O TEATRZE LESBIJSKIM W POLSCE (XVI)

O TEATRZE LESBIJSKIM W POLSCE (XVI)

Rozmowa o festiwalu. Melancholijny spacer z Baubo, czyli amerykańska lesbijsko-queerowa awangarda w Polsce. Klauzula przyzwoitości & Kino bez klauzuli. Konfrontacje Teatralne.
Lublin 2015.

Ja jestem archiwum
Paggy Shaw

 

Monika Rak: Bardzo długi tytuł kolejnej naszej rozmowy, ale zdarzył się precedens w historii teatru lesbijskiego w Polsce i trzeba to jakoś obwieścić szerokim teatralnym gestem. Opowiadaj, bo ja niestety nie dotarłam do Lublina.
Agnieszka Małgowska: Na Konfrontacjach byłam sama i dziwne to „solowe” doświadczenie. Praca w duecie ma swoje przyzwyczajenia..
MR.: Przypuszczam, że wiedzą to Peggy Shaw i LoisWeaver, czyli Split Btitches. Dwie z pięciu bohaterek lubelskiego festiwalu, które tworzą duet w życiu prywatnym i artystycznym od 1980 roku, czyli od 35 lat. My mamy znacznie krótszy staż, chętnie przeglądamy się w nich jak w lustrze. Zazdroszczę Ci, że mogłaś to zrobić także w realu.
AM.: W Centrum Kultury w Lublinie to była jak na razie jedyna taka okazja. Czułam się jak Lesbijka w krainie performatywnychqueerczarów, która w podnieceniu zajęła lesbijskie miejsce na widowni.
MR.: Muszę zadać to pytanie: jak to „lesbijskie miejsce” rozumiesz?
AM.: Tak, to nie jest oczywiste. Ponoć takiego miejsca nie ma – to konstrukt, fantazmat, ale ja je zajęłam, więc istnieje i pozwala mi się skupić na relacjach między kobietami, ze świadomością ograniczeń, niejasności, zagrożeń, odszukać dynamikę tych relacji, zaplątanych w gry genderowe, czułych i czasem ślepych na zmiany definicji „pojęcia”, zmiany kontekstów, etc. Zawsze jednak z feministyczną perspektywą.
MR.: Już zajęłam miejsce obok …

AM.: Zapraszam na odświętny spacer wśród lesbijskich artefaktów. Nie będę tego spaceru nadmiernie szpikować wiedzą. Zrobią to wkrótce inni, a może za czas jakiś ja sama. Będę unikać „uniwersalnego dystansu”, byłby faux pas wobec samych gościń, które wciąż idą „na całość”, mimo że wedle psychologicznych tabelek wieku czasy ich jednostkowego buntu dawno minęły.
MR.: Oj, brzmi to znajomo. Amerykanki-seniorki przypomniały Ci o duchu rewolty.
AM.:
Na pewno jakoś przywołały mnie do rebelianckiego porządku. Girls Power! Reno nazwana jest „buntowniczką bez powodu”, Peggy Shaw gra po przejściu udaru, LoisWeaver wciela się od lat w trzpiotkę TommyWhynot, Penny występuje nawet przeziębiona. One mogą wszystko.
MR.: A nam nie dało się tego zaplanować. Wydarzenia w ramach Klauzuli przyzwoitości & Kino bez klauzuli zaskoczyły nas, informacja dotarła do nas późno. To jedna z konsekwencji działania na les/offie. Nie wszystkie wieści docierają w porę.
AM.: A tak zwany timing jest szczególnym wątkiem tej opowieści.
MR.: Racja. Czas, w którym „objawiło się” wydarzenie queerowo-lesbijskie, też jest zaskakujący. Bo oto większość inicjatyw, a nawet instytucji np. RDC, mniej lub bardziej skręcało na prawo w „niepokoju” przed 25 października. Taki pokaz sztuki nieheteronormatywnej może być ostrzeżeniem przed klauzulą sumienia, polskiego odpowiednika klauzuli przyzwoitości.
AM.:
Przed wyborami parlamentarnymi to było prowokacją – świadomą lub nie – i łabędzim śpiewem nieheteronormatywnej społeczności. Paroksyzm wolności złudnej, ale przynajmniej deklarowanej. Wkrótce – trudno mieć w tym względzie wątpliwość – mocno ograniczanej. Już to słychać. W Lublinie przez dwa tygodnie to złudzenie wolności podtrzymywano. Pewnie dlatego podczas tego festiwalu towarzyszyło mi uczucie melancholii. Nie tylko z tego powodu. Jechałam w euforii, ale ona nie przetrwała.
