Rzecz o tym, kto efektowniej pociął się za Polskę (Bitwa Warszawska 1920)

Rzecz o tym, kto efektowniej pociął się za Polskę (Bitwa Warszawska 1920)

Bitwa Warszawska 1920 – najnowszy spektakl duetu Strzępka / Demirski najlepiej określić słowem trudny. Trzygodzinny seans teatralny wymaga od odbiorcy nie tylko ciągłego skupienia, ale i mocnych nerwów. Dzieje się tak, gdyż na scenie Starego Teatru w Krakowie prezentuje się widzom sieć scen, z których każda może być zarazem najważniejszą, jak i równie nieistotną w perspektywie całości. Ogół okraszono, charakterystyczną dla tego tandemu autorskiego, bezkompromisowością i ironią, która wymaga dużej dozy tolerancji dla artystycznej wizji historii Polski.

„Wciąż babramy się w tym samym gównie” – taka teza nasuwa się już po obejrzeniu pierwszych kilkunastu minut przedstawienia. Kiedy Feliks Dzierżyński (Marcin Czarnik) czyli „swój chłop”, wyrosły z naszej słowiańskiej ziemi, dzieli się z Polską Mamą (Dorota Pomykała), ikoną ojczyzny, swoimi marzeniami na temat rozwoju komunizmu, dostaje w odpowiedzi kubeł zimnej wody na głowę (dosłownie). Symboliczna Polska najpierw wyśmiewa postulaty polityka, doprowadzając je do absurdu, by zaraz potem naznaczyć go piętnem kata (kubeł gęstej, ciemnoczerwonej krwi). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że umazany Dzierżyński za moment stanie się częścią chóru złożonego z pozostałych bohaterów sztuki i odśpiewa ludową pieśń Zachodźże słoneczko. Groteskowa grupa wokalna stoi na zgliszczach kultury (zniszczonej filharmonii) i dziarsko intonuje kolejne wersy utworu. Równocześnie w tle widzimy zdjęcia współczesnych polskich polityków z pierwszych stron gazet najróżniejszych opcji. Przekaz jest zatem bardzo klarowny: dziś, podobnie jak kiedyś, społeczeństwo jest zakładnikiem owładniętych szałem władzy uzurpatorów, z których każdy ma tylko jeden cel – dorwać się do koryta, wyżreć wszystko, a resztki rozrzucić hołocie, wmawiając jej, że to dary płynące z potrzeby zatroszczenia się o lud. Paralela mocna – zwłaszcza jeśli zestawiamy Dzierżyńskiego, Piłsudskiego i na przykład Bronisława Geremka, ale jednocześnie prześlizgująca się gdzieś na granicy taniej prowokacji. Takich momentów, w których zbyt nachalne, naoczne porównania, podawane niejako w formie bezsprzecznej prawdy oczywistej kosztem intelektualnej głębi przedstawienia, jest niestety więcej.

