Skądże ty, mój Sokratesie, wiesz, która rzecz piękna, a która szpetna …? Rozmowa z Anną Piotrowską

Skądże ty, mój Sokratesie, wiesz, która rzecz piękna, a która szpetna …? Rozmowa z Anną Piotrowską

Historia Brzydoty, jest we Wrocławskim Teatrze Pantomimy pierwszym przedstawieniem zrealizowanym przez kobietę i  dla kobiet. Wynika to z tematu, jaki proponuje autorka przedstawienia.  Reżyserka zainteresowana jest bezpośrednio ucieleśnieniem choroby. Zastanawia się kim jest Anoreksja, co myśli, jak czuje. Piotrowska nie jest zainteresowana stworzeniem historii pięciu kobiet chorych na anoreksję. Tutaj aktorki mają dwoiste oblicza: Anoreksji (poprzez jej ucieleśnienie) i jej ofiary. Stąd pomysł stworzenia imion bohaterek: Anaza, Anasza, Anagi, Anaria, Anakha[1].

 W tym  spektaklu piękno i brzydota istnieją równolegle, tyle że one na siebie bardzo wpływają i przez to – w tej interpretacji – dochodzi do niewidzialnego konfliktu – zanikania (umierania) i woli życia (przy odmowie organizmu do życia) – o anoreksji, kanonach piękna i ciekawej brzydocie z reżyserką i choreografką zbliżającej się premiery Wrocławskiego Teatru Pantomimy – Historii brzydoty rozmawia Karolina Obszyńska
Karolina Obszyńska: Jaki rodzaj świata zobaczymy na scenie? Pytam tu oczywiście o efekt wzajemnej gry samej idei,  kostiumów i scenografii.  Jaki będzie?

Zobaczymy świat mistyczny, uniesiony. Znikanie, zanikanie było moją fascynacją. Świat z pozoru piękny, bo pięknem wzbogacany, chociażby przez samą obecność aktorek, które są po prostu wspaniałe. Chcę eksponować ich piękno. Scenografia (Anna Piotrowska – przyp. K.O.) jest bardzo prosta, ale mam nadzieję, że poprzez swoją prostotę będzie intensywna i symboliczna. Ważnym dla mnie odkryciem było znalezienie na terenie Wrocławskiego Teatru Pantomimy krzeseł ogrodowych, które samotne były rozproszone po obiektach teatralnych. Okazało się, że te magiczne krzesła są rekwizytem z przedstawienia Mistrza Henryka Tomaszewskiego – Ogrodu miłości. Niewiele jest materiałów dotyczących tego przedstawienia. Zostało kilka zdjęć i dwie wzmianki prasowe. Mogę się jednak domyślać, że było to przedstawienie oddające całą pasję miłości. Co za tym idzie, dopowiedziałam sobie, że w takim razie moje wyobrażenie na temat tego spektaklu podpowiada mi, że była to przestrzeń afirmacji miłości w różnych jej odmianach, fantazjach, ale nadal był to hołd złożony miłości. Historia Brzydoty jest historią o braku miłości i samoakceptacji. Zależy mi, żeby stworzyć przestrzeń specyficzną naszym bohaterkom, przestrzeń przywołującą skojarzenia, ale jednocześnie zimną, obcą i nieobecną.

A muzyka i kostiumy?

Bardzo ważnym elementem jest muzyka specjalnie skomponowana dla potrzeb przedstawienia. Od lat współpracuję z kompozytorem Michałem Mackiewiczem – świetnie się czujemy i uzupełniamy w naszych wrażliwościach i rozumieniu dźwięków, które też mogą wprowadzać widza w inny wymiar, pełny niedopowiedzeń i wielu źródeł inspiracji. Wyraźnym tropem muzycznym było rozpoznanie harmonii-dysharmonii, rozpadu dźwięku, wizje maszyn podtrzymujących życie i fleszy aparatów fotograficznych. Ten kolaż powoduje podróż do naszej wyobraźni i możemy wraz z nią kreować swoją Historię Brzydoty. Kostiumy (Adam Królikowski i Anna Piotrowska – przyp. K.O.)  są bardzo ważne, mają ukryte znaczenia, ale nie należy doszukiwać się w nich symboliki. Podstawowym założeniem było stworzenie wizerunku pięknych, doskonałych kobiet. Mamy nadzieję osiągnąć ten efekt zwłaszcza na początku. Wraz z upływem czasu, pierwotny wizerunek może być zakłócany przeżyciami bohaterek.