MR.: Kobieca amerykańska awangarda w Lublinie, a Ty nie w euforii? Nie jeździmy do Ameryki, to Ameryka przyjechała do nas. Dotąd widziałyśmy fragmenty performansów dzięki nagraniom umieszczanym w Internecie, dzięki tekstom, zwykle w języku angielskim, bo  po polsku trudno znaleźć materiały. Szczęśliwie sporo tłumaczeń tekstów poświęconych bohaterkom Konfrontacji Teatralnych jest na stronie festiwalu. Wreszcie choć trochę do poczytania dla niewładających językiem angielskim.
AM.: Do tej pory po polsku rzetelne teksty zostały opublikowane w „Didaskaliach” kwiecień 2012. Nr 108 i tylko o Split Britches – kompendium Sue-Ellen Case, oraz recenzja spektaklu Lost Lounge Grzegorza Stępniaka.
MR.: Ale obejrzeć na żywo żadnego przedstawienia nie dało się bez podróży za ocean. No może raz była taka możliwość. W 2006 roku, kiedy LoisWeaver przyjechała do Polski z WhatTammyNeeds to Know. Pokaz odbył się w ramach konferencji „Ciało, płeć, pożądanie: tożsamość seksualna w polskim dramacie i teatrze” organizowanej przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego. Tego spektaklu też nie zobaczyłam.
AM.: Ja widziałam 9 lat temu, w tym roku mijałam LoisWeaver na korytarzach, ale na spektaklu nie mogłam być. Tymczasem jej performerskie wcielenie –TammyWhyNot wciąż ewoluuje, teraz pokaz nosi tytuł WhatTammyNeeds to KnowAboutGettingOld and Having Sex.
MR.: To charakterystyczne i w kobiecym teatrze wciąż wyjątkowe, że aktorka/performerka im starsza tym ma więcej możliwości. Rola dojrzewa wraz z wiekiem wykonawczyni. Postać TammyWhyNot zrodziła się w podczas pracy nad Beauty and The Beast i rozwija się. Tommy stając się z piosenkarki country lesbijską performerką od razu zmierzyła się jako lesbijka famme z dominującym wzorcem kobiecej urody, ale nieźle sobie z tym radzi – ma w nosie wagę, wiek i dobry gust.
AM.: I konwencje performansu. W 2006 nie zrobiła na mnie wrażenia, jakoś miałam kłopot z grą ze stereotypową kobiecością – nie chciało mi się nawet bawić tym konstruktem. Różowe boa, klapki na obcasie, blond loki przewiązane kokardką stanowczo wyrzucałam z mej feministycznej szafy.  Nie widziałam ukrytej w TommyWhyBot bogini Baubo, dekonstruktorki, chichoczącej aż do bólu brzucha z sytuacji, postaci i ze mnie – oczywiście. Bardzo żałuję, że nie zobaczyłam TammyWhyNot tym razem.
MR.: Powiesz coś więcej o Baubo?
AM.: Muszę, bo Baubo towarzyszyła mi w festiwalowym wędrowaniu. Baubo jest boginką śmiechu, swawoli, obsceniczności. Nazywają ją „przemawiającą spomiędzy nóg”, gdyż zazwyczaj jest przedstawiana bez głowy, patrzyła sutkami i mówiła waginą. Opowiada rubaszne żarty, tańcząc i obnażając się, a tym samym sytuację, w której się znajduje. Bywa traktowana jako jedna z kobiecej trójcy dziewczyna-kobieta-starucha. A ujawniła się światu jako niekonwencjonalna pocieszycielka Demeter, zrozpaczonej po stracie córki Kory, a potem uczestniczka tajemnych kobiecych misteriów – misteriów eleuzyńskich – jako personifikacja pieśni jambicznej.
MR.: Nie ma lepszej towarzyszki w takim spacerze melancholijnym. Jej konfrontacyjna natura – omen nomem – nie pomogła Ci zmierzyć się po dziewięciu latach z WhyNot/Waever. Dzięki takim konfrontacjom można obserwować ewolucję Split Britches oraz nasz zmieniający się stosunek do tego duetu. Pierwszy kontakt z ich twórczością – dzięki zapisom video – nie był miłością od pierwszego wejrzenia. Wydawały się zbyt kabaretowe, zbyt popowe przede wszystkim.
