STRATA WZROKU CZY ZYSKANIE NIEWIDZENIA? – Rozmowa z Emilią Stalmach

Rozmowa z Emilią Stalmach, niewidomą kandydatką na zawodową aktorkę, miłośniczką teatru, fanką przedstawień Krzysztofa Warlikowskiego.

Tak mało wiemy o aktorach „nienormatywnych”. Trudno się dziwić, skoro wciąż za niecodzienny uznaje się sukces aktorki w rozmiarze XXL, jak np. Katy Bates czy Marianne Sägebrecht. Fenomenem jest Marlee Matlin – głuchoniema amerykańska aktorka, zdobywczyni Oskara za rolę w filmie Dzieci gorszego boga. O aktorach niewidomych w mainstreamie nie słychać wcale. Docierają do nas informacje tylko o niszowym teatrze Artura Dziurmana, który od dwunastu lat pracuje z grupą niewidomych i niedowidzących. Gdzieś na marginesie można poczytać też o Zofii Książek-Bregułowej, niewidomej aktorce i poetce. Czy niewidomi nie lubią teatru? Czy ta dysfunkcja dyskwalifikuje ich jako widzów i aktorów?

Agnieszka Małgowska: – Jesteś młodą osobą. Jesteś niewidoma – to w znacznym stopniu wpływa na twoje życie. Wielokrotnie w naszych rozmowach podkreślałaś, że nie chcesz się zamykać w swoim niewidzeniu. Sensem twojego życia jest teatr. Od kilku lat starasz się rozpocząć studia aktorskie. Jestem bardzo ciekawa, jak wyglądała (i wygląda) twoja droga do realizacji tego zamierzenia. Skąd się wzięło zainteresowanie teatrem?

Emilia Stalmach: – Mam poczucie, że od zawsze kochałam teatr. Myślę, że jest to wynikiem życia w internacie dla osób niewidomych i słabowidzących: żeby jakoś przetrwać, musiałam stworzyć sobie własny, prywatny świat. Taki, który będzie dla mnie bezpieczny. I wtedy zaczęłam uciekać w wyobraźnię. Teraz wydaje mi się, że żyłam w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości. Pamiętam, że jako mała dziewczynka ciągle wyobrażałam sobie, że jestem kimś innym. To sprawiało, że łatwiej mi było znieść tę internatową atmosferę. Kiedy zaczęłam dorastać, uświadomiłam sobie, że byłoby fantastycznie móc tak zamieniać się w kogoś innego na co dzień. Miałam silną potrzebę „manifestowania” tego świata wyobraźni na zewnątrz.

Monika Rak: Dziewczynki, niezależnie od tego, czy widzą, czy nie, miewają taki etap, kiedy marzą, by być aktorkami czy piosenkarkami. To pragnienie przechodzi jak grypa. Ale ty w którymś momencie podjęłaś decyzję, że chcesz w tym kierunku się kształcić. Pamiętasz, kiedy to się stało?

Nie było jednego momentu. To był proces. Im częściej brałam udział w szkolnych przedstawieniach, im bardziej „zatapiałam” się w świat teatru, tym bardziej czułam, że chcę kiedyś zostać aktorką. Dziś wiem, że podświadomie słuchałam intuicji i mobilizowałam wszystkie siły, żeby znaleźć warsztaty teatralne. Zawsze miałam ogromną potrzebę wolności, i to ona pchała mnie w ten świat teatru. Ostateczną decyzję o tym, że chcę być aktorką, podjęłam w liceum. Spory wpływ na pewno miała na to moja cudowna wychowawczyni, pani Elżbieta Łojszczyk. Utrzymuję z nią kontakt do dzisiaj. Ona nigdy i w żaden sposób mnie nie ograniczała, a każdy przejaw teatralnej szajby bardzo wspierała.

A.: Udział w warsztatach dla osoby widzącej jest zazwyczaj prosty. Podejmujesz decyzję, idziesz na zajęcia. Ale dla ciebie takie proste to nie było! Bo warsztaty odbywały się poza internatem. Musiałaś zrobić spory wysiłek, żeby wziąć w nich udział. W jakich projektach uczestniczyłaś?