Opis spektaklu wiele mówi o pięknie – Pani jednak zdecydowała wyreżyserować akurat Historię brzydoty, nie poprzednią część dzieła Historię piękna. Skąd ta przekora i co ona oznacza?

Brzydota oparta jest na pięknie. Definiowanie piękna determinuje brzydotę. Posługujemy się w życiu kontrastami: piękne-brzydkie, dobre-złe, harmonijne-dysharmonijne, symetria-asymetria, porządek-chaos, białe-czarne, rytm-arytmia, grube-chude itd. Pomiędzy kontrastami tworzy się napięcie. Nie widzę ich skrajnie, tylko często przypatruję się relacji i przestrzeni pomiędzy, nie uwzględniając średniej wypadkowej. Historia piękna nie zafascynowała mnie tak jak Historia brzydoty. W ogóle, to co brzydkie fascynuje mnie bardziej. Brzydkie, złe, mroczne, niebezpieczne. Tutaj pomimo osiągnięcia umownego „dna” jest szansa na dźwignięcie, pojawia się nadzieja, nawet jeśli jest beznadziejna. Pokuszę się nawet o określenie, że brzydkie może fascynować, a piękne nudzić.

Brzydota i piękno będą w spektaklu wzajemnie się uzupełniały czy wyraźnie pokaże je Pani jako przeciwieństwa?

Brzydota podkreśla piękno, piękno dyskryminuje brzydotę. Kontrasty, pomiędzy którymi rodzi się konflikt. Nie da się jednoznacznie określić, czy piękno jest pięknem. Interpretacje, wartości jakże są inne dla różnych osób. Sam Platon zapytał: …Skądże ty, mój Sokratesie, wiesz, która rzecz piękna, a która szpetna …? Wierzę, że brzydota może na swój sposób zachwycać i wzruszać. Być może w brzydocie dostrzeżemy więcej piękna niż w samym pięknie. Być może piękno jest nudne, bo jest zbyt idealne. Brzydota może intrygować i fascynować.

Wspomniała Pani o zamiarze stworzenia przestrzeni zimnej i obcej. Zastanawiam się skąd potrzeba akurat takich skojarzeń – czy na scenie zobaczymy dosłowne uosobienie brzydoty? Będzie to pewna fizyczna ułomność czy nieestetyczne wnętrze?

Tytuł pochodzący od powieści Umberto Eco Historia brzydoty pozostawiłam jako swoistą prowokację i pokazanie początku swojej drogi. Sama książka i początki pracy nad spektaklem były rozmową, czym w dzisiejszych czasach jest brzydota. Okazało się, że właśnie na przekór zbyt duża dążność do osiągnięcia ideału, czyli piękna, wyzwala w człowieku brzydotę. Tak łatwo przekroczyć granicę i dać się oszukać ułudzie piękna. Pięknej obietnicy zmiany jakości życia. Ta myśl sprowokowała kolejną, pojawiła się  anoreksja  i fala pytań, poszukiwań. Temat wydał mi się warty zgłębienia. Można powiedzieć, że na swój sposób poprzez fizyczność przeszłyśmy proces choroby. Wydaje się, że przejście przez taki proces może obudzić świadomość i może przestrzec przed tą groźną chorobą, która karmi nas obietnicami osiągnięcia ideału, piękna. Tylko granice przesuwają się i postrzeganie siebie realistyczne zanika i oddajemy się chorobie. Tutaj też interesujące jest to, że choroba ta jest na początku wizualizowana. W związku z tym istnieje prawdopodobieństwo wyznawania kultu Any (bogini anoreksji). Tropami są m.in. blogi prowadzone przez dziewczyny, które nazywają siebie motylkami i inspirują się na wszelkie możliwe strony. Okazuje się, że naprawdę wszystko może inspirować do tego, aby być szczuplejszą i aby osiągnąć zadowalającą wagę i żeby zobaczyć kości i nie być gorszą od innych.