AM.: W tym, co widziałyśmy, nie przebijało się nic, co by nas poruszało. Na pewno nie melancholia, którą opisywano jako stale obecną w twórczości Paggy Shaw, a którą poczułam w Lublinie. Inny też był kontekst ich performensów w Ameryce, brakowało go w Polsce. Dziś – kiedy lesbijskie wątki pojawiają się w polskim mainstreamie, a bohaterkami opowieści są śliczne, młode i zamożne lesbijki, doceniamy Split Britches za wprowadzanie do dyskusji o płci i orientacji seksualnej aspektu ekonomicznego.
MR.: A ja doceniam  ich radykalizm artystyczny, antyakademizm, autoironię, akcentowanie teatralności, a nie polityczności w twórczości, konsekwentne poszukiwanie nowej stylistyki. Korzenie takiej postawy tkwią bez wątpienia w latach 70.
AM.: To kolejny wątek mojej festiwalowej melancholii. Dręczy mnie świadomość, że w Polsce żywy, transgresyjny performatywny bunt  już się nie zdarzy. nie ma szansy się zdarzyć.

MR.: Taki bunt się nawet nie powtórzy. Dziś nie ma takiego klimatu, rewolucyjne myśli przetrawiono, stały się produktem pasującym do hipsterskich eventów. Dlatego gdybym zakładała, że celem polskich twórczyń jest „doganianie” Amerykanek, to takiego założenia nie mogę zrobić nie tylko z powodu własnych przekonań, to jest niemożliwe „obiektywnie”. Nie da się powtórzyć tego ognia, tej nieskażonej dystansem wiary w zmiany, zaangażowanej zabawy ze stereotypami płci ani rebelianckiego ducha. Wszystko wówczas było wywrotowe. Tak apriori.
AM.: HollyHugesw Clit Notes wspomina – ironicznie – że pod koniec lat 70 tak niewiele trzeba było, by zostać feministyczno-lesbijską artystką. Peggy Shaw – jak pisze Alexis Clements –wspomina jak dyrektor artystyczny Hot Peaches, Jimmy Camicia, powiedział jej: „Nie mamy nic o lesbijkach, to weź coś napisz – dzięki tym namowom rozpoczęła karierę jako autorka tekstów i performerka”. Podobnie było z Penny Arcade, w której biogramie czytam, że w wieku 13 lat Penny Arcade „wyślizgnęła się przez okno swojej sypialni, by dołączyć do bajecznie wolnego świata queer, ćpunów, dziwek, gwiazd i geniuszy”. Pięć lat później była Supergwiazdą Warhola.
MR.: Dziś obciążone wiedzą, medialnym przymusem, skazane jesteśmy na repliki. Możemy powtarzać gesty pierwszych lesbijek-feministek, dyskutować na nowo drażliwe tematy podejmowane w ich dziełach. Jednak mam wrażenie, że dźwigamy przekleństwo cudzysłowiu, nic nie jest autentyczne, wszystko zapożyczone, zamazane. Wszelki esencjalizm świadczy o zacofaniu, braku świadomości i wspieraniu patriarchalnego porzadku. ,Nawet nie za bardzo wolno z nim eksperymentować.
AM.: Dlatego Split Britches i inne amerykańskie artystki są jak papierek lakmusowy, który unaocznia „wielką czarną dziurę”, jaką jest teatr/performans queerowy/lesbijski w Polsce. Uzmysławia, jak wiele mamy do nadrobienia i że nie ma szansy, żeby to nadrobić, a jeśli już to inną droga, tylko jaką?
MR.: Ta pustka jest wynikiem nie tylko zmiany paradygmatów, ale także niewidzialności polskiej sceny performans/teatru lesbijskiego/queerowego. Nie jest prawdą,że nie ma takich aktywności, ukryte są w piwnicach i nie budzą zainteresowania, zdaje w zgodzie z zasadą: cudze chwalicie, swego nie znacie. Wciąż mam wrażenie, że dopiero namaszczone przez jakąkolwiek grupę ze świata rodzime performansy okazałyby się warte zauważenia, może ktoś zerknąłby na nie choć jednym okiem.