Podobnie jak w przypadku kolejnych scen spektaklu, tak w kwestii aktorskich kreacji nie można wskazać wyraźnego lidera. Nie jest nim ani Piłsudski (Michał Majnicz), ani Dzierżyński, ani Witos (Krzysztof Globisz) czy Broniewski (Juliusz Chrząstowski). Oczywiście każdy z nich gra świetnie i ma swoje popisowe numery: Piłsudski zachowuje się jak duże dziecko z przerostem ego, któremu wiecznie chce się spać i zawsze ktoś mu w tym przeszkadza, Witos ubolewa gwarą, że bolszewia w żniwach przeszkadza, a on najchętniej poszedłby na świniobicie z kanapkami naszykowanymi przez żonę (Małgorzata Zawadzka). Z kolei Broniewski wypada świetnie jako erotoman, który jest socjalistą, bo akurat w tym nurcie gładko pisze mu się wiersze – ze sztuki jednak zapamiętamy go głównie jako autora słynnych słów „Jak żyć?” (kolejny, dość słabo wypadający przeskok ku teraźniejszości). Już krótkie zestawienie tych gagów daje nam jasny obraz sytuacji − bitwa jest tylko pretekstem, tłem, podczas gdy tak naprawdę chodzi o zabawę chłopców z piaskownicy i walkę o to, kto weźmie większą łopatkę. Dlatego też spotkania, narady u hetmana, któremu potrzebny jest deadline, by zechciał walczyć za ojczyznę (mowa o Piłsudskim) wyglądają jak kłótnie rozkapryszonych bachorów. Mimo że gdzieś w tle mówi się o wojnie i ostatecznej potyczce, to na pierwszy plan wysuwają się osobiste dążenia do bycia wielkim w oczach Historii. Prym w sporach wiedzie Krzysztof Globisz, który oprócz walki z Piłsudskim jako Witos walczy sam ze sobą w roli Maxima Weyganda. Wewnętrzne waśnie o to, kto jest ważniejszy i kto ma decydować o sposobie walki przerywają co jakiś czas odgłosy wybuchów, sygnalizowane przez bohaterów za pomocą spontanicznie wyrzucanych w górę garści talku, udającego sypiący się tynk.

Bardzo ciekawą, jeśli nie najciekawszą stroną sztuki, są postacie kobiecie. Wiecznie okaleczona, będąca w permanentnej ciąży Polska Mama, czyli degrengolada Matki Polki kochająca naiwnie wszystkie swoje dzieci – te ze skrajnego lewa i ekstremalnego prawa. Rozkapryszona świta bawiąca się w dorosłość wykorzystuje ją jak tylko może, przymilając się na wszystkie możliwe sposoby. Jeśli na przykład plan ocalenia Polski nie wyjdzie któremuś z chłopców, to zawsze można wrócić do mamusi, która utuli, wybaczy i zrozumie dobre chęci. By jednak zachować pozory i resztki powagi momentu historycznego, o którym mowa w przedstawieniu, a jednocześnie go skompromitować, mama poprosi trupa Księdza Skorupki (kolejne wcielenie Krzysztofa Globisza) o odegranie dla niej sceny bohaterskiej śmierci na polu bitwy. Innym razem wyśle Aktorkę Kabaretową (Marta Ojrzyńska) w celu odstawienia szopki pożegnania Poznaniaka (Rafał Jędrzejczyk), który idzie na wojnę.

Inaczej widzi wojnę bizneswoman z Poznania (Anna Radwan – Gancarczyk). Dla rasowej kapitalistki szczytem marzeń byłby powrót do czasów, gdy można było spokojnie pohandlować z Niemcami. Teraz nie wiadomo jak ułożą się granice, przez co kobieta traci kontrakty. Jest to przykład dość bolesnego zderzenia martyrologicznego mitu polskiego narodu walczącego z szarą rzeczywistością, w której ideały ustępują miejsca podstawowym potrzebom bytowym. O ile postać ówczesnej bizneswoman jest bardzo autentyczna, o tyle odgrywana przez tę samą aktorkę Margaret Thatcher wydaje się kolejnym chybionym pomysłem usilnego przetransponowania sytuacji odległej przyszłości do historii nieco bliższej widzowi. Walcząca z socjalizmem brytyjska polityk ma się tak do poznańskiej kobiety jak piernik do wiatraka.

Mówiąc o gąszczu odniesień do teraźniejszości, nie sposób nie wspomnieć o jednej, tym razem na plus, bardzo zabawnej sytuacji. Aktorka Kabaretowa, tuż po swoim wokalnym występie dla męskiej części obsady spektaklu, żali się widzom (uciekając jednocześnie, a jakże, przed erotomanem Broniewskim), że zarówno ją, jak i pozostałych zgromadzonych dotkliwie skrzywdzono przez „arcydzieło” polskiej kinematografii, czyli Bitwę Warszawską w reżyserii Jerzego Hoffmana. Bezpośredni atak na Nataszę Urbańską (największą gwiazdkę tej produkcji) wypadł niezwykle celnie.

