Sześć kobiet markiza

Sześć kobiet markiza

Madame de Sade to nie tylko błyskotliwy dyskurs o dobru i złu, o prawie do swobodnego wyrażania uczuć i uleganiu im, ale również opowieść o erotyce, pięknie i brzydocie, o sile wyobraźni i niezłomności w obronie własnych przekonań, nawet wbrew obowiązującym  normom obyczajowym i moralnym.

Pierwsze wykonanie Madame de Sade miało miejsce w listopadzie 1965 roku, w niedługim czasie po ukazaniu się dramatu Yukio Mishimy. Tokijską inscenizację w obsadzie znakomitych aktorek z grupy teatralnej NLT Gekidan, wyreżyserował Matsuura Takeo. Dramat Mishimy od poczatku cieszył się dużym powodzeniem, o czym świadczy przyznanie autorowi prestiżowej nagrody Ministerstwa Edukacji oraz uznanie Madame de Sade za najznakomitszy dramat powstały w powojennej Japonii.

Dramat Mishimy inscenizowany w wielu krajach na całym świecie, po czterdziestu siedmiu latach trafił na deski Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze. Na tamtejszej scenie Madame de Sade wyreżyserował Krzysztof Prus, który nieprzypadkowo sięgnął po dramat Mishimy, poszukuje bowiem w swoich inscenizacjach prawdy o człowieku, a szczególne miejsce w jego eksploracjach zajmuje dramat współczesny.

Madame de Sade jest poszukiwaniem prawdy o  Donatien Alphonse François de Sade, francuskim pisarzu, który połowę swojego życia spędził w więzieniu za praktykowanie libertynizmu, będącego w myśl jego poglądów drogą do wolności jednostki, wymykającą się wszelkim normom religijnym, społecznym i politycznym. Prus na poszukiwaniu prawdy o markizie de Sade nie kończy, może nawet Markiz nie jest celem jego poszukiwań.

Oczywiście, obecności na scenie ducha Donatiena nie można kwestionować, ale Markiz nie pojawia się na niej ani razu. Jest projekcją sześciu kobiet: Renée – markizy de Sade (Katarzyna Janekowicz), Madame de Mountreuil (Iwona Lach), Anny – młodszej siostry Renée (Anna Ludwicka-Mania), baronowej de Simiane (Elżbieta Kosecka), hrabiny de Saint Fond oraz Charlotty (Małgorzata Osiej-Gadzina). Każda z nich dostrzega w markizie innego mężczyznę.

Renée widzi w nim męża, który nie potrafi sprostać obowiązkom, ale przez cały czas jest mu wierna i oddana. Dla niej markiz jest chorym dzieckiem, a ona jego matką/ kochanką/ niańką, która nie potrafi mu niczego odmówić, choć przecież w końcu – w ostatniej scenie spektaklu – odbiera mu siebie i wstępuje do klasztoru. Pożegnalnych słów, które chciała przekazać mężowi nie słyszymy, zapada kurtyna. Madame de Sade wydaje się od samego początku naiwna, ale to tylko poza przyjęta wobec świata. Potrzeba niesamowitego heroizmu, by kochać potwora, a temu, że Renée kocha swego męża, nie można zaprzeczyć. Kocha, gdy czuje się potrzebna, a czuje się potrzebna dopóty, dopóki markiz przebywa w więzieniu. Przemiana markizy dokonuje się zatem na zewnątrz. Od początku małżeństwa kobieta przeżywała piekło, była jedną z wielu posiadanych przez niego kobiet, które miały nad nią tę przewagę, że mogły od niego w każdej chwili odejść, by ponownie wrócić. Madame de Sade nie mogła zostawić Donatiena, bo tym samym przyznałaby, że markiz jest potworem, który zniszczył nawet tę, którą poślubił. Myślę, że kulminacyjny moment jej przemiany nastąpił w momencie, kiedy zaczęła się zastanawiać nad tym, czy to ona jest taka, jak markiz, czy markiz taki, jak ona.

W rolę tytułowej Madame de Sade wcieliła się Katarzyna Janekowicz. Aktorka zbudowała postać wierną, przekonywającą, silną i bardzo ciekawą. Choć na pozór postać grana przez Janekowicz, jest naiwną żoną, która wytrwale znosi rozwiązłość męża, to w rzeczywistości Donatien jest przez nią zdominowany mentalnie. Pozycja markizy de Sade znacznie przewyższa markiza z racji tego, że kocha nie będąc kochaną i jest wierna mimo niewierności męża.

