O TEATRZE LESBIJSKIM W POLSCE (x)

Rozmowa o spektaklu. Amy Conroy. Alicja & Alicja. OCH-TEATR

I wolałam się nie wychylać, zachować anonimowość.
Amy Conroy. Alicja & Alicja.

Agnieszka Małgowska: Po raz w pierwszy w ramach naszego cyklu mamy okazję omówić lesbijski spektakl, który można obejrzeć na scenie teatralnej. Przedstawienie miało premierę 16 listopada 2013 roku w warszawskim OCH-Teatrze. Les-wątek w teatrze to wciąż wydarzenie. W polskim głównym nurcie zdarzyło się to zaledwie kilka razy w całej jego historii, więc tym bardziej nas to cieszy.

Monika Rak: Ale ta premiera też nas martwi, bo stylistyka i wymowa spektaklu rozmijają się z naszymi oczekiwaniami. Mamy świadomość, że wynika to z nadziei, jakie pokładamy w każdej teatralnej les-propozycji. Tym razem będziemy bardziej emocjonalne…

A.M.: … ale i uważniejsze. Alicja & Alicja  zainteresuje wiele lesbijek. Wieść rozniosła się błyskawicznie. Mam poczucie, że w tym kręgu odbiorców reklama właściwie jest zbędna, ale ta skierowana jest także do innych i ważny jest sposób, w jaki to się robi. Zastanowiły mnie dwa słowa – wzruszające i potrzebne – które przeczytałam w podstawowym opisie przedstawienia. Les-sztuka potrzebna, jak najbardziej, ale czy ta potrzeba usprawiedliwia wybór akurat tego dramatu, przypominającego elementarz coming outu, połączony z melodramatyczną opowieścią o miłości? Miłość tłumaczy drugie określenie tego opisu: wzruszające.

M.R.: Obydwa te reklamowe pojęcia sugerują, że będzie miło i edukacyjne. W opisie nie pojawia się słowo „lesbijka”. Bo o skandalu nie ma mowy – prowokacyjne elementy zostały zupełnie wyeliminowane. Takie było założenie inscenizacji, co reżyserka podkreśliła w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. Niby świetnie, bo skandal nie do końca sprzyja dyskusji, choć ją wywołuje. Ale czy „zamazywanie” tematu jest dobrą strategią?

A.M.: Właśnie. Moje poważne wątpliwości budzi sam wybór sztuki. Alicja&Alicja Amy Conroy to irlandzki przebój teatralny – może jego popularność stanowiła jakieś kryterium wyboru. Bo nie znam ani klucza, według którego dokonano tego wyboru, ani osoby, która go dokonała. Zastanawia mnie, dlaczego znowu nie jest to polski tekst. Jeszcze rok temu pod hasłem „polski teatr lesbijski” nie było niczego, ale teraz naprawdę da się znaleźć teksty, które nadają się na scenę. „Dialog” wydrukował tekst Agnieszki Łuczak, a Magdalena Szcześniak w analitycznym tekście „Domowe dramaty lesbijek” odwołała się do les-sztuk Ingi Iwasiów i Izabeli Filipiak.

M.R.: My też pisałyśmy o paru tekstach. Niedostrzeżenie polskich tekstów jest o tyle dziwne, że sztuka Amy Conroy została specjalnie spolszczona przez Joannę Derkaczew, co oznacza, że polski kontekst nie był bez znaczenia. Bohaterki mają polskie nazwiska, rzucają polskimi nazwami, opowiadają o polskiej Paradzie Równości, ale wszystko wydaje się przy tym mało konkretne i dotyczy de facto postaci znikąd. Ta polskość jest jakaś nieosadzona. W dramatach Łuczak czy Iwasiów bohaterki mają korzeń w polskim małym miasteczku albo w polskiej historii. Tu spolszczenie jest pozorne.