AM.: Przyglądając się od kilku lat temu, co dzieje się na polskiej offowej lesbijsko-queerowej scenie, widzę, że niektóre propozycje są porównywalne z performansami Amerykanek. Zawsze miałyśmy wrażenie, że Barbie Girls są w duchu Split Britches, choć bez ich warsztatu, to pewne, ale to inteligentne sklejanie różnych elementów, zabawa figurami butcha i famme, dekonstrukcja formy, odwołania do popkultury. Szczególnie to podobieństwo wyświetla się po stand-upie HollyHuges, która współpracowała z Lois i Peggy, miałam skojarzenie z Agnieszką Weseli/Furją. Jej sprawność i lekkość językowa, odważna seksualność wpisana w konteksty polityczne, humor, a wszystko z perspektywy klitoris. Weseli robi to z takim samym pazurem, dowcipem i zaangażowaniem. Myślę, że postać TammyWhyNot byłaby dla Furji bardzo dobrym materiałem. Rawińska i Tomaszewicz poradziłyby sobie w rolach Peggy Shaw, nie tylko z powodu wizerunku butch. Shaw też drakkinguje, ma wspólne „numery” z Anną Świrek– na przykład I’m your Man Leonarda Cohena.
MR.: To czego tu nie mamy, żeby mimo wszystko popróbować zasypać tę czarną dziurę, mimo że to działanie ad absurdum?
AM.: Nie ma performatywnego środowiska lesbijskiego, kilku grup artystycznych różnie definiujących płeć, orientację, które współpracowałyby, kłóciły się, po prostu działały i rozwijały. Których głównym celem nie byłoby przebicie się do mainstreamu, a tym samym formatowanie aktywności zgodnie z medialnymi oczekiwaniami. Barbie Girls działało, ale już nie działa, sporadycznie pojawiają się jednorazowe wydarzenia o feministyczno-lesbijskiej tematyce jak Llipsspil Teatru Amareya Choć z lesbijskością tu też byłby problem, ale o tym porozmawiamy już niedługo. Już to mógłby stanowić powód do debat wewnątrz środowiska. Tymczasem w Polsce  nie ma fermentu, wymiany myśli, umiejętności. Co jakiś czas pojawia się inicjatywy aktywizujące, ale to zazwyczaj pada, i tak od lat.
MR.: Nie zdarzyło się też tak „prestiżowe”, medialne doświadczenie walki z cenzurą rządu USA. Choć teraz możemy liczyć na doskonałe martyrologiczne tło dla wszelkich działań organizacji LGBT, ale takiej afery jak w Ameryce lat 90 nie było. Są homofoniczne skandale, ale wyjątkowo rzadko związane z kulturą. Jak incydent z projektem Podróż Piskorskiej i Tokarskiej, których wystawę usunięto z galerii pod wpływem nacisków prezydenta Elbląga. Nie było ani lesbijskiego, ani po prostu LGBT zdarzenia kulturalnego tak spektakularnego i ogólnopolskiego, jakimi stały się w „uniwersalnej” sztuce przypadki Nieznalskej czy Dody, skazanych za obrazę uczuć religijnych.
AM.: Tak, sprawa „Czwórki NEA” była homofobiczną bombą. Holly Hughes i trzem innym artystom (dwóm gejom i heretyczce) odebrano dotacje na projekt, powołując się na „klauzulę przyzwoitości”… Clit Notes opowiada o tym doświadczeniu. Nie będę skupiać się na historii „politycznej awantury’ – odsyłam na stronę festiwalowych konfrontacji: http://20.konfrontacje.pl/konteksty/.Bez wątpienia jednak ta awantura jest punktem wyjścia dla performansu Huges
MR.: Szkoda tylko, że zainteresowanie gwarantuje taka właśnie awantura, a nie sama sztuka.
AM.:
To inna sprawa. Natomiast Huges polityczne story w Clit Notes zaczyna od uwagi o poranku, kiedy performerka uświadamia sobie, kim jest, patrząc na cycki swojej partnerki. Bawi się seksistowską konwencją, żartuje z językowej poprawności, bo przecież nie wolno używać słowa „cycki”, trzeba „piersi”, przywołuje podział na femme i butch. Jednocześnie ten moment uznaje za wyjątkowy, niekoniecznie określający jej orientację, tożsamość i miejsce w społeczeństwie, mający znaczenie albo nie, ale został ujawniony, i ten „drobiazg” doprowadził Huges przed Sąd Najwyższy. Mimo że performerka kpi z określenia „sztuka homoseksualna” jako sztucznie stworzonego, to jednak to niezdefiniowane pojęcie uzasadniło użycie „klauzuli przyzwoitości”. Huges nie wyjaśnia ani czym jest dla niej sztuka, ani czy jej orientacja inspiruje ją twórczo.
