Rzecz o wstydzie

Rzecz o wstydzie

Naiwny monodram zahaczający o tandetę – czy aby na pewno? Spektakl bardzo mocno czerpie z estetyki kampu, ale naiwny bynajmniej nie jest. Kiczowaty? Tak, zdecydowanie. Kicz jest jednak formą wyrazu. Trudną, bo jedynie umiejętne operowanie tą stylistyką może być artystycznie ciekawe.

Dancing w kwaterze Hitlera to nie tylko wstydliwa opowieść o wakacyjnym romansie, lecz także  rzecz o wiele głębsza, mniej dosłowna i bardziej zaskakująca, niż wynikałoby z pierwszej warstwy tekstu. Piszę o pierwszej, bo warstw jest przynajmniej kilka, a może kilkanaście, są trudne do nazwania i jeszcze trudniejsze do opowiedzenia.

Odliczanie jest takie jak w starym kinie – od dziewięciu do zera. Czarno-białe cyfry pojawiają się i znikają. Obrazy wyświetlane są na multimedialnym ekranie oddalonym od pierwszych rzędów o około trzy metry. Scenografia jest bardzo oszczędna: po prawej stronie – srebrny mikrofon, jakby wyjęty z lat sześćdziesiątych,. po lewej – krzesło, raczej ozdobne niż użytkowe, a za nim butelka i kieliszek. Wilczy Szaniec stylizowany jest na projekt designerski utrzymany w technologii motion capture. Technologii, którą reżyser, Robert Dudzik, wykorzystuje jako mapowanie naszej wyobraźni.

Na scenę wchodzi mężczyzna, ale bynajmniej nie mówi jak mężczyzna – jest trochę zniechęcony, trochę onieśmielony, tak jakby się krępował i nie chciał mówić o tym, co przeżył. Wspomina o wstydzie, o parszywym kocie, którego chował pod koszulą, a który w końcu zdechł. Zakopał zwierzę, ale twierdzi, że nie było mu żal, co jednak nie jest takie oczywiste, ponieważ mężczyzna opowiada o rzeczach, których nie chce pamiętać. Mówi o nieprzepracowanej traumie, a sparszywiały kot jest tylko pewnym początkiem narracji, czymś, z czego ma się wykluć jeszcze bardziej naiwna i irytująca wypowiedź o inicjacji seksualnej młodego chłopca, którym kiedyś był, ale dopiero teraz może o tym opowiedzieć.

W Dancingu w kwaterze Hitlera mamy do czynienia z grą pozoru i faktu, oczywistości i nieoczywistości. Narracja była dla mnie irytująca. Nie potrafiłem się przełamać, żeby w tej naiwności dostrzec prawdę o młodym człowieku, a za nią bolesną pamięć o Zagładzie. Spektakl ma formę wykładu performatywnego, którego nośność Robert Dudzik postanowił sprawdzić w połączeniu z banalnym opisem podróży rowerowej, która z kolei nakłada się na inną wędrówkę, nie będącą już ani banalną, ani oczywistą. Pod warstwą sentymentalnych wspomnień, które przytacza narrator, kryje się pamięć ofiar hitlerowskiego reżimu.

On przejechał 500 kilometrów na wyczynowym huraganie w ciągu zaledwie trzech dni, ona znacznie mniej, na pięknej damce marki Bajka i w zdecydowanie dłuższym czasie. Spotkali się w Augustowie, na strzaskanym pomoście nad Jeziorem Białym. Celem podróży było Węgorzewo, nasi bohaterowie nigdy jednak tam nie dotarli. Na drodze stanął im pewien turysta z zachodniej części Niemiec, jadący mercedesem 220 SE. Anka oszalała na punkcie wozu i lakieru w kolorze księżycowej poświaty. Tak skończyła się jej miłość do narratora. Choć może tak naprawdę nigdy się nie zaczęła? Nie znaczy to, że historia miłosnej zależności nie ma szczęśliwego, choć zaskakującego finału.

Zanim do niego doszło, była jeszcze kolacja w Wilczej Jamie, dancing w kwaterze Hitlera i niemiecki czterogwiazdkowy koniak, który palił gardło i wstyd. Okazało się, że Niemiec, który mówi po polsku lepiej niż większość kolegów narratora, urodził się w Czernikach (niem. Schwarzstein). Niemieckiemu turyście zdarzyło się wtedy skrytykować politykę przywódcy III Rzeszy, co przypłacił przymusowymi robotami przy budowie Wolfsschanze. Opowieść nie kończy się jedynie na detalach pracy. Pojawia się tu wątek ciężarówki z pięknymi kobietami różnych narodowości, które jechały na szkolenia pielęgniarskie. Od tych kobiet niemieccy lekarze pobierali całą krew, której wtedy brakowało. Robili to, aby ratować żołnierzy Wermachtu. Poruszona zostaje także sprawa mordu na brzemiennych kobietach. Ustawiano je po pięćdziesiąt nad dołami, w których umieszczone były podwozia ciężarówek pełniące funkcję rusztu, a pod nimi szalał ogień. Naziści strzelali do kobiet, które martwe wpadały do dołów, a ich nienarodzone dzieci palono żywcem.

Wprawdzie spektakl powstał na motywach prozy Andrzeja Brychta, ale za sprawą Roberta Dudzika opowieść ta nabrała zupełnie innego wyrazu. Historia Zagłady, opowiedziana przez turystę z RFN-u, jest podana tak samo jak historia seksualnej zależności dwojga młodych ludzi z okresu PRL-u. Odnoszę wrażenie, że historia wstydu jest niezbędna, aby można było wprowadzić narrację o Zagładzie. Wstyd paradoksalnie nie łączy się z inicjacją seksualną opowiadającego, ale z niemożliwością wyrażenia tego, co stało się w okolicy Wolfsschanze. Dudzik nie chce opowiedzieć o nieśmiałości, zażenowaniu młodego chłopca, chce opowiedzieć o wstydzie innego rodzaju. Świadkiem Wstydu (Zagłady) było miejsce wakacyjnego romansu dwojga zupełnie obcych sobie ludzi, na wiele lat przed ich pojawieniem się w okolicy Wilczego Szańca. Wstyd jest zatem w opowieści Dudzika immanentny i transcendentny zarazem. Wstyd, Zdrada,  Miłość – Dudzik żongluje sensami, bawi się kategoriami, jest jednak przy tym bardzo precyzyjny.

Monodram Dudzika podejmuje próbę opowiedzenia tego, co niewypowiadalne. Jest kolejną formą przepracowania traumy, podjętą przez drugie, a może trzecie pokolenie po Holokauście. Nie jestem bowiem pewny, czy to, co proponuje Robert Dudzik, dotyczy bardziej jego, czy mnie zasiadającego na widowni. Jestem natomiast całkowicie przekonany o racji tego spektaklu i o tym, że jest to jedna z tych rzeczy, które trzeba zobaczyć.

Kamil Robert Reichel, Teatralia Wrocław
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 46/2013

Teatr im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze

Dancing w kwaterze Hitlera

Andrzej Brycht

adaptacja i wykonanie: Robert Dudzik

opieka artystyczna: Andrzej Hrydzewicz

premiera: 26 stycznia 2013