Śmiech i łzy. Nic więcej nam nie potrzeba.

Śmiech i łzy. Nic więcej nam nie potrzeba.

To był pierwszy spektakl, po którego zakończeniu nie miałem sił bić braw. Nie, nie dlatego, że brakowało ochoty. Gdybym był w stanie, spektakl ten żegnałbym owacjami na stojąco. Ale choć bardzo chciałem, nie nie byłem do tego zdolny. Tak potężne wrażenie na widzu wywrzeć może Oskar i pani Róża w reżyserii Anny Augustynowicz.

„Podpaliłem psa, kota, mieszkanie, zdaje się, że nawet usmażyłem złote rybki” – tymi słowami rozpoczyna się spektakl. Wypowiada je kilkuletni Oskar, chory na białaczkę, hospitalizowany w ostatnich tygodniach swojego życia. Pisze list do Boga. Prosi go na piśmie tylko o konkretną odpowiedź na proste pytanie: „wyzdrowieję? Tak czy nie?!”. Ale odpowiedzi nie otrzymuje ani od Boga, ani od lekarza, ani od rodziców. Jedyną osobą, która ma odwagę choćby potwierdzić małemu chłopcu, że jego dni są policzone, okazuje się być ciocia Róża, wolontariuszka w podeszłym wieku. To ona staje się jedyną przyjaciółką umierającego chłopca.

W rolę Róży w spektaklu Anny Augustynowicz wcieliła się Anna Januszewska. Aktorka zagrała w ten sam sposób co zazwyczaj – jednostajnie, z patosem i wyniosłością dystyngowanej damy. Nie była wiarygodna jako energiczna starsza kobieta, opowiadająca dziesięciolatkowi o swojej przeszłości słynnej zapaśniczki. A taką właśnie postacią jest niewątpliwie Róża w tekście Erica-Emmanuela Schmitta. Oczywiście, kariera zapaśnicza była jedynie fantazją, metaforą walki z przeciwnościami losu, wymyśloną przez Różę dla potrzeb wzbudzenia w chłopcu pasji do walki o życie. Sceniczna „pani Róża”, opowiadając swoje przygody z ringu, powinna sprawiać wrażenie autentycznej w swoich opowieściach. Tak autentycznej, żeby dziesięcioletni chłopiec, inteligentny, przenikliwy i wymagający jednocześnie, potrafił w to wszystko uwierzyć i tym się zarazić.

Oczywiście, umierający Oskar w cioci Róży pokochał przede wszystkim empatię. To, że go rozumiała, słuchała i starała się odpowiadać na każde jego najtrudniejsze nawet pytanie. A jednak wydaje się, że cała empatyczna, ciepła atmosfera, którą w kontaktach z kilkulatkiem wytwarzała starsza kobieta, nie miałaby takiej siły oddziaływania, gdyby nie jej młodzieżowe podejście i barwne opowieści o walkach zapaśniczych, które rozbudzały wyobraźnię chłopca. Trzeba pamiętać, że przecież ciocia Róża potrafiła przeklinać, krzyczeć na personel medyczny i mówić z werwą o łamaniu przepisów gwoli wyższych wartości. Musiała więc małemu Oskarowi zastępować zarówno ciepło matki, jak i męstwo ojca. Tymczasem Januszewska w tej roli przypominała raczej aktora teatru verbatim czy spektakli Iwana Wyrypajewa – aktora, którego jedyną rolą jest wypowiadanie tekstu, bez odtwarzania w grze psychologicznego portretu postaci. Nawet jeśli przyjąć taką koncepcję, Januszewskiej można zarzucić pomyłki w tekście, które w „teatrze słowa” nie powinny mieć miejsca.