A.M.:  I  bez wątpienia tak miało być. Bo to są kulturalne Euro-Polki podróżujące po świecie. Zatem spolszczenie służy raczej temu, żeby widzowie utrzymali kontakt z tekstem i uświadomili sobie, że takie dziewczyny mieszkają też w Polsce. Ale nic poza tym. Chodziło o stworzenie pozytywnego wizerunku kobiety-lesbijki, która nie obnosi się ze swoją orientacją, nie narzuca się, spełnia wszelkie oczekiwania, czyli robi to w domu i nikomu nie przeszkadza.

Udział w tej publicznej spowiedzi to wynik długich wewnętrznych bojów, rozpisanych na: „plusy: zabawa, ekscytacja, wyzwanie, wnikliwa obserwacja, zwycięstwo, piękno, świadectwo, zobaczą nas”, i „minusy: przymus, wstyd, strach, ekshibicja, ingerencja, naruszenie, niebezpieczeństwo, zobaczą nas”.

M.R.: To jedna ze znanych strategii mimetycznych, społecznie narzuconych. Dlatego obserwowanie jakichkolwiek eksplikacji tematu jest interesujące, ale ważne jest nie tylko to, co się mówi czy pisze, lecz także to, kto to robi. Przyglądamy się więc dziełom sztuki lub produktom kultury i zastanawiamy, czy płeć, orientacja seksualna wpływają na sposób rozumienia „lesbijskości”. Bywa różnie, ale w tym przypadku widać, że spektakl został zrobiony przez kobiety, które znają życie lesbijek ze słyszenia i researchu popkultury lesbijskiej. Pokazują swoje wyobrażenie lesbijki, która byłaby akceptowana przez bliżej nieokreślony ogół społeczeństwa. Maria Seweryn mówi o potrzebie złamania negatywnego schematu, który – jej zdaniem – niesie za sobą narracja lesbijek, i w zamian proponuje inny schemat – „wielką romantyczną miłość”, kalkę hetonormatynego modelu relacji miłosnej.

A.M.: Pamiętaj też, że to nic nowego. Niektórzy twierdzą, że właśnie ten schemat, oparty na micie o Tristanie i Izoldzie, konstytuuje lesbijskie relacje.

M.R.: A temu modelowi przyświeca wyjątkowo manipulacyjne hasło: miłość zwycięża wszystko, zawsze tylko o nią chodzi. Tym już karmiono i nadal karmi się kobiety bez względu na orientację, za każdym razem służy to stępianiu pazurów, nakierowaniu społecznej świadomości. To straszna cena za akceptację.

A.M.: Tak, bo celem takiego myślenia jest dostosowanie, asymilacja tego, co nietypowe, na warunkach tego, co typowe. Oczywiście wynika to z lęku, opiewana jest więc tzw. uniwersalność, która wchłania wszelkie różnice, na rzecz niejasnego, zunifikowanego podobieństwa między wszystkimi ludźmi. Każda różnica traktowania jest jak zagrożenie. Istnieje więc imperatywna konieczność zamazania jej. Lubię i doceniam różnice, różnica nie musi dzielić, jest przejawem różnorodności, wielości. Dlaczego więc „lesbijka” ma zniknąć jako pojęcie i ma ją zastąpić uniwersalne pojęcie człowieka, oznaczające de facto mężczyznę? Jedna z bohaterek wyraźnie podkreśla, że słowo „lesbijka” jej nie pasuje, nigdy się z nią nie utożsamiała. Ona jest  kobietą, człowiekiem, sobą. Wciąż to powtarza.

M.R.:  Klasyczne myślenie asymilacyjne. W ogóle mam wrażenie, że spektakl skierowany jest do tych, którzy nigdy w życiu nie widzieli lesbijki i chcieliby ją zobaczyć, ale musi być „skrojona” tak, żeby lesbijstwo stało się przezroczyste, niewidoczne, obce nawet dla samych lesbijek. Jak ulał pasuje tu żart: ja nie jestem lesbijką, ale moja dziewczyna tak.