MR.: Ale cycki partnerki każdego poranka są obnażane…
AM.: Symbolicznie pojawiają się u każdej artystki. Nawet złotousta Reno w swym ekonomicznym performansie wplotła anegdotę o swoim i swej partnerki szalonym skoku na system. Dwie kobiety, stereotypowe famme i butch, włamują się przez piwnice do banku i usiłują podpalić kapitalistyczne meble i dywany, nieskutecznie, bo wypomadowane antypalną substancją. Pytanie czy to prawdziwa historia? Nie mam pojęcia. To bez znaczenia… Ważne, że Reno bohaterkami czyli siebie i partnerkę, uczestniczki manifestacji po śmierci ikony gejowskiej Harveya Milka. Lesbijki, nawet jeśli nie pada to słowo, mogą być obecne w każdej nawet najbardziej absurdalnej historii. Opowiadamy herstorię, dajemy dowód istnienia.
MR.: Mówisz oczywiście o anegdocie z Money Talks with Citizen Reno.
AM.: Tak, to performans, który miał być agonem między feministką alterglobalistką a profesorem prawa Jerzym Hausnerem. Profesor nie dojechał, a mimo to Reno szalała, wcielając się w mityczną, nieokiełznaną, feministyczną Harpię, która obraca kota ogonem, naruszając święte, przez Boga ustalone, prawa ekonomii. Podczas performansu padały „żenujące” pytania o aktywa, bankowe produkty, dźwignię wolnego rynku, sprzedaż długu, etc.
MR.: Pytania o prawa „naturalne” kapitalizmu, którym trzeba ulec jak „naturalnym” prawom heteronormy?
AM.: Absolutnie. I jeszcze ta forma – rubaszność, nadmiar, prowokacyjnie można rzec – histeria. Wpuścić taką rozwścieczoną babę na scenę, no w tym przypadku była to piwnica – uff (najlepsze miejsce na takie popisy) i pozwolić jej mówić o tak poważnych sprawach, to dla jednych dowód nieodpowiedzialności organizatorów… Dla mnie wspaniały skandal, choć przyznam, że nie w moim guście. Ale musiałam skapitulować wobec takiej osobowości.
MR.: Znamy trochę podobnych kobiecych osobowości, tak zwanych nadmiernych. Bywają kłopotliwe nawet w artystycznym środowisku, bo albo wariatki, albo prowokatorki ,albo awanturnice. Uosobienie tego wszystkiego, co nie przystoi tradycyjnej kobiecie, Mrs. Hide spuszczona ze smyczy, która buduje na swej nienormatywności permanentny performans.
AM.: Reno w sposób najbardziej oczywisty kojarzy mi się z Baubo. Swawolą i niewyszukanym żartem podważa nie tylko niewzruszone prawdy ekonomii, ale i zasadę dekorum. Nieokiełznany żywioł Baubo w performansie Reno eksplodował. Odczuwał to chyba najdotkliwiej tłumacz, próbujący zapanować nad przekładem, był wciągany w performans jako bezpośredni uczestnik, zmagał się z wartką opowieścią, z językiem symbolicznym. Podołał zadaniu, ale pewnie będzie to pamiętał.
MR.: Baubonie zna ograniczenia i ma wiele wcieleń, wspominałaś już o niej przy LoisWaever
AM.: Tak, ale inaczej wyraża się u LoisWaever, inaczej w twórczości duetu. Przed wszystkim przez związek z nazwą –Split Britches. To nazwa majtki ze szparką, dzięki której pracujące w polu wiejskie kobiety mogły ulżyć potrzebom fizjologicznym bez przerywania wykonywanego zajęcia. Baubo dzięki szparce jest mniej skrępowana, może „mówić” , w spektaklach Split Briches wyłania się spod znanych schematów heteronormy. Niby widzimy to, co zwykle: figury kobiet i mężczyzn, a przez szwy, cięcia przecieka nieoczywista, miazmatyczna rzeczywistość
MR.: Czy w monodramie RUFF Peggy Shaw reżyserowanym przez LoisWaever też wypatrzyłaś Baubo?
