Szlachetni mordercy

Od swoich zwolenników wymaga bezgranicznego oddania. Powoduje nieodwracalne konsekwencje. Zabicie w jej obronie to czyn szlachetny. I choć potrafi zamieniać morderców w bohaterów, prędzej czy później rewolucja bez skrupułów pożera własne dzieci.

Pragnienie buntu mamy we krwi. Szlachetne czyny wielkich duchowych rewolucjonistów zdominowały literaturę okresu romantyzmu. Sprzeciw wobec ucisku, tyranii, ciemnoty – trudno nie wspierać takich buntowników. Zanim jednak do literackiego życia powołany został Kordian czy Gustaw, istniał już Karol, dokładniej zaś Karol Moor, przywódca zbójeckiej bandy zamieszkującej Czeskie Lasy. A życie tchnął w niego Fryderyk Schiller. Pisząc Zbójców, miał zaledwie 18 lat, co nie przeszkodziło mu w stworzeniu utworu sztandarowego dla okresu „burzy i naporu”. Karolowi jednak daleko do naszych rodzimych romantycznych buntowników, być może dlatego Zbójcy nie są w Polsce specjalnie popularni. Jan Klata odnalazł w tym XVIII-wiecznym tekście całkiem współczesne brzmienie. W dramacie można wyodrębnić dwa główne wątki: rodzinny i rewolucyjny. Polski reżyser skupia się przede wszystkim na drugim.

W wyniku intrygi Franciszka (Florian Lange) wydziedziczony zostaje jego starszy brat Karol (Ronny Mierach). Ojciec (Andreas Grothgar) załamuje się rzekomą zdradą pierworodnego syna. Na duchu podtrzymuje go jedynie narzeczona Karola – Amalia (Kristina-Maria Peters), o której wdzięki zaczyna zabiegać Franciszek. W tym samym czasie zdruzgotany postawą ojca Karol, który nie ma już nic do stracenia i nie widzi dla siebie miejsca na świecie, zostaje przywódcą zbójeckiej bandy. I tutaj właśnie zaczyna się rebelia. Reżyser zmusza widzów, żeby przyjrzeli się buntowi niezwykle dokładnie: od powstania idei, poprzez jej realizację, aż po tragiczne konsekwencje. Co usprawiedliwia mordowanie kobiet i dzieci, gwałcenie zakonnic? Czy rozgrzeszeniem może być zabijanie nieuczciwych urzędników i przeznaczanie pieniędzy na rzecz edukowania utalentowanej młodzieży? Karol zatracił się w swoim buncie, ponieważ wierzył w szlachetność bezprawia.

Dzięki Justynie Łagowskiej na scenie stanął metalowy las. Rury, świetlówki, blachy, wszystko dźwięczne i groźne. Zbójcy w skórzanych spodniach. Ich ciała pokryte tatuażami. Nie ma blizn świadczących o waleczności wojowników. Są tylko świadomie wykonane rysunki na ciele. Każdy, kto ma tatuaż, będzie podkreślał, że to nie tylko ozdoba, lecz także manifestacja. Cokolwiek manifestujesz, zabierzesz to już ze sobą do grobu. Chyba że chirurgicznie usuniesz tatuaż, ale będzie to bardzo bolesny zabieg. Reasumując, Zbójcy wyglądają bardziej jak uczestnicy Woodstocku niż bohaterowie XVIII-wiecznego dramatu. Nie oderwiesz od nich wzroku.

U Klaty zawsze ogromną rolę odgrywa muzyka. To ona tworzy dodatkową warstwę znaczeniową, po którą każdy widz musi sięgnąć indywidualnie. Nie sposób pominąć Iron Woodkida, które pojawia się w momencie, kiedy oficjalnie zawiązana zostaje zbójecka banda. Po raz pierwszy bohaterowie podchodzą tak blisko widzów. Możemy wreszcie im się przyjrzeć. Przy dźwiękach Iron prezentują się dostojnie i groźnie. Warto sięgnąć do teledysku, który niezaprzeczalnie stanowił dla twórców inspirację.

Lamentowi nad rzekomo zmarłym Karolem towarzyszy polska pieśń religijna Cokolwiek w świecie jest, wszystko marność. Mimo że spektakl jest produkcją niemiecką, każdemu pokazowi towarzyszy utwór w języku polskim. Jego emocjonalne oddziaływanie w warstwie muzycznej jest na tyle silne, że rozumienie tekstu nie jest konieczne.

Cały spektakl domyka prezentacja multimedialna zawierająca fragmenty koncertu zespołu The Cramps. W 1978 roku grupa wystąpiła w kalifornijskim zakładzie dla chorych umysłowo. Jak podkreślał Klata, niezwykłe w tym występie było to, że wymiana energii między artystami i publiką zupełnie ich ze sobą zrównała. W pewnym momencie nie wiadomo było, kto jest artystą, a kto pacjentem. Oczywiście, efekt ten został uzyskany w odniesieniu do widzów, zgodnie z zamierzeniem reżysera. Energia zbójeckiego tańca (genialna choreografia Maćko Prusaka) miała uderzać w publiczność. Uderzyła nawet dosłownie, ponieważ bohaterowie tańczyli w kałużach wody, która bardzo szybko znalazła się na widzach zajmujących pierwszy rząd.

Klata każe nam się zastanowić przede wszystkim nad sensem: nad sensem postępowania często całkowicie bezmyślnego. Nie zniechęca do wyrażania sprzeciwu, ale ostrzega przed zatraceniem się w jego konsekwencjach. To właśnie spotyka Karola. Coś o wiele gorszego niż śmierć. Musi zmierzyć się z konsekwencjami swoich czynów, stanąć ze swoim buntem twarzą w twarz i dokonać wyboru między lojalnością a miłością. I choć jego ostatni gest będzie gestem szlachetnym, nie przywróci on życia Amalii. Każda decyzja jest nieodwracalna. Każda decyzja w konsekwencji może zabić to, co najbardziej kochasz.

Agata Wlazło, Teatralia Łódź
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 39/2012

Schauspielhaus Bochum (Niemcy)

Friedrich Schiller

Zbójcy
reżyseria: Jan Klata
scenografia i kostiumy: Justyna Łagowska
choreografia: Maćko Prusak
dramaturgia: Olaf Krock
obsada: Andreas Grothgar, Raiko Kuster, Florian Lange, Nicola Mastroberardino, Ronny Mierach, Kristina-Maria Peters, Bernd Rademacher, Felix Rech, Dimitrij Schaad, Klaus Weiss

premiera: 3 marca 2012 roku

II Międzynarodowy Festiwal Klasyki Światowej, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi