TEATR PRZETRWANIA

TEATR PRZETRWANIA

W przedostatni weekend września w Ośrodku Teatralnym Kana zjawił się z dwoma spektaklami skierniewicki Teatr Realistyczny. Zachodniopomorska OFFensywa Teatralna dała pretekst, okazję, by przeżyć prawdziwy survival, performance, manifest. Trupa z połowy drogi między Warszawą a Łodzią to cztery kobiety (w piątek) i pięć kobiet (w sobotę), to pamięć o Robercie Paluchowskim aka Robku Paluchoskym, to dwa spektakle, rozmowy, propozycje, to autentyczność i ogromna energia pozwalająca dostrzec, jak zamazane są krawędzie teatralnej sceny.

Manifest to historie czterech osób, niekoniecznie kobiet, chociaż przez kobiety przedstawionych. Jak zauważyły aktorki – już prywatnie odpowiadając na pytania publiczności – nie nazywa się „szowinistycznym” teatru samych mężczyzn, a sztuka samych kobiet musi się zawsze spotkać z pytaniem o feminizm. Są więc zmagania z prostymi, ludzkimi dylematami, jak ten, czy dam radę przez trzy miesiące opiekować się czyimś psem, po te trudniejsze, czy urodzę dziecko przyjaciółce, która nie może zajść w ciążę, czy oddam organy temu, kto potrzebuje transplantacji. Ja, widz w Kanie, odpowiadam sobie po cichu na pytania, które wydają się wcale mnie nie dotyczyć. A poza tym przecież to tylko spektakl, ale  jestem w nim tak głęboko, że zaczynam czuć się zawstydzona. I wtedy jedna z aktorek, z wiadrem na głowie, ślepo wskazuje w stronę widowni, i pyta: A ty zdejmiesz mi wiadro z głowy? Nie udawaj, że mnie nie znasz, stojąc tuż obok.

Muszę się przyznać, zwłaszcza teraz, po spektaklu, który był swoistym katharsis, że na piątkową sztukę wchodziłam przede wszystkim z poczuciem obowiązku napisania tej recenzji. Wychodziłam… oczarowana, zakochana, nie mogąc się doczekać powtórnego spotkania z Teatrem. W piątek szłam również z nadzieją, że uda mi się zapomnieć o zgiełku dnia codziennego, o trwającym od tygodnia remoncie klatki schodowej, przez który pył niesie się po ścianach, schodach, klamkach. Niczym głos sąsiada przenika do mojego mieszkania, z publicznego do prywatnego. Teatr Paluchosky’ego nie dał mi jednak odpoczynku, wręcz przeciwnie, serce biło mocno, oczy poszukiwały, a w uszach robiło się gorąco jak w chwili wielkiego wzruszenia. Nie serwowano jednak uniesień nostalgicznych, łzawych. Było to przejęcie się światem, wielością decyzji popychających do tego, by iść dalej, niczego nie przeoczyć, rozmawiać z ludźmi. Było brudno od tynku, mąki i wody. Brudno a zarazem oczyszczająco.

Cienka granica między miejscem na scenie, a miejscem na widowni dała w Manifeście możliwość ucieczki, odżegnania się od tego, co zapisane w scenariuszu. Mamy czas i przestrzeń, by ocknąć się z iluzji i przypomnieć, że to „tylko” teatr, że nie musimy oddać nerki, nie musimy być odpowiedzialni. A kiedy mijają trzy kwadranse spektaklu, zdajemy sobie sprawę z tego, że chcemy więcej, chcemy tam zostać i zapomnieć o złudzeniu, więc wracamy na drugi dzień, a Realistyczny wyświadcza nam przysługę, zarazem płatając figla. Oto w Punkowym Centrum Poezji Paluch nie ma miejsc na widowni, są tylko na scenie. Jesteśmy wewnątrz, częstowani wódką i okazuje się, że wszyscy wiedzą, jak czasem drapiemy się po genitaliach.

Manifest, w którym dziewczyny nosiły bardzo podobne stroje, wprowadził widza do Punkowego Centrum…, gdzie kostiumy są jedynie atrybutem. Jest wróżka w bajecznej sukni i gospodyni w mące po łokcie, i robotnik polewający wódkę, i człowiek w wannie, i człowiek w garniturze. Pod ubraniami kryją się ludzie tacy sami jak my, którzy swoim głosem mówią o tym, o czym my myślimy. Raz to rubaszne, raz obrazoburcze, ale zawsze prawdziwe. Odwaga to największy atut Teatru Realistycznego. Jest on tak szczery, że zmusza człowieka do szczerości przed samym sobą. Jest zaangażowany w ten imponujący sposób, jaki podziwia się u ludzi, którym udało się zdziałać coś wielkiego, ponieważ mówienie własnym głosem wymaga nie lada śmiałości. Zwłaszcza, kiedy okazuje się, że to głos całych miast, całych pokoleń.

