W tonacji (nie)normalności (Koło kwintowe – fragmenty)

Niektórzy wspominają ją czule. Inni wzdrygają się na samą myśl, że mogliby wrócić w jej mury. Czego by nie powiedzieć o szkole, jedno jest pewne – trudno o lepsze, pozornie służące wyłącznie szlachetnym celom, narzędzie do obserwacji zależności między ludźmi.

Okazuje się jednak, że równie silnie oddziałuje ona zarówno nie tylko na dzieci, ale i na dorosłych. Szczególnie tych, którzy zawitają ponownie w gmachu szkolnym z konieczności. Na przykład jako ofiary zimowej nawałnicy. I w dodatku tuż przed Wigilią, jak ma to miejsce w powieści Szymona Bogacza Koło kwintowe, służącej za kanwę do scenariusza spektaklu dyplomowego w krakowskiej PWST.

Od początku przedstawienia nakreślone zostają tematy nie komunikujące wprawdzie jednoznacznego przekazu, ale skutecznie budujące niepokojącą, pełną złych przeczuć aurę. Świetnie ilustruje to niema scena, podczas której pojawia się Święty Mikołaj z twarzą ukrytą pod maską. I kanistrem w ręce. Czarny scenariusz układa się w głowie widza niemal automatycznie. Ale spokojnie, na razie jeszcze o żadnym nieszczęściu nie może być mowy – to zaledwie zarysowanie pewnego wątku.

Skojarzenia muzyczne są tu jak najbardziej na miejscu. Już sam termin „koło kwintowe” określa rodzaj zależności przekładający się bezpośrednio na relacje między protagonistami. Upraszczając – chodzi o zbiór tonacjiprzedstawiany jako okręg.Zupełnie tak, jak w powtarzającej się niczym złowieszczy leitmotiv piosence Waglewskich (Wojciech, Fisz, Emade): „idzie głuche, niewiadome/ by dać początek na sam koniec/ powiedz temu, kogo spotkasz/ że nie ma końca ta historia”.Historia nie ma końca w tym sensie, że każda rozmowa, każdy najmniejszy epizod, przydarzający się bohaterom stłoczonym w sali gimnastycznej niespodziewanie znajduje zaczepienie w innej sytuacji. Czasami odzywają się wspomnienia, innym razem tęsknoty i niespełnione pragnienia. Postaci razem odzwierciedlają przekrojowy model społeczeństwa – od kieszonkowca, przez handlowca, aż po zakonnicę. Wspólnymi siłami – choć nie mają o tym pojęcia – tworzą refren pod tę samą melodię. Kluczowa fraza to złożoność egzystencji. Na szczęście nie szafuje się tu wydumanymi, abstrakcyjnymi pojęciami. Treść wypływa z najprostszych, ale też najbardziej wymownych emocji – lęku, rozgoryczenia, złości, ciekawości, zauroczenia, miłości.

Kilka słów należy poświęcić przestrzeni scenicznej. Choćby dlatego, że właściwie bardziej pasowałoby tu określenie plan filmowy. Akcja rozgrywa się w hali gimnastycznej. Realnie także zostajemy ulokowani w jednej z sal prób krakowskiej PWST, z drabinkami i wysłużonym parkietem. Na prawo znajdują się szkolne materace, zaaranżowane pośpiesznie na sypialnię dla niespodziewanych gości, na lewo umywalka, czyli tak zwane sanitariaty, w myśl zasady pars pro toto. I jeszcze stół zastawiony kanapkami oraz obowiązkowo barszcz z uszkami sporządzony przez żonę dyrektora. Żeby miastowi poznali, co to znaczy prawdziwa gościnność. W tle majaczy się też kącik woźnego, konserwatora i palacza w jednej osobie. Jednak mimo usilnych starań, aby zapewnić przyjazną i świąteczną atmosferę dzieje się wręcz odwrotnie. Upiorność wyłazi na każdym kroku. W dużej mierze wynika to ze skrzyżowania aury przaśnej akademii szkolnej z klimatem zbiorowej noclegowni dla bezdomnych. Akcja toczy się pod dyktando czegoś w rodzaju oka kamery. Oświetlone zostają wybrane miejsca i znajdujący się tam ludzie, to na nich koncentrujemy uwagę, ale cała reszta wcale nie zamiera w bezsensownym oczekiwaniu na swoją kolej. Przeciwnie – do zadań „niegrających” należy ciągłe utrzymanie aktywności, czyli rozwijanie swojego tematu, aby nie wypaść z kręgu kwintowego.

Nie można zapominać o kontekście – mamy do czynienia przede wszystkim z pokazem dyplomowym. A te z reguły służą głównie zaprezentowaniu umiejętności młodych adeptów sztuki aktorskiej. Stąd często w realizacjach tego typu trudno w ogóle mówić o grze zespołowej czy spójności koncepcji. Zupełnie inaczej dzieje się jednak w przypadku Koła kwintowego. Jego siłą jest niewątpliwie koncentracja na działaniach i interakcjach partnerów scenicznych. I nie chodzi tylko o budowania relacji między postaciami. W efekcie otrzymujemy coś więcej – rytm, stanowiący fundament konstrukcyjny.

Dojrzałość do bycia zespołem z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko sztucznym tworem, powołanym do istnienia na czas pracy nad dyplomem, dobrze wróży. Kiedy dodamy do tego umiejętność sugestywnego opowiadania – słowem, działaniem i muzyką – w trudnych dla historii czasach, otrzymamy wskazówki niezbędne do stworzenia udanego przedstawienia. Ale tylko talent, a tego tu wyraźnie nie brakuje, decyduje o tym, że spektakl jest naprawdę rewelacyjny. Tak jak Koło kwintowe – fragmenty.

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 102/2014

Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna im. Ludwika Solskiego w Krakowie
Koło kwintowe – fragmenty
spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego
na podstawie powieści Szymona Bogacza Koło kwintowe
reżyseria, adaptacja, opracowanie muzyczne: Aleksandra Popławska
scenografia: Paula Grocholska
kostiumy: Adam Kasjaniuk
muzyka: Maria Janicka
projekcje: Mateusz Kucharski
warsztaty z ruchu scenicznego: Tomasz Wesołowski
obsada: A-moll – Alicja Karluk, Es-moll – Anna Paruszyńska, Fis-moll – Ewa Porębska, Cis-moll – Lena Schimscheiner, H-moll – Maciej Charyton, As -dur – Marek Grabiniok, G-moll – Mikołaj Jodliński, E-moll – Kamil Mróz, D-dur – Michał Nowak, D-moll – Damian Strzała, E-dur – Kosma Szyman
premiera: 11października 2013
fot. materiały teatru

Agnieszka Dziedzic – rocznik 1987, studentka dramatologii – UJ, od 2008 roku związana Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”, gdzie publikowała swoje teksty i pełniła funkcję redaktora oddziału Kraków. Interesują ją „błędy” w sztuce – teatr, który nie chce być modny, architektura, która potrafi odstraszyć, literatura, która bredzi, choć czyni to z urokiem. A ostatnio także teatr lalek.