A.M.: Tej przezroczystości służy wszystko, także forma – quasi-dokumentalna, wpisana w didaskalia. Steatralizowana publiczna spowiedź. Imitacja zdarzenia performatywnego. Lubię takie formy, ale zadanie aktorskie jest niełatwe, trzeba być w nim obecnym. Aktorki muszą znaleźć taki sposób wyrazu, żeby przekaz był wiarygodny. Wymaga tego forma imitująca publicystykę, publiczność przecież ma wierzyć, że dziewczyny nie mają doświadczenia teatralnego i opowiadają własną historię.

Alicja & Alicja, materiały prasowe 02

M.R.: Ja nie uwierzyłam. Choć „prawdziwość” jest podkreślana – dziewczyny wciąż przypominają, że biorą udział w tej prezentacji i z trudem się w niej odnajdują, mówią o przygotowaniach, rozmowach z reżyserką, która wypatrzyła je całujące się między regałami w supermarkecie i zaprosiła do udziału w tym przedsięwzięciu, opowiadają o długim procesie wzajemnego przekonywania się. I jeszcze podczas spowiedzi same siebie namawiają do coraz intymniejszych wyznań: o pierwszym pocałunku, pierwszym zbliżeniu seksualnym. No i ostatecznie o prawdzie całego zdarzenia ma świadczyć spontaniczne wyznanie miłosne, brzmiące jak przysięga małżeńska, ukoronowane pocałunkiem. Te wszystkie „warstwy prawdy”, które trzeba w tej sztuce „wykreować”, żeby  okazała się wiarygodna, złożyły się na całkowicie sztuczny produkt. Mówiąc bez ogródek: lepiej byłoby zaprosić lesbijki i przeprowadzić z nimi wywiad, miałoby to większy sens.

A.M.: Niekoniecznie. Nie wiadomo, co by powiedziały, może okazałyby się zbyt radykalne. A tu mamy kontrolę, „warstwy prawdy” – jak to nazywasz – tworzą gładkie „prawdopodobne” wyznanie, spreparowane, przygotowane, żeby popatrzeć na problem z bezpiecznej odległości. W błyszczącym stylu glamour. 

M.R.: I mamy śliczny produkt komercyjny – edukacyjny i beznamiętny. Widzę w tym dążenie do „uniewidocznienia” lesbijek. Nawet pomysł na kostiumy wzmacnia to wrażenie. Nie ma kolorów – to uderzające. Szare spodnie, czarne buty, czarna torebka oraz bluzki w kolorze ecru. Oczywiście dziewczyny są trendy, a cielisty jest dziś modny. Ale naprawdę modne są też inne barwy. A tu ich brak. Właściwie nie wiem, jak to się mogło stać.

A.M.: To faktycznie zaskakujące, bo społeczność LGBT kojarzy się z kolorami, stąd tęcza. Więc ta bezbarwność oczywiście znaczy. Zauważ też, że mimo wszystko stroje podtrzymują stereotyp, bardzo subtelnie pokazują zasadę podziału na lesbijskie typy: butch i famme. Alicja K. jest w krótkiej szyfonowej sukience, w butach na obcasie – reprezentuje tzw. styl kobiecy. Alicja N. – w szarych prostych spodniach i bluzce – to tzw. styl męski. Ale nie ma tu mowy o żadnej przesadzie ani tym bardziej o oryginalności, odmienności. Jak reżyserka wielokrotnie podkreślała, bohaterki to osoby skromne, nieprowokujące, spokojne… i to widać.

M.R.: Dla mnie postacie są papierowe, nieżywe, właściwie ich nie ma. I jedyny kolorowy – dosłownie i metaforycznie – jest absurdalny obraz Matki Boskiej z dzieciątkiem, inkrustowany migoczącymi światełkami. To kiczowata pamiątka Alicji K. przywieziona z Paryża i jedyny prawdziwy element tego spektaklu.