Jaką więc rolę pełni teatr w życiu, a jaką życie w teatrze? Teatr Realistyczny to nie tylko dialog, to także protest song wyśpiewany w punkowej piosence. To ucieczka z wyobrażenia sceny jako miejsca sterylnego, stonowanego, ekskluzywnego. To głos generacji bez wieku, bo każdego z nas coś uwiera. To namiętność, pasja, prawda.

Na Manifest, obok fragmentów Adama Mickiewicza czy Thomasa S. Eliota, złożyły się teksty całego zespołu. Punkowe Centrum… to już sceniczna interpretacja myśli Robka Paluchosky’ego. W bonusie wypieki kuchenne i muzyka Roberta, i zdjęcia, i film z nim na pierwszym planie. Zjeść, obejrzeć i posłuchać mógł każdy, kto nie wyszedł tuż po oklaskach, a zostali wszyscy. Manifest rozpętał burzę czerwonych marynarek (element scenografii), która wróciła piorunem następnego dnia, by dokończyć dzieła. W pierwszym spektaklu słyszymy, że teatr to „taka k… ostatnia”, że „jaki świat taki teatr”. W drugim Paluch spogląda z zachowanego nagrania i mówi coś ważnego, intymnego. Mówi: Wydaje mi się, że wewnątrz słów schowałem inne słowa. Wszystko mi się pomieszało, teatr i życie.

Realistyczny zatrzymał się gdzieś pomiędzy tymi słowami, pomiędzy krojeniem chleba a zakładaniem majtek. Pomiędzy prawdziwym raperem, który beznamiętnie się onanizuje i rutynowo nie soli zupy a prawdziwym punkowcem wychowanym na dyskografii Dezertera. Pomiędzy Chrystusem, który umarł na krzyżu a dogmatem w postaci braku dogmatu. Pomiędzy sceną a widownią. Pomiędzy tym, co już zrobione a co jeszcze do zrobienia, do przetrwania.

W Punkowym Centrum… wróżka unosi się nad ziemią obwiązana zaczepioną o sufit liną, opiera stopę o drabinę, po której wspina się robotnik. Pomimo że każda postać zdaje się pochodzić z innej bajki, klasy społecznej czy gender, wszystkie stają na scenie, żeby jednym głosem wyrazić więcej niż, być może, pojedynczy widz byłby w stanie ubrać w słowa. Interesujący jest kontrast pomiędzy scenografiami obydwu spektakli. W Manifeście tło jest surowe, wyróżniają się na nim jedynie krzykliwe czerwone marynarki oraz mocne, dosadne teksty. Punkowe Centrum… to świat kolorowy, pełen rekwizytów, z mniejszą dynamiką ruchów niż w poprzedniej sztuce, ale większą ilością haseł czy metafor. Punkowy „kwintet” łączy przesłania Paluchosky’ego, artysty niszowego, buntownika z motywami z „innej bajki”, ale to właśnie ta bajka wyostrza sens myśli reżysera. Manifest, który swoją premierę miał ponad rok po śmierci Roberta, czerpie z jego tekstów mniej dosłownie niż sobotnia sztuka. W większej mierze to autorski projekt aktorek, które prezentują, czego o teatrze nauczył je ich przewodnik, dyrektor artystyczny, przyjaciel, idol… Punkowe Centrum Poezji Paluch to świat Paluchosky’ego, świat, którym chciał zarazić i twórców, i odbiorców. Nie nachalnie, ale systematycznie, skłaniając do rozważań nad naszą tożsamością i kondycją dzisiejszego teatru. Przedstawienie tych sztuk dzień po dniu na deskach Kany daje doskonały obraz tego, jak człowiek rozwija się w sztuce i jak martwe sceniczne rekwizyty ożywają pod naporem żywego języka. I chociaż Teatr Realistyczny nie potrzebowałby przedmiotów, aby widoczną była podmiotowość jakże autentycznych aktorek, z przyjemnością chłonie się całą scenografię. Jednak nie dla obrazów i nawet nie dla treści wróciłabym na te skierniewickie manifesty. To obsada i gra sprawiły, że w mojej głowie zrodził się zachwyt nad tym, że pomimo dosyć młodego wieku można robić teatr tak dojrzały i przemyślany.

Kinga Cieśluk, Teatralia Szczecin
Internetowy magazyn „Teatralia” numer 70/2013

Ośrodek Teatralny KANA

Zachodniopomorska OFFensywa Teatralna

Teatr Realistyczny

 

Manifest

scenariusz, reżyseria, obsada: Iwona Konecka, Ilona Paluchowska, Katarzyna Pągowska, Anna Sadowska

teksty: A.Mickiewicz, W. Szekspir. T.S. Eliot, Sz. Kopyt, R. Paluchosky, zespół

oświetlenie: Piotr Magdziarz

muzyka: MC Gyver, whnt

premiera: czerwiec 2013

 

Punkowe Centrum Poezji Paluch

scenariusz, reżyseria, obsada: Iwona Konecka, Ilona Paluchowska, Katarzyna Pągowska, Anna Sadowska, Katarzyna Chojecka

teksty: Robek Paluchosky

oświetlenie: Marcin Foks

premiera: wrzesień 2012