Natomiast zupełnie inne wrażenie wywarł Wojciech Brzeziński, odtwórca roli Oskara. W jego wypadku od początku do końca widocznym było, że aktor wciela się psychologicznie w postać małego, umierającego chłopca. Nie wypowiadał tylko tekstu, ale i grał z zaangażowaniem. Grał tak, że nie można było obok tej kreacji przejść obojętnie. Wzruszał, rozbawiał, zasmucał. Po scenie chodził niedbałym krokiem, z lekko przechyloną głową i dziecinnym wyrazem twarzy. Mówił z intonacją i barwą żywo przypominającymi głos małego chłopca. Trzydziestoośmioletni aktor w roli dziesięciolatka wypadł bardzo przekonująco. A przecież nie był w żaden sposób na wiek Oskara ucharakteryzowany. Wprost przeciwnie, ubrany w garnitur mógł wyglądać poważnie i dorośle. A jednak sposób w jaki grał ani na chwilę nie pozwolił widzowi przestać wierzyć w moc teatralnej iluzji. Tak, to był Oskar – umierający na białaczkę dziesięciolatek. Garnitur, zamiast postarzeć fizycznie odtwórcę roli, sprawiał, że widzieliśmy małego chłopca dokładnie takiego, jakim nakreślony został przez Schmitta. Poważny jak na swój wiek, odpowiedzialny, zdający sobie sprawę z powagi swojej sytuacji. Dziesięciolatek, który wiedział, że jego operacja się nie udała i zamiast rozpaczać, i odliczać dni do śmierci, obrażał się na swoich rodziców, bo – jak to określił – stchórzyli, nie potrafiąc powiedzieć mu prosto w twarz, że umrze. Jeszcze bardziej dojrzałym jawi się Oskar, gdy mówi: „- Jeszcze bardziej nienawidzę ich za to, że mnie mają za tchórza, myślą, że tej wiadomości nie zniosę!”

Oczywiście, częściowo epistolarna forma tekstu nie zmusza reżysera wersji teatralnej dzieła do psychologicznej interpretacji. Równie dobrze listy Oskara do Boga, z jakich składa się powieść Schmitta, mogły być z odpowiednią intonacją przeczytane, jak w teatrze verbatim. Jednak interpretacja zaproponowana przez Augustynowicz była bardzo sugestywna i pomysłowa. Trzy kanapy, imitujące szpitalne łóżka, oddzielone od siebie szybami. Ustawione w rzędzie prostopadłym do widowni. Oskar w chwilach największego uniesienia – gdy mówił o swojej ukochanej Peggy Blue, opowiadał o tym jak kocha Różę, jak nienawidzi rodziców czy jak bardzo boi się śmierci – stawał lub siadał na kanapie, najbliższej widowni. Tak, jakby chciał się podzielić swoimi emocjami, zbliżyć do ludzi i pokazać, jak bardzo chce żyć, być z ludźmi, przeżywać nie te emocje, które towarzyszą umieraniu, ale te, które wypełniają nas życiem.

Natomiast za każdym razem, gdy był już zmęczony i nie targały nim żadne – pozytywne czy negatywne – namiętności, gdy miał dość walki, wycofywał się w głąb sceny i kładł na kanapie najbardziej oddalonej od widowni. Tam też zresztą zasnął po raz ostatni.

Odniesieniem do epistolarnego charakteru tekstu był mały pamiętniczek, który trzymała w rękach pani Róża. Tak, jakby to ona była narratorką, opowiadającą historię Oskara. Do niej zresztą należą zarówno pierwsze, jak i ostatnie słowa całej opowieści. Jest to element, który może usprawiedliwić psychologiczną nieokreśloność postaci, granej przez Januszewską. Być może więc Róża w interpretacji Augustynowicz miała być tylko narratorem. Na korzyść takiego punktu widzenia przemawia fakt, że między Oskarem i Różą w spektaklu nie było żadnej bezpośredniej, fizycznej interakcji. Nawet pocałunek w czoło odbył się – nomen omen – korespondencyjnie. Oskar i Róża wyglądali jak postacie z zupełnie innych bajek.