A.M.: Bo i pobyt w Paryżu to kolorowy, emocjonalny „wariacki” czas w życiu Alicji K. Z jednej strony jest jej zachwyt nad tym miastem, obowiązkowy dla każdej romantyczki i ucieleśniający marzenie o sukcesie i europejskości, z drugiej – w paryskich opowieściach Alicji K. słyszymy o kobietach wyzwolonych: Louise i Jin. To świadome siebie lesbijki, biseksualistki czy poliamorystki, którym Alicja K. zawdzięcza lesbijską samoświadomość i pierwsze doświadczenia seksualne.

M.R.: A my takim kobietom zawdzięczamy dzisiejsze swobody, możliwość niezależnego, odważnego i bezkompromisowego życia, nawet jeśli innym wydaje się to niemoralne, skandaliczne. Bo jak można zmienić świat, dostosowując się do powszechnych norm? Ale mało kto już o tym pamięta, kiedy sprzedaje feministyczne czy lesbijskie osiągnięcia jako lekko strawny produkt w kolorowych gazetach i romantycznych filmach.

A.M.: Tak, temat został oswojony, nie skłania do wojowania, można go więc przyjąć. Ale zaznaczmy – bez przesady. Alicja K. opowiada swoje inicjacyjne story, przywołuje zdarzenia z czasów wczesnej młodości i pobytu w liberalnym Paryżu. Wszystko z przymrużeniem oka, sugerującym chwilę słabości czy młodzieńczy wybryk – dużo tu bowiem seksu, wódki, związkowego tasowania, balangowania etc. To są jakby egzotyczne chwile zapomnienia.

M.R.: Alicja pragnie żyć jak dziewczyny z Paryża, a potem jak koleżanka z pracy, z którą wda się w romans. Ale tak nie żyje, to zbyt ryzykowne. Wybiera życie w ukryciu, dla wygody i bezpieczeństwa. Choć nazywa to światopoglądem, Alicja N. odcina się od jawności, to dla niej zbędne afiszowanie się, tandeta. Obie Alicje doskonale zinternalizowały poprawne politycznie i wyestetyzowane heteronormatywne wyobrażenie o lesbijkach. Nie mogą więc postępować inaczej, niż to słyszymy z ich opowieści.

A.M.: Mimo że są młode. Trzeba zaznaczyć, że dojrzałe kobiety Amy Conroy zostały tu zamienione na młode dziewczyny, bo to – jak twierdzi reżyserka – bardziej interesujące. Nie wiem, na czym polega ich większa atrakcyjność, prócz ewentualnie, podkreślam ewentualnie, wyglądu. Ale ta zmiana jest znacząca. Dwudziestokilkuletnie dziewczyny zostały obciążone dużym doświadczeniem życiowym, nie do końca „przepracowanym”, a to zaowocowało stworzeniem kolejnych postaci z syndromem Bridget Jones, czyli osób o infantylnej uczuciowości, wdzięku nastolatki i nieznośnej powierzchowności intelektualnej.

M.R.: Mentalnie rzeczywiście to ten model – dodatkowo powiązany z bohaterkami w typie The L Word – normatywnie atrakcyjnych: szczupłych, dobrze ubranych, dobrze sytuowanych etc. Reklamówka spektaklu podkreśla jeszcze, że to kobiety wyglądające jak marzenie wszystkich mężczyzn. To – moim zdaniem – kuriozalne stwierdzenie, bo potwierdza, że lesbijka powinna tak czy owak zmieścić się w heteronormatywnym wzorcu, czyli podobać się mężczyznom. Szczerze tego nie lubię, bo przypomina mi to również o tym, jak powszechnie postrzegane są lesbijki – jako nieatrakcyjne babochłopy. Rozumiem, że atrakcyjność jest głównym kryterium oceny kobiety bez względu na jej orientację seksualną. Być może m.in. dlatego dojrzałe kobiety nie zagrały tych ról.

