Twarze Toma Ripleya (Utalentowany Pan Ripley)

Twarze Toma Ripleya (Utalentowany Pan Ripley)

Początkowo Radosław Rychcik kreuje bohaterów swojego przedstawienia, świadomie odwołując się do filmu Anthony’ego Minghelli z 1999 roku. Do ekranizacji nawiązuje kostiumem, ale również światła i muzyka imitują atmosferę dusznego, włoskiego, nadmorskiego kurortu Mongibello. Postaci trwają w permanentnym stanie alkoholowego rauszu, motywacje rozmywają się, przebieg wydarzeń zdaje się irracjonalny. Z drugiej strony na scenie rozwija się świadomie poprowadzona fantazja-gra Toma Ripleya, który wiedziony impulsem porzuca swoje dotychczasowe życie, by realizować nową wersję samego siebie.

Rozbudowaną fabułę Rychcik okroił do scen między głównymi bohaterami i tych, które są niezbędne do zarysowania akcji. Niektóre połączył, poprzepisywał dialogi, by jak najwięcej zamknąć i zintensyfikować w poszczególnych kadrach. Filmowe słownictwo nasuwają występujące po każdej sekwencji blackouty, które przy takim nagromadzeniu wywołują wręcz wrażenie seryjnego trybu w aparacie – rejestrującego kolejne obrazy. Łączyć się to może z obecną na scenie budką fotograficzną, nie wykorzystaną w żaden sposób w spektaklu. Centrum scenografii to trzy funkcjonalne, oddzielone sektory, jakby trzy pomniejszone okna sceny – zaprojektowany realistycznie pokój i bar, a także trzeci otwór zasłonięty charakterystyczną dla reżysera czerwoną kurtyną. Rychcik powiela również sprawdzone zabiegi – przedstawienie rozpoczyna się już przed oficjalnym początkiem –widzów w trakcie wchodzenia na małą scenę Teatru Studio witają azjatyckie statystki przebrane za stewardessy, a drogę oświetlają niepokojąco pulsujące, ciepłe światła. Właściwy pokaz otwiera wyświetlany tekst stylizowany na pisany na maszynie, podobnie jak w Dziadach. Pojawia się podwójna narracja – czasami nagrany głos z offu w trzeciej osobie relacjonuje poczynania Toma, tak jakby ktoś odczytywał jego spisaną historię albo jakby sam Ripley obserwował swoje działania z zewnętrznej perspektywy.

W nowojorskim, obskurnym, wynajętym pokoju na strychu Tom Ripley (Marcin Bosak), stukając w maszynę do pisania, opisuje swoje życie. Zadłużonego, żyjącego z dorywczych prac młodego chłopaka, mającego jednak talent do: rachunków, podrabiania podpisów, naśladowania ludzi, manipulacji. Odwiedza go bogaty biznesman Herbert Greenleaf (Wojciech Żołądkowicz). Omyłkowo biorąc Toma za przyjaciela swojego syna z czasów studiów – Richarda Greenleafa (Tomasz Nosiński) zwanego Dickie’m, prosi go o pomoc w sprowadzeniu owego utracjusza z Europy do domu. Greenleaf proponuje opłacenie kosztów podróży i wsparcie finansowe podczas pobytu. Otwierająca się przed Tomem możliwość inspiruje go do spełniania na jawie swoich fantazji, traktowania rzeczywistości jako własnego teatru, wcielenia się w kogoś innego. W zasadzie nie wiadomo jaki jest punkt wyjścia, tożsamość Ripleya – już w pierwszej scenie ubiera maskę Baracka Obamy improwizuje przemówienie, egocentryczną autoprezentację, jakby ćwicząc na Prezydencie Stanów Zjednoczonych swoją kolejną rolę. Następnie mimowolnie obserwuje Greenleafa ojca jak laboratoryjny okaz – podpatruje ruchy, próbuje dyskretnie powtarzać i zapamiętuje. Sam jednak pozostaje bezpostaciowy – już po chwili przebiera się w uniform pilota, a otaczają go stewardesy, co przypomina kadr z filmu – Złap mnie jeśli potrafisz i kreację innego oszusta, Franka Abagnale’a granego przez Leonardo DiCaprio. Coś o samym bohaterze zdradzić mogą jedynie wypadające z torby książki: Konformista Alberto Moravii czy Pod wulkanem Malcolma Lowry’ego – fragment pierwszej odczytuje zresztą Dickie – zawierający retrospekcję z dzieciństwa, o chłopcu zafascynowanym zabijaniem. Przywoływane stany emocjonalne mogą pokrywać się z doświadczeniami Ripleya, który wydaje się reagować na cytat, odtwarzać opisywane zachowania.