Pierwsze moje warsztaty teatralne odbyłam na ulicy Chociebuskiej we wrocławskim Domu Kultury. Tam była prawdziwa, wielka scena. A pani Elwira, która te warsztaty prowadziła okazała się po prostu fajnym człowiekiem. Przychodziły do niej młode, zafascynowane teatrem osoby. Był z nami chłopiec na wózku. I dzięki temu, że był na wózku, idealnie nadawał się do roli chłopca, którego elfy podczas snu zabierają do krainy królowej. Była też dziewczynka z zespołem Downa, idealna w roli tej właśnie królowej! Intuicyjnie wiedziała, co ma robić. Miała wprawdzie problem z tekstem, ale to akurat udało się bardzo szybko rozwiązać. Ja i dwie inne dziewczynki grałyśmy elfy. Wtedy – na potrzeby elfiego tańca – nauczyłam się robić mostek ze stania [śmiech].

M.: Rozumiem, że tę grupę tworzyły osoby w różnym stopniu niepełnosprawne, które jednak nie grały swojej nienormatywności.

Absolutnie nie. Ja też nie grałam elfa, który nie widzi. Poza tym wraz z osobami niepełnosprawnymi, w warsztatach brały udział osoby całkowicie pełnosprawne.

A.: Jak długo trwała twoja współpraca z tą grupą?

Niestety nie miałam szans, żeby zagrać z nimi coś jeszcze, bo przenieśliśmy się do innego ośrodka, który znajdował się na drugim końcu Wrocławia. A to już stanowiło problem nie do pokonania!

A.: Bo na warsztaty zawsze ktoś z internatu cię przywoził?

Niestety tak. Nie mogłam jeździć sama. A ponieważ miałam duże poczucie odpowiedzialności za nasz spektakl, często musiałam się sporo nachodzić, żeby ktoś mnie tam zawiózł.

A.: Na warsztaty teatralne chodziłaś więc poza internatem. A nie myślałaś, żeby stworzyć dla niewidomych taką grupę teatralną? Zaprosić kogoś do jej prowadzenia?

Nie. Czułam, że muszę się wyrwać, uciec z tego miejsca. Teatr był czymś, co dawało sposobność, by choć na chwilę znaleźć się poza tym „gettem”.

M.: Nie chcesz więc – jak to mówisz – pozostać w getcie niewidomych. To – moim zdaniem – strata dla świata. Bo taki teatr – zaznaczam, że nie traktowany terapeutycznie – byłby bardzo interesujący. Prowadzony przez świadomą osobę, poszukującą nowych środków wyrazu, współgrających z niewidzącymi, pozwoliłby – być może – wniknąć w kompletnie niedostępny świat. Nie tak dawno widziałam „Imagine” w reżyserii Jakimowskiego. To świetny film o niewidomym, który „widzi więcej” niż widzący.

Nigdy nie czułam potrzeby, żeby ograniczać się jedynie do towarzystwa osób, które podobnie jak ja mają problem ze wzrokiem. Być może dlatego, że niewidzenie to tylko jakaś składowa mojej osobowości. Prócz tego jestem przecież kobietą, feministką, weganką… I nie mam potrzeby, żeby ograniczać się tylko do jednej z tych grup. Każdą z nich wspieram i każdej czuję się członkiem. I wszystkie te grupy są dla mnie ważne.

A.: Jak więc potoczyły się twoje dalsze teatralne losy? Ciągle rozmawiamy jeszcze o czasach szkolnych.

W liceum znalazłam kolejne warsztaty teatralne. Prowadził je bardzo fajny człowiek, który założył prywatny teatr o znaczącej nazwie – „Teatr na bruku”. Nie wiem, jak jest teraz, ale kiedy chodziłam tam na warsztaty w ogóle nie mieliśmy siedziby. Cudownie wspominam ten okres. Próby do spektaklu zawsze były priorytetowe, mimo że to był dla mnie gorący, bo przedmaturalny czas. Miałam ogromne szczęście, gdyż trafiłam na wspaniałą i otwartą grupę. Bogdan to człowiek o otwartym umyśle. Zagrałam z nimi jeden spektakl. Tam nauczyłam się, że tak naprawdę wszystko można na scenie zamienić w walor. Anioł, którego przyszło mi grać, dzięki temu, że byłam niewidoma, zyskał nowy, wcale nie gorszy wymiar. Bogdan wymyślił sobie, że skoro poruszam się na co dzień z laską, to i mój anioł na scenę wejdzie z białym kijem. Kij był zupełnie płaski i na górze miał taką równoległą do rękojeści przekręcaną poprzeczkę. Poruszałam się z nim jak o lasce. Ale kiedy podnosiłam go do góry, poprzeczka się przekręcała i, stając się prostopadła do kija, automatycznie zamieniała go w miecz. Po spektaklu koleżanka powiedziała mi, że ludzie z widowni zastanawiali się czy ten anioł jest naprawdę ślepy, czy tylko takiego gra. Na scenie nie było żadnych reflektorów, idąc więc do tronu Heroda, nie mogłam kierować się ich ciepłem. Zastanawialiśmy się, co zrobić, żebym wiedziała, kiedy mam się zatrzymać. Ale i na to znalazło się rozwiązanie. Herod lub – gdyby on zapomniał – obecny na widowni Bogdan chrząkali, kiedy zbliżałam się do ustalonego miejsca. Nie sądzę, żeby widzowie zwrócili na to uwagę, a mnie to wystarczyło, żeby czuć się bezpiecznie na scenie.