Ciekawym zabiegiem była choreografia aktorów pomiędzy poszczególnymi scenami. Imitacja ruchu, kroków cichych, niedokończonych – jakby człowiek próbował gdzieś dojść, ale nie był w stanie, zatrzymywany przez jakąś niewidzialną siłę. Tę choreografię można interpretować jako metaforę syzyfowej nieraz pracy, jaką jest droga człowieka przez życie. Trudna, wyboista, pełna „zakazów wjazdu” i niebezpiecznych zakrętów. Nie można się na niej rozpędzić, nie można też wszędzie dojechać. Niemal na każdym kroku – progi zwalniające, albo i ślepe uliczki, w których można zostać na zawsze. Tak też wyglądały ostatnie dni życia Oskara. Kochał Peggy Blue, uwielbiał spędzać czas z ciocią Różą, cieszył się życiem. Był chłopcem o bogatym i złożonym świecie duchowym, emocjonalnym. Takim go widzieliśmy w poszczególnych scenach spektaklu, odzwierciedlających kolejne dni życia Oskara. Jednak pomiędzy nimi zawsze następowała noc, samotność, ukazująca beznadziejność i brak wyjścia z jego sytuacji.

Oskar i pani Róża w interpretacji Anny Augustynowicz to zdecydowanie udany spektakl. „Jeśli komuś to się nie podoba, to znaczy, że nigdy nie kochał swojej matki” – ten cytat z kultowego filmu „Rejs” można śmiało odnieść do tego, co z tekstem Erica-Emmanuela Schmitta na scenie zrobili Wojciech Brzeziński i Anna Januszewska. I to dosłownie. Oczywiście, tekst broni się sam, bo ciężko, żeby widza nie poruszyła opowieść o umierającym chłopcu. Ale przecież mógł wkraść się przesadny patos, mógł też smutek być niewspółmiernie dobitniej pokazany niż humor, a wtedy przesadny ciężar spektaklu zgniótłby jego artystyczne i emocjonalne piękno. A jednak gra aktorów (tak, aktorów, bo niezależnie od zarzutów, które postawiłem Januszewskiej, znakomicie uzupełniała się z Brzezińskim) była tak sugestywna, mocna i jednocześnie subtelna, że nie było w tym spektaklu minuty pozbawionej emocji. Nie było chwili, w której widz miałby przed oczami suchy tekst. Człowiek o minimalnej wrażliwości emocjonalnej i artystycznej oglądając spektakl Augustynowicz, miał do wyboru – śmiać się lub płakać. Pocieszne, zabawne monologi Oskara, w których w uroczy sposób próbował kreować swoją dorosłość, przeplatały się z lakonicznymi, pozbawionymi patosu i przez to jeszcze bardziej miażdżącymi mentalnie replikami dotyczącymi zbliżającej się śmierci. Łzy i śmiech to jedyne normalne reakcje, jakie u widza ten spektakl mógł wywołać.

A jeśli rzeczywiście głównym zadaniem sztuki jest wzbudzanie emocji, to Oskar i pani Róża w scenicznej interpretacji Anny Augustynowicz jest arcydziełem.

Maciej Pieczyński, Teatralia Szczecin
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 54/2013

Teatr Współczesny w Szczecinie
Oskar i pani Róża
Eric-Emmanuel Schmitt
przekład: Barbara Grzegorzewska
reżyseria: Anna Augustynowicz
scenografia: Marek Braun
muzyka: Jacek Wierzchowski
kostiumy: Wanda Kowalska
obsada: Wojciech Brzeziński, Anna Januszewska
prapremiera: 29 października 2004 roku

fot. archiwum teatru

Maciej Pieczyński (ur. 1986) – wielbiciel melorecytowanych spektakli Iwana Wyrypajewa, mistycyzmu Teatru Wierszalin i metateatralnych zabaw Olega Bogajewa. Poza teatrem – filolog słowiański, politolog, dziennikarz. Pisze pracę doktorską o współczesnej dramaturgii rosyjskiej.