Anoreksja będzie więc symbolem? Dlaczego zdecydowała Pani uczynić tę chorobę bohaterką spektaklu?

Intrygujące jest to jak osoby chorujące na anoreksję silnie tworzą obraz anoreksji, swój ideał, który daje im siłę, wsparcie i zrozumienie i prowadzi na właściwą drogę. Żyjemy w czasach dążności do piękna, ideału, nagłaśnianego przez media. I każdy zaczyna pragnąć, tego czego nie ma. Boimy się asymetrii, dysharmonii, zniekształcenia, niewygody w ciele, nie akceptujemy siebie i swojego ciała Musimy być idealni, żeby żyć idealnie, pracować idealnie, mijać życie idealnie… Życie w kształcie absolutnym, doskonałym, pozornie harmonijnym. Ta doskonałość powoduje w nas, że zaczynamy zachowywać się w inny sposób niż „normalny”. Dotykamy granic życia i śmierci. Żyjemy po to, żeby zbliżyć się do zera, czyli do niczego. Poprzez chorobę zbliżamy się do śmierci, osiągając ideał. Anoreksja – jako współczesny kult walki piękna i brzydoty, życia i śmierci, przyjemności i kary, absolutnej dyscypliny w unicestwianiu siebie, zdobywanie uznania – tylko nie dla samego siebie, ale dla idei, poklasku i dla Kapłanki Any.

Próbując przedstawić anoreksję jako boginię dąży Pani do stworzenia spektaklu o wymiarze sakralnym?

Poprzez zgłębienie tematu samo przedstawienie staje się swoistym misterium. Jest to przypowieść o bezwolnym znikaniu w kontrze do spóźnionej chęci życia. Kiedy okazuje się, że zależy nam jednak na tym, żeby żyć, najczęściej jest już za późno.

Ana odbiera nam siły – jest okrutna, bo nie odbiera nam woli życia. Wręcz mami nas, karmi obietnicami szczęścia wyrażonego samozadowoleniem z siebie. To jednak nigdy nie następuje. Brak sił, niezrozumienie dla swojego postępowania lub trwanie do samego końca w objęciach Any. Nie chcę moralizować, nie czuję takiego prawa, chcę, aby sam proces choroby został zgłębiony w warunkach scenicznych, metaforycznych, bo wówczas jest szansa zrozumienie absurdu tej strasznej choroby.

Czy w spektaklu dostaniemy jednoznaczną odpowiedź na to, czym właściwie dla Pani jest brzydota, a czym piękno? Czy to poczucie estetyki będzie mierzone miarą mniej subiektywną, a raczej uniwersalną, z punktu widzenia kanonów piękna XXI wieku?

Nie jest to przedstawienie oparte na słowie, w związku z tym ciężko zdefiniować odpowiedź widza. Ja wiem, czym jest dla mnie brzydota. Ekspozycja piękna i powolne wchodzenie samozniszczenia, nieakceptacja siebie, która powoduje destrukcję i chęć osiągnięcia celu za wszelką cenę. Nie zdajemy sobie sprawy, że od wewnątrz zaczynamy proces wyniszczania i znikania. Na poziomie psychicznym wola życia w jakiś sposób pozostaje, ale organizm zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Następuję śmierć – niestety na życie jest już za późno.