M.: Miałaś szczęście na tym pierwszym etapie pracy teatralnej! Spotkałaś mądrych ludzi. Ale to wciąż można było traktować jako młodzieńczą pasję, to nie była jeszcze edukacja zawodowa. Co się więc działo po „Teatrze na bruku”? Bo to był czas na rozpoczęcie studiów aktorskich.

Pod koniec liceum chciałam poczynić jakieś przygotowania, których pomagała mi moja wychowawczyni, polonistka., Trochę przez matury, a trochę przez to, że akurat wtedy też przenosiliśmy się do nowego ośrodka, nie dopilnowałam tej sprawy. Później zajęłam się hiszpańskim i sprawa zupełnie się rozmyła. Nie złożyłam papierów do żadnej ze szkół teatralnych. Ale chodziłam na śpiew i nadal interesowałam się teatrem. W końcu wylądowałam w Warszawie na iberystyce i poznałam wspaniałą doktor Renatę Días-Szmidt. Dzięki niej nie uciekłam z Warszawy. Z nią i jej mężem chodziłam do teatru i dzięki niej znalazłam w Warszawie szkołę prowadzoną przez państwa Hankiewiczów. Była to Szkoła Sztuki Aktorskiej im. J. Cimrmana.

A.: Rozumiem, że w tej szkole nie miałaś żadnych problemów związanych z niewidzeniem?

Tadeusz Hankiewicz nie widział absolutnie żadnego problemu w tym, że nie widzę, a grupa przyjęła mnie bardzo ciepło. W zajęciach uczestniczyłam jak każdy inny słuchacz. Ani przez chwilę nie czułam się wykluczona czy odsunięta. Nikt też nie mówił, że z czymś sobie nie dam rady. Po zajęciach wraz z resztą grupy dziarsko maszerowałam na piwo [śmiech]. To był dla mnie najlepszy czas w Warszawie. Ale musiałam ciężko pracować, żeby być lepsza.

M.: W czym miałaś być lepsza?

Właściwie we wszystkim. W internacie wpojono mi, że jeśli chcę osiągnąć to samo, co widzący, muszę być od nich sto razy lepsza. A to, w połączeniu z moim perfekcjonizmem, sprawiło, że wszystko, co dostawałam od tej szkoły, traktowałam bardzo serio. Miałam poczucie, że muszę nadrabiać swoje niewidzenie.

M.: To absurdalne, nie sądzisz?

Zacytuję mojego dobrego kumpla Kamila, który właśnie pisze pracę doktorską o osobach niewidomych. Kamil spostrzegł, że mówiąc o kimś, kto nie widzi, stwierdzamy, że utracił wzrok, nigdy nie mówimy, że zyskał niewidzenie. I taki przekaz nie może pozostać bez śladu w głowie. Bo kiedy masz świadomość, że czegoś ci brakuje, intuicyjnie chcesz jakoś nadrobić ten brak.

M.: No właśnie, twoje niewidzenie to w teatrze dar, bogactwo. Masz to, czego my nie mamy, wiesz to, czego my nie wiemy. Nieliczni twórcy umieją docenić ludzkie dysfunkcje, wszelką nienormatywność. Niby panuje moda na freaków, ale to raczej powierzchowne. A ja pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie Renate Jett w monologu z Łaknąć Sarah Kane w Oczyszczonych Warlikowskiego. Aktorka nie musiała uczyć się mówić płynnie po polsku, żeby zagrać tę rolę. Jej „defekt” wzmocnił ekspresję aktorską, nadał sens tekstowi o trudnej do wypowiedzenia miłości.

