Trudna sztuka tworzenia kolażu

Trudna sztuka tworzenia kolażu

Robert Gliński wraz ze studentami ostatniego roku Wydziału Aktorskiego łódzkiej PWSFTViT chciał stworzyć kolaż. Nowe autorskie dzieło sztuki powstałe z połączenia znanych cytatów filmowych przełożonych na język teatru oraz piosenek Agnieszki Osieckiej. Zamiast kolażu wyszedł jednak przekładaniec z opornie aranżowanych klisz filmowych i utworów muzycznych, które, doskonale znane, budzą skojarzenia z innymi wykonaniami, niejednokrotnie bardziej zapadającymi w pamięci.

Druga w tym sezonie premiera w Teatrze Studyjnym daje szansę młodym aktorom na zaprezentowanie swoich, nieco innych niż w Shopping and fucking, umiejętności. Pozwala także pokazać się na scenie większej liczbie aktorów, poprzedni spektakl dyplomowy dał bowiem tę możliwość ledwie piątce z nich. Dyplom z miłości jest zatem swoistym przeglądem możliwości przyszłych aktorów, widzom natomiast pozwala na ocenę gry poszczególnych osób, ich zdolności zarówno aktorskich, jak i wokalnych. I muszę przyznać, że według mnie niektórzy zasłużyli na bardzo słabą trójkę na tym dyplomie.

Wad owej inscenizacji widzę kilka. Po pierwsze, reżyser – próbując dowieść, że nieszczęśliwa miłość nie jest zjawiskiem jednostkowym w polskiej kinematografii – popada w pułapkę banalnego wyliczania przykładów, zasypywania nimi widza, bez ubrania ich w ciekawą scenicznie formę. Zapomina, że konwencja filmowa nie przekłada się w skali 1:1 na konwencję teatralną, że wymaga specyficznego opracowania, stworzenia własnych środków artystycznego wyrazu, zastosowania odrębnej estetyki. Być może mają temu służyć wplecione w spektakl piosenki, ale po wysłuchaniu czterech czy pięciu także one przestają być atrakcją. A to dopiero połowa spektaklu.

Kolejną skazą na tym obrazie są możliwości wokalne aktorów, które niestety dość często zawodzą. Co prawda aranżacje Pawła Serafińskiego dobrze maskują te niedociągnięcia, ale trzeba pamiętać, że nie zawsze młodzi aktorzy będą współpracować z na tyle wyrozumiałymi muzykami, aby ci wyręczali ich w pracy. Aktor nie jest wprawdzie piosenkarzem, samym śpiewaniem nie musi zarabiać na życie, ale zanim zostanie gwiazdą, która sama wybiera, w czym gra, i może grymasić przy tworzeniu spektaklu, zwykle zmuszony jest słuchać i akceptować wymagania reżysera. I byłoby przykro, gdyby właśnie przez brak umiejętności wokalnych odpadały kolejne angaże. Jeszcze smutniejsze byłoby to z powodu braku charyzmy i wyrazistości, którymi nie wszyscy młodzi aktorzy zostali obdarzeni w równym stopniu. Spośród kilkunastu etiud w pamięci utkwiły mi te wykonywane przez Paulinę Gałązkę, Magdalenę Pociechę, Piotra Bondyrę i Tomasza Lipińskiego. Aktorzy ci posiadają dar obdarzania swoich postaci konkretnym i wyrazistym kształtem, potrafią zaciekawić widza historią, jaką mają do opowiedzenia. Ich obecność na scenie zawsze wiąże się z dużym napięciem. Wydaje się, że są oni świadomi tego, jak ich emocje udzielają się widzom. Nie mogę jednak powiedzieć tego o pozostałych aktorach, którzy sprawiają wrażenie bądź znudzonych, bądź wystraszonych. Te emocje także znajdują swoje odbicie w nastrojach publiczności i bynajmniej nie skłaniają do późniejszych owacji na stojąco.

Do listy niedociągnięć Dyplomu z miłości mogę także dodać niespełnienie obietnicy o „sentymentalnej podróży przez ostatnie 60 lat naszej historii” (z programu teatralnego). O ile lata powojenne czy jeszcze pięćdziesiąte są wyraźnie naszkicowane, o tyle późniejsze stają się coraz bardziej nijakie, coraz mocniej uniwersalizowane. Z drugiej strony może właśnie przez taką uniwersalizację należy odczytać ów spektakl – ukazanie niezmienności ludzkich działań, motywacji, komplikacji, jakie niesie ze sobą miłość. Tylko po co w takim razie bohaterom laptop na kolanach, kiedy akurat rozmawiają o strachu przed zaangażowaniem, podjęciem życiowej decyzji o ślubie, o dziecku? Brak konsekwencji w koncepcji artystycznej wpływa negatywnie zarówno na odbiór spektaklu przez widzów, jak i na sposób gry aktorskiej. Nie wydaje mi się bowiem, aby żonglowanie konwencjami było celowe.

Sztuka kolażu nie należy do prostych. Odpowiednie dobieranie składników i łączenie ich w nową autonomiczną całość nasuwa wiele komplikacji, z większością z nich spotkali się w Dyplomie z miłości Gliński oraz studenci Filmówki. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to teatralny gniot. Ratuje go urok młodości, urok debiutu scenicznego, miło bowiem popatrzeć na młodych, pięknych, zdolnych i u progu scenicznej czy filmowej kariery. Z pewnością nieraz jeszcze o nich usłyszymy, zobaczymy na dużym ekranie, na najznamienitszych scenach teatralnych. Tym przyjemniej ogląda się ich dzisiaj, gdy nie są jeszcze wypaleni, nie mają ogranej stylistyki, której będą się uparcie trzymać, gdy jeszcze mogą zaskoczyć widzów.

Sandra Kmieciak, Teatralia Łódź
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 39/2012

Teatr Studyjny PWSFTViT im. Leona Schillera w Łodzi

Dyplom z miłości

Widowisko muzyczne oparte na piosenkach Agnieszki Osieckiej i najpiękniejszych scenach miłosnych polskiego filmu.

scenariusz i reżyseria: Robert Gliński

opracowanie muzyczne: Paweł Serafiński

scenografia: Maciej Preyer

projekcje: Jakub Brzękowski

choreografia: Jacek Owczarek

obsada: Magdalena Drab, Paulina Gałązka, Marta Jarczewska, Julia Konarska, Magdalena Pociecha, Patrycja Volny, Piotr Bondyra, Tomasz Lipiński, Sebastian Machalski, Dawid Pokusa, Albert Pyśk.

premiera: 2 grudnia 2012