AM.: Wypatrzyłam, bogini żartem „oswajała” tym razem chorobę –udar mózgu. Peggy Shawpo przejściu udaru, gra nadal performując swój stan. Jak sama mówi; wielokrotnie mierzyła się z figurą kobiety, lesbijki, ale walka z chorobą to dopiero wyzwanie. Wyzwanie, które, poszerza listę tematów do performowania. A jak utrzymuje Shaw, jedyną bohaterką każdej jej sztuki jest ona sama. Pewnie będzie performować siebie tak długo, jak się da
MR.: Performerki piszące ciałem, które się zmienia, to niekończące źródło inspiracji.
AM.:
Spektakl próbuje oddać dynamikę umysłu po udarze, próbuje odtworzyć stan świadomości, emocje. Rozłożyć i złożyć, zobaczyć, co zostało, co zniknęło. Choroba działa jak katalizator, uruchamia chorą osobę na nowo. Udar uświadomił Shaw istnienie kogoś, kto towarzyszył jej przed udarem, a zniknął po udarze. Nora – siostra Peggy. W chwili ataku zielona sukienka Peggy jest jak greenskreen, na którym wyświetla się skondensowany w ciele czas – prawie siedemdziesięcioletniej doświadczającej udaru Peggy i Peggy nastolatki, uczestniczącej w ślubie siostry. Nora jednocześnie pokazuje nam się jako heteroideał i jako kaleka – oślepiona od pioruna, głucha, fizycznie niepełnosprawna. Nie mam pewności, czy to portret realnej siostry czy wyobrażenie zdeformowane, bo odtwarzane przez umysł poudarowy. Nora była częścią nieuświadomioną zdrowej Peggy, jej obecność uświadomiona w wyniku udaru, może być kaleka. Ten wątek w opowieści scenicznej Shaw był dla mnie najbardziej poruszający także dlatego, że był symbolicznie lesbijski.
MR.: To watek podwójnie atrakcyjny. Lesbijski i melancholijny. Odnalezienie, które jest stratą. Ktosia w tobie żyje, nie wiesz o tym, a gdy ją odkrywasz, znika. Zostaje tylko blizna w nowej pamięci.
AM.: Ta melancholia jest dekonstruowana przez dowcip. Split Britches nie pozwala nam na popadanie w sentymentalizm. Okazuje się, że udar Peggy sprzyja żartom. Performerka bez pardonu kpi ze swej niepełnosprawności, ze sposobów rozpoznawania udaru. Oczywiście nie omija też płci. Jak twierdzi, przed udarem była kobietą, którą mylono z mężczyzną, po udarze jest heteroseksualnym białym mężczyzną, dlaczego? Bo nie ma połowy mózgu.
MR.: Seksistowski dowcip, ale bardzo trudno być nieseksistowskim butchem.
AM.: Split Britches nie jest poprawne polityczne. A Peggy Show ma wiele scenicznych romansów z męskimi postaciami realnymi i fikcyjnymiMarlonem Brando, Leonardem Coenem, Stanleyem Kowalskim, muzykami z AC/DC. Te listy nazwisk, wśród nich feministyczne i lesbijskie ikony. Swobodne nawiązania do feministyczno-lesbijskiej tradycji, prowokowanie queerowymi niejasnościami, gubienie konturów. Mimo że wszystko należy do kultury amerykańskiej, szerzej anglosaskiej. To sprawia, że miałam pewność,  że z mojego „lesbijskiego miejsca” oglądam kawałek mojego teatralnego.
MR.: Już słyszę głosy o tendencyjności, które mogą być słyszane od strony widowni i od strony krytyki. Dyskusję wokół tego wątku we wspomnianych„ Didaskaliach” relacjonuje Sue-Ellen Case. Festiwal lubelski „wpuszcza” w polską przestrzeń teatralną nowy właściwie temat. Ciekawi mnie reakcja mainsteamowej krytyki. Tego dowiemy się wkrótce. Ciekawsze, jak przełknął to widz/widzka.
AM.: Trochę obserwowałam i trochę podsłuchiwałam publiczność, przede wszystkim widziałam młodzież, organizatorki i gościnie amerykańskie. W kuluarach usłyszałam kilka rozmów – młodzieńcze wymiany zdań o prawie homoseksualistów do życia albo braku tego prawa, męską rozmowę, w której dominowały uwagi o babskim, właśnie „tendencyjnym” gadaniu.