A.: Ale to zdarza się rzadko. Poza tym nie każdy gustuje w takim teatrze, możesz po prostu chcieć być aktorką w teatrze klasycznym. Powiedz więc, czego potrzebujesz, żeby czuć się w nim komfortowo?

Na pewno czasu. Poza tym idealnie byłoby, gdybym miała na początku obok siebie osobę, która nauczy mnie i moje ciało tego, czego nie potrafię. Czyli, mówiąc ogólnie, potrzebowałabym kogoś, kto „wyposaży” mnie we wszystko, czego nie mogę odebrać wzrokiem. Bo to, co dla osób widzących jest naturalne, czyli np. gesty, dla mnie stanowi świat, którego muszę się nauczyć. Oswajanie sceny i świata wizualnego porównałabym do uczenia się drogi. Kiedy chcę dojść z przystanku do domu, najpierw muszę tę drogę kilka razy z kimś przejść. Ale później już spokojnie pokonuję ją sama. Tak samo jest z nauką w przestrzeni teatralnej sceny.

A.: Wiedząc, że możesz mieć spore problemy, podjęłaś jednak decyzję, że chcesz studiować w szkole teatralnej?

Po szkole pana Hankiewicza stwierdziłam, że nie ma już na co czekać. Zrobiłam listę wszystkich szkół i szkółek, które w swojej nazwie mają coś wspólnego z teatrem, i zaczęłam dzwonić. W Lart Studio była miła sekretarka. Ale im wyżej, tym trudniej. W końcu od władzy naczelnej usłyszałam, że przykro im, ale nie. Bo jak mi się coś stanie na zajęciach, to pójdą do więzienia na długie lata.

M.: Zgodnie z przepisami wystarczyło, żebyś dostarczyła zgodę lekarza prowadzącego na takie studia i dyrektor miałby z głowy i ten kłopot. A wiem, że miałaś takie zaświadczenie.

To prawda, ale to na nic się nie zdało. Wszyscy po prostu unikali trudności. W szkole Machulskich również dostałam odpowiedź negatywną. Tam poszłam osobiście. Nie inaczej w wielu innych szkółkach i szkółeczkach. Postanowiłam więc, za namową Reni Szmidt, że umówię się na rozmowę z dziekanem krakowskiej PWST. Był nim wówczas prof. Jacek Romanowski, bardzo miły człowiek. Poświęcił nam sporo czasu. Nie będę tu przytaczała szczegółów, ale finał był taki, że w sprawie tego, czy dopuszczą mnie do egzaminów wstępnych, czy też nie, dziekan miał się sam do mnie odezwać. Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, do egzaminów dopuszczona nie zostałam. Prof. Romanowski powiedział mi szczerze: „Cóż pani to da, że dopuszczę panią do egzaminów? Wyda pani tylko niepotrzebnie pieniądze”.

A.: To niby jasne postawienie sprawy, ale de facto unik i arbitralna decyzja.

M.: Dla mnie to efekt lęku przed innością i lenistwo dyrektorów szkół. Nie przeczę, że musiałabyś mieć przewodnika – jak mówiłaś, być może trzeba byłoby przygotować indywidualny tok nauczania albo tylko częściowo zmodyfikować obowiązujący. Taka studentka na pewno wzbogaciłaby proces edukacji teatralnej, a w efekcie – polski teatr. Moim zdaniem szkoła zyskałaby na decyzji przyjęcia osoby niewidzącej – finansowo, prestiżowo, artystycznie. Ale to raczej nasze pobożne życzenia.

Niezupełnie. Kiedy już straciłam nadzieję, mój Anioł Stróż w postaci Renatki [śmiech] znowu mnie wsparł. Okazało się, że w Krakowie jest jeszcze jedna szkoła, prowadzona przez Jarosława Szweca przy Teatrze Ludowym – Szkoła Teatralna i Filmowa im. A. R. Kwiecińskiego. Czym prędzej tam zadzwoniłam i usłyszałam, że jeśli zdam egzaminy tak samo jak wszyscy, zostanę przyjęta. Egzaminy zdałam i wreszcie wydawało się, że osiągnę cel. Bo przecież znalazłam szkołę, która mnie przyjęła. Zaczęłam nawet chodzić na zajęcia! Ale, niestety, miesiąc nauki sporo kosztował. Pracy nie miałam, a okazało się, że PFRON nie zwróci mi pieniędzy za naukę, bo kiedyś skorzystałam ze środków finansowych na pierwszy rok studiów, których nie skończyłam. Należą mi się pieniądze, ale dopiero na drugi rok. I wtedy wiedziałam już, że szkołę będzie trzeba odłożyć.