A.M.: Atrakcyjność, młodość aktorek i bohaterek przyczyniły się te do utrzymania relacji w odpowiednio chłodnym tonie. Nie jestem zwolenniczką pokazywania lesbijskiej relacji erotycznie, ale przez bliskość, zażyłość – już tak. W tej inscenizacji tego nie ma i nie chodzi o to, że bohaterki nie lubią ostentacyjnego okazywania uczuć, o czym kilkukrotnie przypominają, ani o to, że konwencja spowiedzi publicznej na to nie pozwala. Bliskość nie została wypracowana przez aktorki. Ich relacja ogranicza się do słów, które mają uwiarygodnić uczucie i związek.

M.R.:  Zanim o nim opowiemy, muszę podzielić się odczuciem, że aktorki – że tak kolokwialnie się wyrażę  – zostały wpuszczone w maliny, bo ze względu na niepogłębienie tematu poprowadzono je bardzo powierzchownie. Widziałam w dwóch Aleksandrach – taki żart chyba z lustrzanych imion bohaterek – chęć grania. Ale niewiele było do zagrania. Wystarczyło, że są młode, ładne, pełne wdzięku.

A.M.: Wróćmy do związku i historii dwóch Alicji. Zatem w ogromnym skrócie: Alicja K. pracuje w administracji muzeum narodowego, Alicja N. – w banku. Ta druga jest pedantyczna, powściągliwa, praktyczna i religijna w przeciwieństwie do pierwszej – swobodniejszej antyklerykałki. Alicje znają się od dzieciństwa, razem się wychowywały, pochodzą z tego samego miasta. Alicja K. pamięta Alicję N. jako śliczną dziewczynkę o wielkich oczach, która zawsze ją fascynowała. Przed tą fascynacją uciekła do Paryża. Natomiast Alicja N., zanim uświadomiła sobie swoje preferencje, zdążyła wyjść za mąż i stracić męża, którego lubiła jak przyjaciela, ale nie kochała. Alicja K. ma za sobą pobyt w Paryżu, pełen naiwnych nadziei na karierę dziennikarką. Do kraju wróciła z powodu choroby matki, która zmarła mimo poświęcenia córki. Ale to właśnie na jej pogrzebie Alicje spotkały się i zakochały.

M.R.: Żyły jak w bajce do momentu, gdy Alicja K. zachorowała na raka. Wówczas ich związek przechodzi kryzys. Alicja K. z rozpaczy i poczucia straty zdradza ukochaną z kolejną wyzwoloną kobietą, koleżanką z pracy, która nie ma problemów ze swoją orientacją seksualną i sięga po to, czego pragnie – tym uwodzi Alicję K. najbardziej. Zdrada zostaje jednak wybaczona, rak zaleczony. I dziewczyny znów będą kochać się jak dwa gołąbki, zgodne, by prowadzić życie spokojne, podróżować, chodzić do kina, do sklepów i… na Paradę Równości.

A.M.: Właśnie, właśnie, bo nie możemy nie zauważyć tej zmiany. Bo oto mimo tylu melodramatycznych chwytów, które wchłonął ten dramat – śmierci męża, matki, zdrady, przebaczenia, nowotworu – i które mają pozyskać widza, przez odwołanie się do ich doświadczeń i wrażliwości słuchamy o klasycznych homoseksualnych dylematach: o wyobcowaniu w Kościele katolickim, zmaganiu się z tradycyjną rodziną, permanentnym ukrywaniu się etc. Słuchamy też zwierzeń Alicji K., która – być może z racji swoich paryskich wariactw lub wewnętrznej niewygody  –  powoli sobie uświadamia, że życie w ukryciu nie jest jedynym i najlepszym rozwiązaniem. Dręczy ją to co jakiś czas, a ujawnia się w zetknięciu z ludźmi, którzy są wyautowani, albo w zderzeniu ze śmiercią bliskich – matki, przyjaciół gejów. Alicja K. ma w sobie wątpliwości i zaraża nimi partnerkę, która ucieleśnia inną prawdę – że afiszowanie się ze swoją orientacją robi gejom i lesbijkom złą opinię. Jednak i ona ulega. Wszystko to doprowadza do publicznej spowiedzi, którą oglądamy i która dowodzi zmiany punktu widzenia, większej otwartości. Ostatnim ostentacyjnym krokiem jest udział w Paradzie.

