Uczciwa – nazwiska nie podam, bo chodzi mi tylko o sprawiedliwość (Do Władzy Wielkiej i Sprawiedliwej)

Teatr Ósmego Dnia, parający się głównie tematami politycznymi, społecznymi, czy też historycznymi, tym razem stawia przed publiką problem jakim był, jest (a czy będzie?) donos. Spektakl dobitnie mierzy się z denuncjacją, bada jej aspekty, prześwietla człowieka. Stawia sprawę jasno i wyraźnie, wykłada wszystko kawa na ławę. Absurdem i groteską padających słów śmieszy, by za chwilę powagą faktów zmusić do myślenia. Liczą się słowa, a nie forma, w jakiej są podawane.

Gwar, tłoczno, aktorzy obserwują wchodzącą publiczność. Siedzący już na miejscach widzowie czują na sobie ich wzrok. Wprowadza to pewien rodzaj niepokoju, dyskomfortu (czyżby tylko u tych, którzy mają coś na sumieniu?). Scenografia jest prosta, cztery podesty, na każdym malutki stolik, krzesło, wijąca się niczym czarny wąż, wysoka, acz cienka lampka. Ta gra tutaj ważną rolę. Na pulpitach leżą kartki i okulary. Środek sceny zajmuje ekran, na którym wyświetlany obraz podobny jest do zdjęć z satelity. Tak jak zazwyczaj stosowanie efektów audiowizualnych w teatrze odbiera mu pewną intymność, bliskość z widzem, rodzaj metafizyki, tak w tym przypadku Teatr Ósmego Dnia wykorzystał projekcje w sposób bardzo przemyślany: Jakaś ulica tętniąca życiem, co kilka minut przejeżdża tramwaj, ktoś parkuje samochód, ktoś przechodzi przez jezdnię – nieświadomy tego, iż jest obserwowany. W tle od początku do końca słychać gwar i szum miejskiego świata, jakby mające na celu podkreślenie ciągłości. Nie zakłócają one jednak całej akcji oraz nie rozpraszają.

Aktorzy z różnych stron sali pojawiają się i znikają w pozach szczególnych, trochę przypominających szczury. Dają widzowi czas, przygotowują go. Na początku recytują fragmenty życzeń świątecznych, by pod nimi, w ramach „życzliwego P.S.”, dorzucić kilka słów oskarżycielskich. Ich postawy wyrażają niejednokrotnie lęk, spisek, zagrożenie. Niestety początkowe ożywienie bardzo szybko przechodzi w statyczność, która utrzymuje się do końca spektaklu. Akcja, którą jest odczytywanie różnych i bardzo często – wydawać by się mogło – paradoksalnych czy też abstrakcyjnych donosów, toczy się przy drewnianych biurkach. Aktorzy oświetlają swoje twarze lampkami, a czasami aż boli, gdy światło bardzo mocno trafia w ich oczy. Rodzi to pewne pytanie: czy sami siebie również sądzą w tym spektaklu, czy sobie samym także robią przesłuchanie, czy aktor wymachujący lampką na prawo i lewo, a także celujący w publikę, stawia ten zarzut siedzącym na widowni?

Gest jest niewielki, a ruchu tyle, co konieczne. Aktorzy przedstawiając kolejne donosy, czasami wstaną, niekiedy machną ręką, założą okulary, pochylą się itp. Teksty pływają w nienawiści swojej treści, ale nie są agresywnie wypowiedziane. Aktorzy nie wykrzykują oburzenia „tajemniczych obywateli”. Pozwalają wybrzmieć tym słowom, ale nie wzmacniają ich na siłę. Kiedy trzeba, powiedzą coś głośniej, gwałtowniej, jednak nie grają przesadnie zawiści z tych donosów, dlatego obraz nie jest przerysowany (tam, gdzie nie trzeba, gdyż zdarzają się sceny, gdzie wyolbrzymienie postaci jeszcze mocniej potęguje absurd tajnych oskarżeń, wzmaga niechęć do takiego działania). Widzowi dana jest możliwość złapania jadu bijącego z tekstów, ale według jego własnych możliwości percepcji. Aktorzy przekazują emocje – które na pewno towarzyszyły autorom donosów – przez pewien filtr. Rodzi to monotonię, która po dłuższym czasie zaczyna męczyć, widzowie przysypiają. Jednak ten brak ruchu ma swoje uzasadnienie. Z powodu ograniczonego działania i zachowanej w jednym tonie scenografii widz, chcąc nie chcąc, skupia się na tekście. Albo zasypia. To każda litera donosu jest bohaterem w tym spektaklu. Poprzez słowa twórcy próbują dotrzeć do publiki, zwrócić uwagę na problem.

Spektakl, po zaprezentowaniu delacji w przeszłości (z ukazaniem skutków, jakie zjawisko to niesie za sobą) oraz obecnie, podsumowuje. Bezwzględnie rozlicza człowieka. Z charakterystycznym pstryknięciem gasną lampki, przesłuchanie kończy się – światło ciemnieje. Opowiadana historia Wandy Łapkiewicz dobiega końca (jakże tragicznego!). Od autorów padają jasne komunikaty. Formułują oni zwięźle, czym donos jest. Tempo przyspiesza. Nie ma ani chwili do stracenia. Fakty wypowiadane są w tonie groźby. A może przestrogi i pewnego rodzaju troski? „Pisanie donosu afektywnego jest największą formą zawiści” – słyszy widownia; „z zawiści rodzi się frustracja!” „Zawiść to destrukcja!” „Destrukcja jest pewną formą śmierci…” Zawiść = śmierć – można wywnioskować na końcu. Słowa milkną, by gwarnie osiąść w umyśle. W ciszę przestrzeni, tak przed chwilą gęstej, wkrada się natarczywy dźwięk, ni to odgłos karetki, ni pikanie elektrokardiografu. Coś na pograniczu. Niczym ostrzeżenie.

Aktorzy Teatru Ósmego Dnia przeprowadzają spektakl bardzo konsekwentnie. Od wstępu, gdzie uważnie przyglądają się widzom, jakby chcąc wprowadzić ich w charakter, dać im odczuć, jak to jest być obserwowanym, dalej poprzez ekran, ukazujący powiązanie satelita – inwigilacja w prywatność – ciągłe wchodzenie w życie drugiego człowieka, aż po wykładane, kawa na ławę, kwestie, które mówią, że nadal paramy się denuncjacją, że niewiele się zmieniliśmy. Między wierszami, może nawet w nieświadomości widzów, zmuszają ich do zadania sobie kilku pytań o moralność, etykę, walkę o sprawiedliwość. A mało wartka akcja, powodująca czasami zamknięcie oczu na dłuższą chwilę, rekompensowana jest dynamicznym zakończeniem, które nie pozwala przejść obok tej sztuki obojętnie.

Daria Bełch, Teatralia Lublin
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 75/2013

XVIII Międzynarodowy Festiwal Konfrontacje Teatralne w Lublinie

Teatr Ósmego Dnia (Poznań)

Do Władzy Wielkiej i Sprawiedliwej

scenariusz: zespół Teatru Ósmego Dnia

współpraca: Paulina Skorupska

oprawa plastyczna: Jacek Chmaj

czytają: Ewa Wójciak, Adam Borowski, Tadeusz Janiszewski, Marcin Kęszycki

premiera: 24 listopada 2012

fot. Maciej Zakrzewski