M.: Kiedy znalazłaś szkołę, w której mogłabyś się uczyć, pojawiła się kwestia pieniędzy. Podczas gdy twoi widzący rówieśnicy już kończą edukację teatralną, ty nadal szukasz szkoły, która normalnie podeszłaby do sprawy. Bo szkoła państwowa pozostaje zamknięta: nie z powodu braku talentu, bo tego nikt nie sprawdził, a z powodu autorytarnych decyzji władz uczelni.

Ale ja doskonale wiem, że nic nie dzieje się przez przypadek. Najwyraźniej tak musiało się stać, żebym była teraz tu, gdzie jestem. Jak mówi Krzysztof Warlikowski, nie zawsze najlepsza jest ta droga, która jest najkrótsza. I ja uważam, że – jeśli chodzi o teatr – zdecydowanie lepsza i ciekawsza jest droga dłuższa…

M.: Dobrze, że masz taki optymizm. Ja tę sytuację nazywam dyskryminacją.

A.: Wcześniej powiedziałaś też, że prócz aktorstwa interesowałaś się śpiewem. Z tym też miałaś kłopoty?

Śpiew to przestrzeń, w której brak wzroku nie jest absolutnie żadną przeszkodą. Zaczęłam śpiewać już w szkole. Mieliśmy amatorski zespół. Ale moja współpraca zakończyła się definitywnie w gimnazjum. Zarówno zasady tam panujące, jak i klimat, stały się dla mnie absolutnie nie do zaakceptowania. Odeszłam więc i trafiłam do Marzeny Kulczyc, solistki operowej, która prowadziła grupę wokalną w Młodzieżowym Domu Kultury na wrocławskich Krzykach. Chodziłam tam ponad trzy lata. Nadal szkolę mój warsztat wokalny.

M.: Ty nie tylko chcesz tworzyć teatr, jesteś też bardzo aktywnym widzem teatralnym. To kolejna twoja pasja i element aktorskiej edukacji, jak sądzę. Tu trudno stawiać ci ograniczenia, ale znowu – może się to wydawać wielu ludziom dziwne. Chodzenie do teatru, kiedy nie można zobaczyć scenografii, aktorów etc. Czy mogłabyś opowiedzieć trochę o tym, jak odbierasz teatr?

Ludziom teatr kojarzy się przede wszystkim wizualnie. A przecież teatr to cała gama dźwięków, teatr to słowo. Wydaje mi się, że dzięki temu, że nie widzę, bardzo dużo zyskuję. Bo będąc odcięta od bodźców wzrokowych, zwracam uwagę na zupełnie inne rzeczy niż osoba, która widzi. Dla mnie ważny u aktora jest głos, jego energia, ekspresja i sposób mówienia. Bo z głosu można wyczytać naprawdę dużo. Ostatnio po [A]Pollonii Krzysia Warlikowskiego porównywałam moje spostrzeżenia ze spostrzeżeniami osób widzących. Bo Klitajmestrę grają w tym spektaklu dwie różne aktorki, a że sztukę widziałam sześć razy, miałam okazję poznać obie interpretacje: Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik i Danuty Stenki. I choć bardzo lubię Małgorzatę Hajewską, w tym akurat przypadku bardziej podobała mi się Stenka, większości widzących – Krzysztofik.

M.: Tego akurat nie uzależniałabym od wzroku.

Prawda. Być może po prostu mieliśmy różne oczekiwania wobec tej postaci. Bo dla mnie ważny jest aktor, który dociera do mnie przede wszystkim emocjonalnie.

