Taniec na żyletkach

Taniec na żyletkach

Kochanek zrealizowany przez Józefa Opalskiego na podstawie sztuki Harolda Pintera, ze scenografią i kostiumami Agaty Dudy-Gracz jest spektaklem ostrym. I nie chodzi tylko o dość sugestywne, mocne w wyrazie poczynania dwojga bohaterów na scenie. Za słowami, gestami i zarysem fabuły kryje się coś, co kaleczy widza jeszcze dobitniej.

Epitet „okaleczony” w odniesieniu do odbiorców spektaklu nie jest wyrażeniem pejoratywnym. Uczestnicy tego krótkiego, ale bardzo intensywnego seansu są narażeni na konfrontację z czymś, czego nie znosimy najbardziej – własną podświadomością.

Bo czymże jest, jeśli nie grą z podświadomością widza właśnie, godzina, podczas której oglądamy dwoje ludzi perwersyjnie zależnych od siebie, dawno wyzutych ze wzajemnych uczuć. Z czasem, gdy poznajemy bohaterów coraz bardziej, zdajemy sobie sprawę z tego, że odzwierciedlają oni myśli, fantazje i obawy człowieka, który dociera w związku z drugą osobą do pewnej granicy.

Pustka, jaka otacza bohaterów, ilustruje w bardzo sugestywny sposób relację między nimi. Za rekwizyty służą jedynie dwa identyczne krzesła i sensualny instrument, nie tylko muzyczny, jak później się okaże. Nie ma ścian. Zamiast nich dziesiątki – jeśli nie setki – lin (sznurów, frędzli?), na które nawleczono ozdobne kamienie (monstrualne paciorki różańca?). Nie wiadomo więc, czy to burdel, mieszkanie czy świątynia.

A może wszystko po trochu, bo wkrótce okaże się, że kościół ten ani nie jest ładny, ani Boga w nim nie znajdziemy. To, co kiedyś było związkiem, miłością, pożądaniem, namiętnością i przyjaźnią, zamieniło się w kłamstwo, obojętność i agresję. Domowe ognisko wygasło, pozostała ciemność. A po ciemku łatwiej o szczere wyznania.

Nikt, kto obejrzał pierwsze dziesięć minut spektaklu, nie powinien mieć wątpliwości, że nie o żaden seks, nie o żadnych kochanków tu chodzi. Wszystkie pornograficzne gesty, wyuzdane słowa i deklaracje są jedynie wołaniem o pomoc. Dwójka bohaterów oskarża się wzajemnie o brak miłości. Stąd te wymysły na temat rzekomych kochanków (bo wcale ich tam nie ma) i seksualnych podbojów, wzajemne stroszenie piór jak przy godowym tańcu.

Sceniczny duet krzyczy w ten sposób: „zauważ mnie”, „pożądaj mnie znów”. Agresja i sadomasochistyczne pomysły są jedynie ucieczką ku czemuś, co wzbudzi w nas chęć do życia, do metafizyczności, do bycia ze sobą, radości z obcowania z drugim człowiekiem. Nawiasem mówiąc, dość wyraźnie zza wspomnianych wcześniej paciorków spogląda Witkacy.

Jest to spektakl przestroga. Podobnie jak bohaterowie Witkacego zatracają się coraz bardziej w szaleństwie, które ma być drogą do metafizycznego przeżycia, tak bohaterowie przedstawienia Józefa Opalskiego postanawiają kaleczyć się do upadłego.

Nie tędy droga. Taniec na żyletkach jeszcze nikomu nie wyszedł na dobre. Być może chwilowe upuszczenie krwi daje ulgę, ale z pewnością nie jest rozwiązaniem na dłuższą metę. Pozostaje radykalna zmiana albo śmierć. Jaki jest wybór bohaterów? Żeby przekonać się i posmakować krwi, trzeba iść na przedstawienie i dać się okaleczyć.

Piotr Gaszczyński, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 49/2013

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Harold Pinter

Kochanek

reżyseria, opracowanie muzyczne: Józef Opalski

kostiumy, scenografia: Agata Duda-Gracz

reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk

asystent reżysera: Michał Kurkowski (PWST)

konsultacje muzyczne: Bartosz Sałdan

obsada:

Ona – Dominika Bednarczyk

On – Grzegorz Mielczarek

premiera: 18 lutego 2013

fot. P. Kubic

Piotr Gaszczyński (1987) – absolwent filologii polskiej oraz teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. W „Teatraliach” publikuje od 2010 roku. Miłośnik groteski pod każdą postacią, fan Manchesteru United i czarnej kawy.