Świadkowie, którzy wojny nie widzą (Świadkowie albo Nasza mała stabilizacja)

Świadkowie, którzy wojny nie widzą (Świadkowie albo Nasza mała stabilizacja)

O bezsensownej paplaninie, o formie z którą mierzą się ludzie w chwilach, kiedy mierzyć się nie muszą z kataklizmami, wojnami czy innymi tragediami. Przecież w sytuacjach ekstremalnych raczej nikt się nie zastanawia, jak tu teraz usiąść, o formę nikt nie dba. Skrajne egzystencjalne doświadczenia dyktują postawy. Jednak gdy ekstremum odchodzi i pojawia się nasza mała stabilizacja, forma zaczyna dyktować zachowania, zakłada się wtedy nogę na nogę i szczerzy zęby w sztucznym, pretensjonalnym uśmiechu.

Można wówczas zupełnie bezmyślnie podyskutować sobie na różne tematy, podzielić się swoimi nielotnymi spostrzeżeniami i bezrozumnie pokiwać głową. I jeszcze pocieszyć się tym, jacy to mądrzy jesteśmy. A kto nam zabroni? Przecież mamy wolność słowa. Wszyscy mówią o wszystkim i każdy jest specjalistą we wszystkim. Czy aby dzisiaj tak nie jest? Przecież mamy dostęp do Internetu. Głupi nie jesteśmy, a co tam – każdy może się porządnie wyedukować w Internecie. Raczej rzadziej zwracamy uwagę na to kto, jak i o czym mówi – to zaczyna mieć coraz mniejsze znaczenie. W zasadzie wszystko jesteśmy w stanie podważyć. I tutaj odnajduję jakąś silną, a jednak nową konotację miedzy 1964 rokiem, w którym powstał tekst Różewicza, a dniem dzisiejszym. Reasumując, głupota ludzka pół wieku temu kontra głupota ludzka plus Internet dziś. Może to jakiś nowy temat? Zdaję sobie sprawę, jak daleko mogłam zabrnąć w mojej nadinterpretacji, jednak pozostawię ją jako małą dygresję…

Wróćmy do głównego tematu. Z bezsensownej paplaniny, gry pozorów i sztucznych uśmiechów rodzi się człowiek zupełnie nieautentyczny, upozowany i uładzony. To z jednej strony. A z drugiej – ukazane zostają pęknięcia, z których wyziera jego samotność, frustracja, cierpienie. Tak czytam tekst Różewicza, tak odbieram spektakl zrealizowany w Teatrze Współczesnym.

A sam sposób realizacji scenicznej wyciąga całą esencję tekstu i ją uwydatnia. Wszystkie elementy zdają się ten podstawowy wątek podkreślać, poczynając od scenografii i kostiumu, poprzez ruch sceniczny, na podawaniu tekstu i kreacjach aktorskich kończąc. Na tle żółtej ściany ze wzorkiem pojawiają się aktorzy ubrani w identyczny deseń, co tło. W jednakowych fryzurach, zlewając się z przestrzenią, tworzą pewien rodzaj symbiozy z rzeczywistością w której funkcjonują. Jednocześnie ta rzeczywistość ich pochłania, pożera sprawiając, że stają się bardzo mało widoczni. Indywidualność w tym świecie raczej nie jest wskazana. Uładzenie, uniformizacja, ale także pozostawanie w schemacie niepozwalającym na szczerość, który wręcz wymaga pewnego rodzaju etykiety. Kiedy szwy pozorów zaczynają pękać (co na scenie zasygnalizowane jest wychodzeniem z kostiumu czy ciąganiem peruki), zaczynamy poznawać głębię bohaterów, którym ta forma poniekąd pasuje, ale równocześnie ich więzi. Wyjątkowo dobitnie i przenikliwie zagrał Arkadiusz Buszko. Jego kreacja była mocna i poruszająca, z całą głębią psychologiczną przedstawił wychodzenie z formy oraz dramat i karykaturalność tworzonej przez siebie postaci. Zaprezentował taki rodzaj aktorstwa, który zasługuje na najwyższe uznanie. Bardzo dobrą grą zwracała uwagę także Magdalena Wrani-Stachowska. Całość zupełnie spójna i dobrze zagrana.

W materiałach Teatru Współczesnego możemy wyczytać: „Katastrofa stała się elementem codzienności, nie zwracamy już na nią uwagi.” Oglądając spektakl „Świadkowie…” miałam raczej wrażenie, że to właśnie ta ustabilizowana codzienność staje się katastrofą, pewnego rodzaju pułapką. Te wszystkie płytkie relacje nasączone grą pozorów i przeświadczeniem o tym, żeby tylko udało się utrzymać wypracowany święty spokój, w pewnym momencie zaczynają uwierać bohaterów. Choć na pewno istnieje typ ludzi, dla których mała stabilizacja włącznie ze swoją formą i brakiem autentyczności jest jedyną i słuszną postawą. Tutaj znowu pobrzmiewają w mojej głowie słowa z Mieszkańców Tuwima: „Od rana bełkot, bełkocą bredzą, że deszcz, że drogo, że to, że tamto. Trochę pochodzą, trochę posiedzą i wszystko widmo i wszystko fantom.”.

Zdałam sobie sprawę, że całość mojej narracji jest snuta wokół drugiej części tytułu dramatu „…Nasza mała Stabilizacja… I właśnie w tym momencie pojawia się refleksja – a gdzie podziali się Świadkowie?! Pokolenie Różewicza, pokolenie świadków II wojny światowej odchodzi. A kto dzisiaj jest świadkiem? Co dzisiaj widzą świadkowie? Czego świadkami jesteśmy my? W końcu my już swoją wojnę mieliśmy, a teraz mamy święty spokój. Często zakładamy nogę na nogę. Często świadkami być nie chcemy i widzieć nie chcemy. W końcu te wojny dzisiaj to nie nasze wojny…

Kinga Binkowska, Teatralia Szczecin
Internetowy Magazyn „Teatralia”, nr 132/2015

Teatr Współczesny w Szczecinie

Tadeusz Różewicz

Świadkowie albo Nasza mała stabilizacja

reżyseria: Katarzyna Szyngiera

scenografia i kostiumy: Agata Baumgart

muzyka: Paweł Duczmal, Wojtek Juchniewicz, Marcin Dymiter, Paweł Nowicki

ruch sceniczny: Arkadiusz Buszko

obsada: Magdalena Wrani-Stachowska Arkadiusz Buszko Maciej Litkowski Wojciech Sandach

premiera: 30 stycznia 2015

fot. Piotr Nykowski