Wyczuwam go. Niesamowitym zaskoczeniem ostatnio była dla mnie Magda Popławska. Niejeden raz widziałam ją w spektaklach Krzysztofa. Idąc na Obietnicę, w której grała, miałam stuprocentowe przekonanie, że jej głos i ekspresję rozpoznam wszędzie. Siedzę więc w tym kinowym fotelu i czekam na Magdę. Połowa filmu minęła, a ja nadal wnikliwie się wsłuchuję i czekam. Olśniło mnie dopiero wtedy, kiedy postać, którą gra, zaczęła płakać. Wtedy pomyślałam, że jest absolutnie niesamowita!

A.: A gdzie siadasz w teatrze? Czy to, że nie widzisz, wpływa na wybór miejsca? Wydawałoby się, że możesz usiąść nawet tam, gdzie widzący nie usiądzie. Z boku, poza polem widzenia.

To oczywiście nieprawda. Zawsze, kiedy mogę, dbam o to, żeby siedzieć w pierwszym rzędzie, na samym środku. Po pierwsze dzięki świadomości, że jestem na środku, wiem mniej więcej, jak długa jest scena. Po drugie siedząc na samym przedzie, słyszę, z jaką ekspresją aktor stawia kroki, słyszę, w którym kierunku się przemieszcza. Siedząc przy samej scenie, mogę bez przeszkód skupić się na najmniejszych nawet drgnięciach, na ledwie słyszalnym oddechu i na wielu rzeczach, które z dalszej części sali są już dla mnie niedostępne. To drobne elementy, ale szalenie ważne. W oparciu o nie mogę budować sobie postać, którą inni widzą.

M.: Myślę, że jesteś znakomitą testerką warsztatu aktorskiego [śmiech]. To byłaby przydatna funkcja teatralna, zwłaszcza w polskim teatrze, w którym dominuje słowo, a aktorzy często lekceważą w budowaniu roli ciało, oddech.

A.: Ale ja wyczytałam na twoim blogu, że czasem potrzebujesz jednak oczu w teatrze. Tak o tym napisałaś: „Żadnej osobie niewidomej nie polecam iść pierwszy raz na »Kabaret Warszawski« bez oka. Bez pomocy Helenki na pewno zgubiłabym się w pierwszej części”. Piszesz więc bloga, w tym też o teatrze. Wojciech Kalarus docenił recenzję o Kabarecie… właśnie. Skąd taki pomysł?

Mieszkając w Warszawie, zaczęłam czuć potrzebę głośnego mówienia o tym, co mnie wkurza, cieszy, bawi i nurtuje. Poczułam, że chcę mieć w cyberprzestrzeni kawalątek miejsca, w którym będę mogła bez skrępowania i strachu się wyrażać. Poza tym pisanie jest cudowne, bo daje możliwość tworzenia świata, który w rzeczywistości nie zawsze jest stworzony tak, jak byśmy chcieli. A pisanie o teatrze to taka tekstowa „fotografia” przeżyć, odczuć i emocji, które towarzyszyły mi podczas spektaklu, o którym decyduję się napisać. Poza tym pisanie „zmusza” mnie do przeżycia spektaklu raz jeszcze.

A.: Nie jestem wielbicielką technicyzacji świata, ale cieszę się, że dzięki programom odczytu ekranu możesz pisać i czytać maile, możesz prowadzić bloga i uczestniczyć w wirtualnej rzeczywistości właściwie bez kłopotów.

M.: A ja mam nadzieję, że real dogoni wirtualną rzeczywistość, uda ci się uzyskać dyplom aktorski i będziesz aktorką z papierami.

Bardzo bym tego chciała i zrobię wszystko, by tak właśnie się stało.

Damski TANDEM Twórczy (Agnieszka Małgowska & Monika Rak), Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia” 112/2014
Damski TANDEM Twórczy: Monika Rak & Agnieszka Małgowska.
Działa od 2009 roku, przygotował cykle: literacki Żywe radio, performatywny Maryjan i Krystina, filmowy Kino lesbijskie z nutą poliamoryczną,czytaniedramatu Portret lesbijek we wnętrzu. Oraz spektakle: Orlando. Pułapka? Sen, Fotel w skarpetkach, 33 Sztuka, Czarodziejski flet (współpraca reżyserska). Organizuje O’LESS Festiwal.
Agnieszka Małgowska – absolwentka WOT-u, reżyserka, trenerka teatralna, scenarzystka, nauczycielka literatury.
Monika Rak – absolwentka WOT-u, aktorka, dramatopisarka, realizatorka autorskich filmów dokumentalnych, videoartów, graficzka.
dtandemt.blogspot.com