Spirit bez ducha albo artystyczny metanol

Spirit bez ducha albo artystyczny metanol

Tytuł spektaklu belgijskiej grupy Campo mógł zachęcać mających ochotę na magiczną opowieść o duchowości. Tymczasem nie był to spiritus sanctus, lecz skażony pseudoartystycznym metanolem spirytus. Dosłownie i w przenośni.

Na środku sceny postawiono fontannę. Nad nią, w centralnym miejscu, migotały promienie słońca we wszystkich kolorach tęczy. Życiodajne żywioły. Natura. Pierwotność. Wydawało się więc, że przedstawiona zostanie pierwotna, panteistyczna duchowość. Zwłaszcza że po dwóch przeciwnych stronach sceny stanęły niewielkie indiańskie tipi, z których wyszło dwoje nagich ludzi. Na głowach mieli ogromne maski o skośnych oczach, które mogły przywodzić na myśl szamanów jakiejś pierwotnej religii.

Jednak z magią właściwą takim dawnym wierzeniom nie miało to wiele wspólnego. Mogliby w pewnym sensie przypominać Adama i Ewę, jeszcze przed zerwaniem owocu z Drzewa Poznania Dobra i Zła, jeszcze bez figowych listków, bez wstydu. Niemniej jednak maski. mogły tu w pewnym sensie odgrywać rolę tychże oznak wstydu. Tak, jak listki figowe zasłaniały cielesność, seksualność, tak w tym wypadku maski zasłaniały twarze, oczy „zwierciadła duszy”, a więc to, co duchowe, wewnętrzne. Duch – „spirit” – był zamaskowany iluzją. W pewnym momencie jednak iluzja znika. Aktorzy ściągają maski i wchodzą do fontanny, by pod wodą przeżyć rytuał oczyszczenia. Spirit w tej sztuce to również imię dziewczynki, o której, posługując się małymi kukiełkami, opowiadają postacie w maskach. Trzylatka, gwałcona przez chłopaka swojej matki.
„Spirit” to także cyrkowe akrobacje, erotyczny taniec i… interakcja z widownią. Niezbyt zresztą wyszukana. Aktorzy puścili w ruch wśród widzów kilka butelek wódki, argumentując, że przecież „Polacy lubią pić”. Nie jestem pewna, czy była to zamierzona prowokacja, czy też miał to być test na prawdziwość tak postawionej tezy. Gdyby to był teatr rosyjski, nawiązujący do czernuchy czy do Wieniedikta Jerofiejewa, taki zabieg byłby całkowicie zrozumiały. Bo przecież w systemie totalitarnym ZSRR alkohol był odskocznią, dzięki której można było poczuć wolność i oderwać się od szarej, socjalistycznej rzeczywistości. Ale twórcy z Zachodu, pierwszy raz goszczący na polskiej scenie, raczej nie mieli zamiaru kojarzyć wódki z duchowością. Chyba, że zdają sobie sprawę z tego, że bez alkoholu  jest nader trudno kontemplować ich „sztukę”.
„Spirit”, wbrew szumnym, patetycznym zapowiedziom, głoszącym, że jest to „oda do duchowości”, jest spektaklem płytkim, powierzchownym, nudnym, chaotycznym, niekonsekwentnym, pozbawionym głębszych emocji. Od magii nagich ludzi w maskach, przez kąpiel w fontannie, po akrobacje i zmysłowy taniec w rytmach przebojów Beyonce Knowles – brak tu spójności myśli, środków, brak stylu. Można przypuszczać,iż dumni belgijscy „artyści” mieli nadzieję, że w dzikim słowiańskim kraju wystarczy tylko rozebrać się do naga, zatańczyć do czarnej muzyki i rozdać wódkę na widowni.
Pogardę dla widzów słychać było też w ironicznych komentarzach na temat tłumacza, który na żywo przekładał repliki aktorów osobom nieznającym języka angielskiego.
Oczywiście, każdy z wątków spektaklu miał coś wspólnego z duchowością, ale i z cielesnością. Przecież religie pierwotne, panteistyczne, do których na samym początku nawiązali twórcy, opierają się na immanentnej jedności tego, co cielesne z tym, co duchowe. Popkulturowy taniec zmysłów przy akompaniamencie czarnej muzyki to też raczej oda do nietzscheańskiej cielesności – tej, która nakazuje krzyczeć człowiekowi „ockniętemu i uświadomionemu” z „Tako rzecze Zaratustra” : „ciałem jestem na wskroś i niczem ponadto, zaś dusza jest tylko słowem na coś do ciała należącego”. Twórcy, chcąc przedstawić swoją artystyczną wizję duchowości, wykazali się jej całkowitą nieznajomością.. Pominęli dwie najbardziej nią przeniknięte, najbardziej ignorujące ciało religie świata – chrześcijaństwo i buddyzm. Oczywiście, nikt od nich nie wymaga religioznawczej wiedzy. Jednak, gdy już ukazuje się duchowość tam, gdzie ważniejsza jest cielesność, to trzeba to artystycznie dobrze i spójnie uargumentować. A belgijscy twórcy po prostu wymieszali różne oderwane od kontekstów wątki i podlali to wódką. Żenujące, niesmaczne, niezabawne. A, co najgorsze – wcale nie szokuje. Tylko nudzi.

Maciej Pieczyński, Teatralia Szczecin
Internetowy Magazyn "Teatralia" numer 56/2013

Florentina Holzinger, Vincent Rieebek & CAMPO, Belgia
Spirit
przekład: Paweł Zimecki
doradcy artystyczni: Rodrigo Sobarzo, De Larraechea, Renee Copraij
obsługa techniczna: Philippe Digneffe, Bennert Vancottem
produkcja: CAMPO
koprodukcja: CAMPO, Beursschouwburg (Bruksela), Workspace Brussels, FFT Duseldorf, Frascati (Amsterdam) & imagetanz/brut (Wiedeń)
przy wsparciu: Kc nOna (Mechelen)
premiera: 8 listopada 2012

fot. Phile Deprez