Umowna podróż z Ameryki do Włoch to nagłe urwanie scenicznego obrazu i przeskok w inną atmosferę – wibrująca muzyka przerywa dialogi, dym i klubowe światła przenoszą zdarzenie z poddasza w duszne, perwersyjne wnętrze, miejsce pierwszego spotkania Toma z Dickiem, jego dziewczyną Marge Sheerwood (Natalia Rybicka) i przyjacielem Freddie’m Milesem (Modest Ruciński). Sensualny, niezobowiązujący nastrój zaprawiany alkoholem przenika do kolejnych sekwencji. Pojawia się upalne, pomarańczowe światło, w tle szum fal. Najczęstsze są jednak zmiany w obrębie fonosfery – muzyka rozpręża się, po czym nagle atakuje uderzeniem. Są tu jazzowo-soulowe melodie podkreślające niejednoznaczny erotyzm scen, muzyka grozy jak z horroru, przeróbki i fantazje na temat piosenek We no speak americano czy Mambo Italiano. W rozmytej, narkotycznej scenerii postaci uciekają przed prostym zdefiniowaniem. Aktorzy tylko zewnętrznie grają z wizerunkiem filmowych bohaterów, potem zapominają o pierwowzorach albo uciekają się do karykatury, jak ostentacyjnie przerażony Nosiński w scenie odkrycia zamiarów ojca. Marge na początku frywolna, irytująca zmanierowanym tonem głosu, występuje jeszcze w dwóch wcieleniach: milczącej pisarki, pozostającej nieco za nawiasem nieuchwytnej fascynacji Toma i Dickie’ego oraz wyzutej z uczuć, cynicznej uwodzicielki. W wersji Rychcika jeszcze trudniejsza do określenia staje się seksualność Ripleya – plan zabójstwa Dickie’ego kiełkuje w nim od samego początku, a sam akt nie wydaje się następstwem uczuciowego zawodu, a elementem gry prowadzonej z zimną krwią. Z czasem zagęszcza się chorobliwa dwuznaczność – w zasadzie trudno zorientować się czy morderstwo się już odbyło, a dramaturgia nie narasta. Wręcz przeciwnie, reżyser ukazuje wydarzenia odrealnione, nawet tandetne. Wisielec zawieszony w piwnicy przed zakrwawionym cielskiem świni, pośmiertnie odśpiewany song, telefoniczne rozmowy Toma z Marge, w których mężczyzna karze kobiecie odpowiadać na pytania związane z całą serią książek Mary Patricii Hightsmith pod groźbą morderstwa. Motyw telefonów, w których mężczyzna korzystając ze swojej anonimowości, bawi się seksualnymi aluzjami i szantażem przewija się przez cały spektakl, dopiero na końcu łączy się z sytuacją sceniczną.

Można odnieść wrażenie, że pod koniec akcja uległa zawrotnemu przyspieszeniu, w porównaniu z niekiedy absurdalnie rozciągniętym w czasie kontemplowaniem wcześniejszych scen. Ripley żonglujący swoją tożsamością, raz występujący jako Tom, a za chwilę jako Dickie, fabularne rozwiązanie mętnieje w obliczu skumulowanych pod koniec informacji. Spektakl zamyka fragment wywiadu z Johnem Lennonem (został zabity przez Marka Chapmana, który wzorował swoje życie na życiu muzyka) o micie artysty i pytania o wyznacznik prawdziwej sztuki. Na ile można mówić o oryginalności i niepowtarzalności w momencie gdy naśladowca zyskuje rozgłos, pozostając jedynie podróbką? Przedstawienie jest jednak nastawione bardziej na zmysłowe wywoływanie stanów i napięć, zabawę filmowymi cytatami, niż psychologizację relacji, zgłębianie uczuć. Niektóre sceny funkcjonują osobno – jak zawieszone w powietrzu zakończenie, fragmenty książki Marge opisujące podskórne lęki samej bohaterki czy podróbka słynnego kadru Popiołu i diamentu Andrzeja Wajdy, w której Tom i Dickie gaszą podpalony alkohol, wymieniając nazwiska Jesse’go Jamesa, Krzysztofa Komedy, Marka Hłaski, Jerzego Grzegorzewskiego.

Anna Bajek, Teatralia Warszawa

Magazyn internetowy „Teatralia”, nr ???/2015

Teatr Studio w Warszawie

na motywach powieści Mary Patricii Hightsmith

Utalentowany Pan Ripley

przekład: Robert Sudół

reżyseria i adaptacja: Radosław Rychcik

scenografia i kostiumy: Anna Maria Kaczmarska

reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski

muzyka: Michał Lis, video: Piotr Lis

konsultacja choreograficzna: Izabela Chlewińska

premiera: 15 marca 2015

fot. Krzysztof Bieliński