Z opisu spektaklu wynika, że skupi się Pani wyłącznie na powierzchownych aspektach człowieka  – a w czym widz odnajdzie emocje?

Podejmując wyzwanie pierwotnej inspiracji, czyli Historii brzydoty, moją pierwszą obawą była myśl o powierzchowności. Broniłam się przed pójściem w temat powierzchownie, tak żeby nie grać oczywistościami i kontrastami. Nie chcę bezpośrednio opowiadać konkretnej historii, ale poprzez nałożenie poszczególnych wątków stworzyć historię złożoną,  na której kolejną warstwę złoży się jeszcze interpretacja widza.

To taniec inspiruje się w Pani wydaniu pantomimą, czy pantomima  tańcem? Jak to będzie w „Historii brzydoty”?

Myślę, że źródłem jest sama potrzeba ruchu wyrażona w różnych formach ekspresji. Potrzeba i cel, do którego się dąży determinuje formę wyrazu.

Na czym więc będzie polegać zestawienie tańca i pantomimy w spektaklu?

Potrzeba ruchu jest najważniejsza, forma ekspresji już mniej. Forma ruchowa przybiera kształt po zlokalizowaniu potrzeby ruchu. Niemniej jednak szukałam momentów, gdzie użycie pantomimy wzmocni działanie i są momenty, gdzie ruch wywodził się z tańca. Tańca jest zdecydowanie mniej. Ogólnie można powiedzieć, że  szukałam ruchu, w którym znajdziemy elementy pantomimy i momenty tańca. Bycie jest najważniejsze. Zdefiniowanie intencji i celu ruchu. Ważny był też szacunek do tego czym jako artyści dysponujemy. Poznanie warsztatu aktorek, przyglądanie się im i zachęcanie do przekraczania granic i podejmowania ryzyka.

 A jak wyglądała praca z aktorkami? Były jakieś trudne wyzwania dla nich lub dla Pani?

Udało mi się zebrać wspaniałą ekipę aktorek. To co je charakteryzuje i łączy, to otwartość i ciekawość tego, co dla nich nowe. Nie miały oporów, żeby poddawać się eksperymentom i pracy laboratoryjnej. Każda z nich miała przestrzeń na to, żeby wyrazić swoje myślenie w ruchu. Ja zaszczepiam pomysły, prowadzę, nazywam, dookreślam stany umysłu, cele ruchu, wątki tematyczne i w tych przestrzeniach aktorki mogą konfrontować swoje myślenie.

 Czy możemy spodziewać się absolutnego novum? To trudny temat, jestem niezwykle ciekawa, jak Pani spróbuje go przedstawić i przy pomocy jakich środków?

W dzisiejszych czasach trudno o novum. To co jest ważne to uczciwość wobec siebie i swojej wrażliwości i swojego pojmowania czy też poznawania świata. To są moje małe odkrycia, małe wyspy, które na pewno dla mnie samej są ciekawe. Oczywiście poprzez swoje doświadczenie i odwagę, dzielę się swoim światem i myśleniem z widzem. Mam zawsze nadzieję dostarczyć emocji, nawet na poziomie niezrozumienia. Nie wszystko trzeba brać na rozum, a teatr tańca, ruchu, teatr pantomimy daje taką możliwość, aby wznieść się na poziom swojej kreatywności i wyobraźni i współtworzyć przedstawienie poprzez własne odczuwanie, doświadczenie i wyobrażenie.

 Dla jakiego widza jest ten spektakl?

Przedstawienie jest dla widza wrażliwego, otwartego na dialog między twórcą a nim samym. Mam nadzieję poruszyć emocje, pokazać moje odkrycia pracy na poznawaniem procesu choroby anoreksji. Przedstawienie nie jest na pewno dla dzieci.

Dziękuję za rozmowę.
Karolina Obszyńska, Teatralia Wrocław
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 85/2014

[1] Informacje pochodzą z prywatnych notatek Anny Piotrowskiej.