M.R.: I nie zapominaj jeszcze, że w tekście pięć razy pada słowo „lesbijka”, choć zapowiadało się, że „uda się” go uniknąć. Uniknąć się nie udało, ale trudno mieć z tym wyrazem dobre skojarzenia. Otrzymałyśmy pięknie i bezboleśnie przeprowadzony instruktaż coming outu w TVN-owskim stylu. Opis pozornego dorastania do jawnego bycia lesbijką-nie-lesbijką, uroczo maszerującą w dziwowisku zwanym Paradą Równości. Jedyne wspomnienie, jakie ma Alicja N. ze swojego pierwszego „świadomego” przemarszu, to żarcik, że usłyszany okrzyk „słodka!” odnosi się nie do niej-lesbijki, ale do geja. Prawdę powiedziawszy, wszystko opowiedziane jest tak żartobliwie i niezobowiązująco, że sprawa lesbijska jest marginalna, nawet podczas wspomnianej parady.

A.M..: Smutna konkluzja, zapewne bardzo subiektywna. Smutna, bo to oczekiwana, tzw. profesjonalna propozycja, która nie jest ani publicystyką, ani artystycznym zdarzeniem. To teatralne wcielenie hasła „niech nas zobaczą”, ale ja nie wiem, kogo i co mamy zobaczyć. Heteronormatywne wyobrażenie lesbijstwa? Unijny projekt – zsocjalizowana lesbijka?

M.R.: Nie wiadomo. Dlatego powtarzam – pokazanie na kawiarnianej scenie Och-Teatru jakiegokolwiek programu Barbie Girls byłoby uczciwsze i bliższe „lesbijstwu”.

A.M.: Ale nie takie ładne, urocze i niegroźne, i jeszcze chodziłoby o coś więcej niż miłość, bo w spektaklu Alicja&Alicja tylko o nią chodzi, jak mówi reżyserka. Nic więcej nie powinno się zdarzyć i się nie zdarza.

Porozmawiajmy o tym spokojnie, nie trzeba prowokować, krzyczeć i ostentacyjnie pokazywać uczuć i namiętności. Trzeba dać świadectwo i oswoić ludzi z tym tematem. Pokazać, że miłość jest ponad wszystkim, jest najważniejsza i nie ma płci.

M.R.: Ten fragment wypowiedzi Marii Seweryn sprawia, że czekam na inną propozycję teatralną, mniej zachowawczą. I o lesbijkach, które się afiszują.

Och-Teatr w Warszawie
Alicja & Alicja
Amy Conroy
przekład: Joanna Derkaczew
reżyseria: Maria Seweryn
scenografia i kostiumy: Małgorzata Domańska
światło: Waldemar Zatorski
asystentka reżysera i producentka wykonawcza: Marta Więcławska
obsada: Aleksandra Domańska, Aleksandra Grzelak
premiera: 16 listopada 2013

Damski TANDEM Twórczy (Agnieszka Małgowska & Monika Rak), Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer  78/2013
Damski TANDEM Twórczy: Monika Rak & Agnieszka Małgowska. Istnieje od 2009, przygotował cykle: literacki Żywe radio, performatywny Maryjan i Krystina, filmowy Kino lesbijskie z nutą poliamoryczną: czytanie dramatu Portret lesbijek we wnętrzu; spektakle: Orlando. Pułapka? Sen, Fotel w skarpetkach, 33 Sztuka, Czarodziejski Flet, organizuje O’LESS Festiwal.
Agnieszka Małgowska – absolwentka WOT-u, reżyserka, trenerka teatralna, scenarzystka, nauczycielka literatury
Monika Rak – absolwentka WOT-u, aktorka, dramatopisarka, realizatorka autorskich filmów dokumentalnych, videoartów, graficzka

dtandemt.blogspot.com