Dla Anny markiz jest przygodą. Opętana sidłami Donatiena traci swoją tożsamość, staje się jego niewolnicą, a nawet występuje przeciwko swojej siostrze, Renée. Twierdzi, że to ją,  Annę, de Sade, rzeczywiście kocha. Problem polega na tym, że markiz nie kocha nikogo, co zaakceptować muszą obie kobiety. Anna Ludwicka-Mania tak wykreowała swoją postać, żeby jej związek z Donatienem, był jednocześnie zwycięstwem nad siostrą. Ludwicka-Mania tryska energią, stara się pokazać, że jest bardziej dojrzała niż Renée, aktorka znakomicie gra swoją rolę.

Natomiast Madame de Montreuil, matka Renée, to ostatnia z trzech motywowanych historycznie postaci dramatu. W małżeństwie Donatiena ze swoją córką widziała możliwość zbliżenia się do  dworu królewskiego, z którym Markiz był spokrewniony. Postać Madame de Montreuil, w którą wciela się Iwona Lach,  jest kobietą żądną władzy, łaknącą lepszej pozycji na dworze, z drugiej zaś matką, która zdaje sobie sprawę, jakim nieszczęściem było wydanie córki za markiza. Lach kreuje postać zdecydowaną, bezwzględną, ale jednocześnie świadomą zagrożenia, jakie niesie za sobą jej nieugiętość.

Pozostałe trzy postacie, choć niemotywowane historycznie, zajmują równorzędne miejsce z Madame de Montreuil i jej córkami. Baronowa de Simiane (Elżbieta Kosecka), to znakomicie wykreowana dewotka. Przez całe życie oddana Bogu, w końcowej części dramatu wstępuje do klasztoru, a tym samym staje się duchowym przewodnikiem Renée.

Hrabina de Saint Fond to arystokratyczna kokota, którą Hamerska-Kijańska poprowadziła bez przesady, powściągliwie, a jednak nie pozostawiła żadnych złudzeń co do seksualności hrabiny. Bardzo interesujący wydaje mi się fakt, że hrabina de Saint Fond nie została przedstawiona wulgarnie, a efekt ten osiągnęła Elwira Hamerska-Kiliańska, budując intelektualny background tej postaci. Z kolei Małgorzata Osiej-Gadzina pokazała na scenie lękliwą Charlottę,  która, opuściwszy hrabinę de Saint Fond, przyszła na służbę do Madame de Montreuil. Charlotta to postać, która wie więcej, niż się pozostałym kobietom wydaje – jest inteligentna, mądra, a jednocześnie wydaje się być zastraszona. Osiej-Gadzina w niewiarygodny sposób z postaci tła ukuła pełnowymiarową, ciekawą kreację.

Na szczególną uwagę zasługuje scenografia Marka Mikulskiego. Ekspozycję spektaklu stanowi scena salonowa oddana w bardzo skromnej formie. Z sufitu zwisa piękny, kryształowy żyrandol. Na pustej scenie stoi tylko sofa, na której w efektownych kostiumach z epoki ancien régime hrabina de Saint Fond i baronowa de Simiane oczekują na przybycie gospodyni, Madame de Montreuil. Wspominany przez sześć „kochających” kobiet markiz de Sade, pojawia się zwrócony do plecami do salonu i widowni, ubrany w czarny płaszcz podróżny. Wpatruje się w widniejącą przed jego oczyma projekcję imitującą obraz. Przedstawia ona coś w rodzaju piekła. Nad jego głową unoszą się manekiny stanowiące transformację ludzi ze sceny na obrazie, dzięki czemu widzimy to inferno trójwymiarowo. Mikulski znakomicie wykorzystał możliwości techniczne jeleniogórskiej sceny, głębia obrazu została podkreślona grą świateł. Taki efekt osiągnięto tylko dzięki doskonałemu porozumieniu reżysera i scenografa. Marek Mikulski za salonem ustawił trzy duże, czarne  półprzeźroczyste ekrany, aranżując dwie niezależne przestrzenie. Obie rzeczywistości – realną i stanowiącą wyobrażenie sześciu kobiet –  łączy szeroki strumień ciepłego światła.

Madame de Sade w reżyserii Krzysztofa Prusa, ze scenografią Marka Mikulskiego jest efektem spotkania wizjonera z iluzjonistą. Dzięki znakomitej obsadzie aktorskiej przestrzeń teatralnej iluzji wykreowanej przez Mikulskiego zaczyna tętnić życiem francuskiego salonu epoki ancien régime.

Kamil Robert Reichel, Teatralia 
Internetowy Magazyn Teatralny „Teatralia” nr 38/ 2012

Teatr im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze

Madame de Sade

Yukio Mishima

przekład Stanisław Janicki, Yukio Kudo

reżyseria: Krzysztof Prus

scenografia: Marek Mikulski

obsada: Katarzyna Janekowicz, Iwona Lach, Anna Ludwicka-Mania, Elżbieta Kosecka, Elwira Hamerska-Kijańska, Małgorzata Osiej-Gadzina

premiera 29 września 2012