Śniło mi się, że się rozumiemy (Nie budźcie mnie)

Śniło mi się, że się rozumiemy (Nie budźcie mnie)

Jakiś czas temu zdarzyło mi się być jedną z trzynastu osób oglądających spektakl na deskach (a właściwie parkiecie) Sceny Pokój przy Starowiślnej. Wróciłam więc po tę kameralność, aby jej trochę zabrać na wynos, do czego zresztą zachęcają sami gospodarze. Okazało się jednak, że rezerwację odwołała cała grupa. I tak oto stałam się uczestniczką teatru jednego widza.

Przypuszczam, że w miażdżącej większości przypadków przedstawienie dla jednoosobowej widowni zostałoby odwołane. Stąd też moje zaskoczenie, kiedy usłyszałam, że aktorzy rozpoczną punktualnie, a do tego czasu mogę poczekać w kuchni, czyli tutejszym foyer.

Tym razem pokój zamienia się w ascetyczną przestrzeń sali prób do sztuki o tancerzach. Na dwóch prostopadłościanach obitych czarnym materiałem stoją Anka Graczyk i Dariusz Starczewski, ubrani w czarne stroje do baletu klasycznego. On ma niebieską kryzę wokół bioder, ona – kryzę bordo, co trochę kojarzy się z różnicowaniem kolorystycznym niemowląt na różowy dla dziewczynek i błękitny dla chłopców. To istotne o tyle, że jednym z tematów są właśnie stereotypowe różnice w postrzeganiu świata, które czasami prowadzą do zabawnych nieporozumień, a czasami wręcz uniemożliwiają komunikację. Wracając do scenografii – przy tak dużej oszczędności formy za pełnoprawny element kształtujący przestrzeń można, a wręcz trzeba, uznać także światło. Pełni tu funkcję organizującą strukturę całości – wyciemnienia są czymś w rodzaju opuszczenia kurtyny, zapowiadającego przeskok w akcji. Poza tym część epizodów grana jest niemal w ciemnościach, inne przy pełnym oświetleniu, a pozostałe fragmenty doświetlone są punktowo, po to aby wydobyć sylwetki aktorów z mroku. Inaczej przecież wyobraźnia pracuje przy zgaszonym świetle, a inaczej przy zapalonym .

Nie budźcie mnie składa się z sześciu części odpowiadających samogłoskom: A, E, I, O, U, Y. Aktorzy powtarzają po kilka razy tę nic nieznaczącą semantycznie – ale za to jakże użyteczną w rozgrzewce przed grą – frazę, by ostatecznie zastygnąć w pozie oddającej daną samogłoskę. Warto zauważyć, że właściwie tylko to abstrakcyjno-formalne działanie pozwala im zbliżyć się do siebie. Żaden z ich dialogów nie prowadzi do zrozumienia, choć chwilami coś może i zaiskrzy, ale bardziej na skutek drobnej omyłki czy błędnej interpretacji tego, co mówi druga osoba. Tylko na scenie mogą się porozumieć, prywatnie brakuje im formy spajającej relację.

Punktem wyjścia do nieoficjalnej pogawędki staje się tekst sztuki, którą właśnie próbują. Ona – chłodna perfekcjonistka – czepia się znaczenia każdego słowa, On przeciwnie – treść właściwie się dla niego nie liczy, bo swoją rolę buduje emocjami. Kiedy wydaje się, że aura sprzyja poznaniu, nieśmiało, trochę z ociąganiem, zdejmują kolorowe kryzy. To tak, jakby w symbolicznym striptizie odsłaniali przed sobą swoje codzienne, nieaktorskie „ja”. I wtedy właśnie czar pryska.

Pisząc poprzedni akapit mam świadomość, że takie historie niektórym mogły się już przejeść i w ich wyobrażeniu lawirują teraz niebezpiecznie blisko banału. Ale niczego takiego nie doświadczymy w przypadku sztuki na wynos. Energia, skupienie i sceniczny urok, a przy tym wyraźnie wyczuwalna radość z samej gry, sprawiają, że nie da się oderwać wzroku od duetu Graczyk i Starczewski. Oboje reprezentują odmienny typ warsztatu, dzieli ich różnica wieku, ilość doświadczeń scenicznych, ale w przeciwieństwie do odtwarzanych postaci – między nimi naprawdę czuć chemię. A można się tylko domyślać, jak trudno kreować świat przedstawiony dla jednego, może wcale niezauważalnego w ciemności, widza.

Tytuł sztuki nasuwa jeszcze jedną interpretację. Bo właściwie może to wcale nie próba w teatrze, a sen. Nawet dwa sny, bo każde z nich śni swoje własne, tak różne, radości i lęki. Trochę jak w starej piosence Kaliny Jędrusik, zresztą zatytułowanej tak samo jak krakowskie przedstawienie: „Jest piękniej w moim śnie,/ Niż tam, na waszej jawie/ Bo tu, po tej stronie rzęs,/ Cudowny bezsens sprawia,/ Że bezlitosny sens/ Moich spraw sensu nie pozbawia./ Więc jawą nie budźcie mnie!”. Piękniejsze, paradoksalnie prawdziwsze, życie możliwe jest więc tu tylko we śnie.

Może powinnam trochę inaczej skonstruować tę recenzję. Skupić się bardziej na wszystkich składowych spektaklu, zamiast ulegać wyjątkowości tego konkretnego pokazu . Może. Ale z samej swej natury byt teatralny istnieje zawsze w jakimś kontekście i dlatego też wymaga analizy uwzględniającej to, co dookoła. Nigdy przecież to samo przedstawienie nie będzie zagrane tak samo. A możliwość bycia jedynym widzem także nie zdarza się na co dzień. Dlatego też, wykorzystując okazję, pozwalam sobie jeszcze bić brawa na bis.

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 113/2014

sztuka na wynos (Scena Pokój) w Krakowie

Bogdan T. Graczyk

Nie budźcie mnie

reżyseria, muzyka, scenografia: Bogdan T. Graczyk

światło: Tomasz Wentland, Marek Oleniacz

obsada: Anka Graczyk, Dariusz Starczewski

premiera: 20 grudnia 2013

fot. Marta Ankiersztejn

Agnieszka Dziedzic – rocznik 1987, studentka dramatologii UJ, od 2008 roku związana Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”, gdzie publikowała swoje teksty i pełniła funkcję redaktora oddziału Kraków. Interesują ją „błędy” w sztuce – teatr, który nie chce być modny, architektura, która potrafi odstraszyć, literatura, która bredzi, choć czyni to z urokiem. A ostatnio także teatr lalek.