MR.: Czyli znowu sztuka interwencyjna– kobieca i homoseksualna.
AM.: Pewnie tak, choć to jedynie strzępy komentarzy. Swoją drogą publiczność niezbyt duża, mimo że to festiwal ogólnopolski. Spektakle miały wprawdzie pełną widownię, ale maksymalnie sala mieściła 120 miejsc. A spektakle pokazywane były zwykle raz, prócz przedstawień Ruff i B!D!F!W!
MR.: Nie więcej niż przychodzi jednorazowo na polskie spektakle. Jaki będzie zasięg tych pokazów? Wiadomo, że swoje zrobią mainstreamowe media. A rozumiem, że widzowie teatralnie dopisali, „upychani” po kątach jak ty, a filmowi? Pojechałaś też po to, by obejrzeć filmy w ramach cyklu „Kino bez klauzuli”.
AM.:
Tu już było gorzej. Przynajmniej na trzech seansach, na których byłam. Podczas projekcji A Litany For Survival. The Life and Work of Audre Lorde widownia topniała, choć od początku było nas około piętnaściorga, na koniec zostało nas czworo z operatorem technicznym. Tu nie mam pewności, czy z powodu braku napisów czy niszowości tematu poetycko-lesbijskiego. Nie lepiej było na pozostałych projekcjach.
MR.: To dziwne, bo bohaterkami filmów były: Gertruda Stein, Elisabeth Bishop, Susan Sontag – twórczynie znane szerszej „publiczności”. O tych twórczyniach chętnie mówiłybyśmy – feministyczne/lesbijskie ikony literackie, ale tylko AudreLorde zgodziłaby się na takie określenie. Być może nigdy przez usta Stein i Bishop nie przeszło słowo „lesbijka”.
AM.:
Reżyserki nie zawsze słuchają swoich bohaterek. W filmie Jill Godmilow Czekając na księżyc, Gertruda Stein nie afiszuje się swą orientacją seksualną, jakby jej nie miała. Natomiast Elizabeth Bishop w kamerze Barbary Hammerw Welcome to This House, śledzi nie tylko  domy, które zamieszkiwała poetka, także  jej relacje z kobietami.
MR.: Dobrze, że pojawia się w twojej relacji festiwalowej Barbara Hammer. Twórczyni filmowej awangardy, która nie unika słowa „lesbijskie”, od lat niestrudzenie robi filmy o kobietach/lesbijkach i co trudno sobie wyobrazić, nikt nie napisał o niej książki, choć to się wkrótce zmieni, jej monografia jest wreszcie w planie.
AM.: Kłopoty z utrwalaniem queerowo-lesbijskiej twórczości to kolejny powód do melancholii. Peggy Shaw podczas dyskusji nad zasadnością kobiecych archiwów stwierdziła: „Ja jestem archiwum”. To prosta odpowiedź na wszelkie wątpliwości sceptyków każdej opcji U nas parę kobiet działających mogłoby powtórzyć te same słowa, może w queerowo-lesbijskiej sztuce teatru/performansu byłoby to skromne archiwum, ale byłoby. A przechadzając się po korytarzach lubelskiego Centrum Kultury miałam absolutną pewność, że wydarzenia „Klauzuli przyzwoitości” stały się częścią polskich dziejów teatru, oczywiście częścią naszego cyklu „O teatrze lesbijskim w Polsce”, który traktujemy jako wirtualne archiwum.
MR.: Cieszmy się! A Baubo cicho chichocze…

 

Damski TANDEM Twórczy (Agnieszka Małgowska & Monika Rak), Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 151/2015
Damski TANDEM Twórczy: Monika Rak & Agnieszka Małgowska. Istnieje od 2009, przygotował cykle: literacki Żywe radio, performatywny Maryjan i Krystina, filmowy Kino lesbijskie z nutą poliamoryczną: czytanie dramatu Portret lesbijek we wnętrzu; spektakle: Orlando. Pułapka? Sen, Fotel w skarpetkach, 33 Sztuka, Czarodziejski Flet, organizuje O’LESS Festiwal, cykl debat Kobieta Nieheteronormatywna.
Agnieszka Małgowska – absolwentka WOT-u, reżyserka, trenerka teatralna, scenarzystka, nauczycielka literatury.
Monika Rak – absolwentka WOT-u, aktorka, dramatopisarka, realizatorka autorskich filmów dokumentalnych, videoartów, graficzka.
dtandemt.blogspot.com