, wciągająca i błyskotliwie przedstawiona za pomocą różnych, często zaskakujących form. Narratorem historii jest osiedlowy dresiarz, którego ubranie wykonane jest z sztywnego kartonu, co pomaga aktorce łatwo wcielić się w dużego osiłka. Animatorka przeobraża się w kolejne postaci, wykorzystując duże lalki lub jedynie poszczególne elementy (np. maska, nogi). Stworzony na scenie świat jest komplementarny wobec tekstu, wszystko znajduje tu swoje zastosowanie. Niewątpliwie prócz talentu i wyobraźni Agaty Kucińskiej ogromną wartością spektaklu jest materiał zawarty w tekście. Opowieści o osiedlowych świętych to historie zwykłych ludzi, którzy pragną w jakiś sposób nadać sens swojemu cierpieniu, życiu i samotności. Jest tu mężczyzna, który wyznaje na spowiedzi grzechy serialowych bohaterów, jest też prostytutka niosąca pomoc przez siebie czy łagodna – bezbronna, nieustannie gwałcona dziewczyna chowająca rozpacz do słoików. Komizm miesza się tu z gorzką ironią i skłania do refleksji, pozostawiając pewne kwestie niedopowiedziane.

Dodatkowo festiwalowa publiczność mogła zobaczyć plenerowe pokazy nawiązujące do tradycyjnych form. János Pályi, założyciel Teatru Ulicznego Maskarás w Budapeszcie, z pomocą niedużego, przenośnego parawanu i kilku pacynek tworzył farsowy świat Vitéz László – bohatera węgierskich podań ludowych. Mimo konwencjonalnych błazeńskich chwytów spektakl bawił – pewne formy w dobrym wykonaniu są przecież wiecznie żywe. Podobnie w wypadku Ostatnich wakacji i ocalenia Baltazara węgierskiego teatru Mesebolt i Teatru Zamkowego w Köszeg. Spektakl miał formę sztuki pasyjnej pokazywanej w otwartej przestrzeni. Oprócz różnorodnych form lalkowych operował grą w żywym planie przy wykorzystaniu zmieniającej się przestrzeni (kreowanej przez podesty i zasłony). Niewątpliwą wartość stanowiła bogata i świetnie wykonana oprawa muzyczna. Rozczarowującym pokazem okazał się nagradzany już w Polsce Putin na nartach z Divadlo Líšeň z Brna. Oparty na Udręczonej Rosji. Dzienniku buntu Anny Politkowskiej reportaż o politycznych, skandalizujących wyborach Putina oraz losie udręczonych ofiar okazuje się jedynie sceniczną ilustracją tekstu, który z resztą jest czytany przez narratora. Główny kłopot dotyczy ogromnego materiału, który twórcy próbują zamknąć w ramach godzinnego przedstawienia skupiając się głównie na przedstawieniu faktów, a nie tworzeniu sytuacji czy bohaterów. Niestety patetyczne zakończenie przypomina tendencyjne wystąpienia na szkolnych akademiach. Szkoda, bo materiał dzienników Poliktowskiej może posłużyć za scenariusz niejednego filmu czy spektaklu o dramatycznych losach tysięcy ludzi.

Pokazy sekcji mistrzów choć różnej jakości, to jednak wyznaczały studentom pewien kierunek – w większości charakteryzowały się wysokim poziomem rzemiosła świadomie wykorzystywanym do kreacji twórczej, co owocowało bardzo bogatym światem scenicznym. Teatr formy, nie tylko lalek, pozwalał w spektaklach kameralnych i plenerowych stworzyć jakość spektakularną, która wymagałaby w innych warunkach znacznie większych nakładów środków. To oczywiście banalne podsumowanie, ale im lepszy animator, tym ciekawszy świat potrafi wykreować, nawet – a może właśnie zwłaszcza – gdy jest sam na scenie. I za tym najbardziej podąża publiczność.

Weronika Łucyk, Teatralia 
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 108/2014

VII Międzynarodowy Festiwal Szkół Lalkarskich „Lalka-Nie-Lalka” w Białymstoku
fot. Dotyk, T. Czołpiński