Teraz o tych, o których nie myśli nikt, a których wszyscy wykorzystują – o prostym, zwyczajnym ludzie. W sztuce reprezentuje go Chłop (Grzegorz Grabowski). Sceniczni uzurpatorzy wykorzystują naiwność i wiarę stanu najniższego w słuszność poczynań wodzów. Walczących Polaków degraduje się do poziomu bezrozumnego mięsa armatniego, którego pozbywa się wtedy,

gdy jest już nieprzydatne (Chłop ginie kilka razy, czasem w skrajnie absurdalnych sytuacjach − Piłsudski zabija go, bo żołnierz przeszkadza mu w rozmowie). Obraz społeczeństwa jest zdecydowanie najbardziej gorzkim elementem przedstawienia. Od zawsze jesteśmy marionetkami w rękach władzy, nie przestajemy nimi być i teraz. Tę tezę w bardzo dobitny sposób próbuje uzasadnić Dzierżyński w jednej z ostatnich scen wieczoru. Tłumacząc Polskiej Mamie obecny stan rzeczy, komunistyczny kat kładzie nacisk na wybielenie własnej postaci. Stara się wmówić widzom, że on przynajmniej zapoczątkował rozwój przywilejów socjalnych, podczas gdy my, kapitalistyczne bezmózgi, sami pozwalamy na coraz większe zniewolenie przez polityków.

To, co od początku staje ością w gardle, na końcu okropnie dławi. Mimo że pomysł odarcia ikon tamtych lat z mitycznych masek jest jak najbardziej udany i potrzebny, to już na poziomie szukania usilnych paraleli z czasami obecnymi wypada niezwykle blado. Teatr nie powinien być czarno-biały i dawać gotowych odpowiedzi. W poprzednich spektaklach jednych z najwybitniejszych postaci współczesnego polskiego teatru, a za takich uważam Monikę Strzępkę i Pawła Demirskiego, ironiczno-szydercze sprzężenia zwrotne wypadały o niebo lepiej, były o wiele bardziej celne.

Wnioski z Bitwy Warszawskiej w Starym Teatrze podsuwa samo przedstawienie. Jedynym momentem, w którym bohaterowie są zgodni, jest czas, kiedy piją i śpiewają Katiuszę. Napijmy się i my. Zapomnijmy o waśniach, ideologicznych indoktrynacjach, sporach o kształt historii, o tej sztuce.

Piotr Gaszczyński, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 66/2013 

Narodowy Stary Teatr imienia Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Bitwa Warszawska 1920

tekst: Paweł Demirski

reżyseria: Monika Strzępka

scenografia: Michał Korchowiec

muzyka: Jan Suświłło

choreografia: Cezary Tomaszewski

asystentka scenografa: Ewelina Lesik

inspicjent: Hanna Nowak

sufler: Iwona Gołębiowska

obsada:

Marta Ojrzyńska: Aktorka Kabaretowa / Róża Luksemburg

Dorota Pomykała: Polska Mama

Anna Radwan – Gancarczyk: Kobieta z Poznania / Margaret Thatcher

Małgorzata Zawadzka: Żona Witosa / CIA / Pani Nudna

Juliusz Chrząstowski: Władysław Broniewski

Marcin Czarnik (gościnnie): Feliks Dzierżyński

Krzysztof Globisz: Witos / Maxime Weygand / Ten Szyfrant / Ksiądz Skorupka

Grzegorz Grabowski: Chłop

Rafał Jędrzejczyk: Poznaniak

Michał Majnicz (gościnnie): Józef Piłsudski

premiera: 22 czerwca 2013

fot. mat. teatru

Piotr Gaszczyński (1987) – absolwent filologii polskiej oraz teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. W „Teatraliach” publikuje od 2010 roku. Miłośnik groteski pod każdą postacią, fan Manchesteru United i czarnej kawy.