Przegięta metafora (Lubiewo)

Przegięta metafora (Lubiewo)

„Serce gryzie nostalgia, a dusze ścina lód” – nucą cioty na plaży dla nudystów w Lubiewie, czyli tam, gdzie niegdyś w lubieżnych zwykły zwisać przegięciach, a teraz próżno szukają dróg do swych żądz nasycenia, bowiem w krzakach jest im dane spotkać jedynie współczesnych gejów, co to najbardziej nie seksu, lecz uczuć pragną i tylko potęgują tym samym powszechne z życia niezadowolenie.

Wszystko, co reżyser Sieklucki w pierwszej części Lubiewa zarysował, w drugiej doprowadza do granic żałości i ohydy. Patrycja i Lukrecja nadal żonglują farmazonami, podśpiewują wulgarne piosenki, wygadują brednie o podrywach, hulankach, swawolach i starym, dobrym seksie bez kondomów oraz świadomości AIDS, jednak teraz cioty– wcześniej papuzio przystrojone w trzeciorzędne fatałaszki – występują jako półnagie, spocone emerytki, które nie tylko przytaczają swe świńskie przygody, ale i kopulują w rozstawionych na scenie, rozpadających się, pilnie strzeżonych przez waleczną Pisuaressę (świetna Teresa Pawłowicz) publicznych toaletach. Bezwzględnie egzekwowany jest tu  tylko nakaz perwersji. Nie trzeba pamiętać o decorum.

To, co pośród obskurnych pisuarów i zapchanych kabin z papierem po lewej i myciem rączek w cenie wyprawiają aktorzy jest czymś więcej od  udawania łysych i brzuchatych seksualnych degeneratów, którym niewiele już pozostało, ponieważ  zatracają się oni w swoich rolach. Pawła Sanakiewicza i Janusza Marchwińskiego należałoby poprosić o napisanie traktatu o odgrywaniu cioty totalnej. Duet cierpliwie odsłania przed nami tajemnice tamtego świata i niejako przekłada je na język głuchoniemych – stąd uporczywa gestykulacja oraz niewybredna mimika. Rzeczywistość przedstawiana przez nich zdaje się możliwa do uchwycenia jedynie w parodii – wszak to niepojęte biografie pedałów, a więc – jak rzekłaby Mary Douglas – mężczyzn splamionych. Wolno im powiedzieć wszystko. Wyrzutki mają prawo zaledwie do niskiej poezji i rubasznych żartów. A poza wszystkim pociesznych tragików łatwiej oswoić. Co więcej, nie tylko emerytowane pedały są przegięte  – również współcześni geje prezentują się jako wynaturzeni, co bezbłędnie obrazuje Sylwester Piechura (Blondyn), który wydaje się zarazem doskonale lubieżny, jak i na wskroś chłodny, obcy.

W świecie Lubiewa od dawna nie ma możliwości rzeczywistego wyboru pomiędzy kreacją a autentycznością, ale cioty wciąż mogą udawać, że mają wybór. Mogą więc nie tyle wahać się pomiędzy naturalnym trwaniem a małpowaniem, co przyjąć, że już właściwie przestały istnieć i przestrzeń życia wypełnić niekończącą się gadaniną, przemienić ją w teatr życia codziennego. Smarowanie spoconych ciał tłustymi olejkami staje się tutaj tematem tak płodnym, że w każdej chwili może powstać jakaś fundamentalna idea. Trudno pogodzić głębię ciotowskiej duszy, z ordynarnością ciotowskiego ciała. Bohaterki Lubiewa nie są głupie. Czytały to i tamto. Wiedzą, że nie tylko parkowe pedały zdychają w przytułkach, ale i Norwid tak umierał. Mają pojęcie o orgiach de Sade’a i pragnieniach Pasoliniego. Nieskończenie wiele ciot tak żyje – na tysiąc, a nawet milion sposobów próbując być i tłumaczyć właściwą ich egzystencji lichotę górnolotnymi mitami. Zawsze sobie coś wynajdą, by stworzyć wrażenie istnienia. Jasno widać, że Panu Bogu nie do końca się one udały. Zawodzą nawet normalnych, dzisiejszych gejów, co to w drogeriach zostawiają miliony i liczą na inne rozrywki niż tylko seks analny.

Z połączenia przewrotnego i bezkompromisowego języka Witkowskiego z błazenadą zespołu Teatru Nowego wyłania się wulgarny cyrk. Perwersje przeplatają się tutaj ze wspomnieniami o misiu Uszatku i PRL-owskim kompocie z galaretki, by w końcu ułożyć się w komediową, co nie znaczy, że prostacką, afirmację minionego, nie tylko ciotowskiego świata. Sieklucki nadbudowuje nad Lubiewem kolejne poziomy iluzji. Wprowadza postać Michasi Witkowskiej, która jawi się jako autor-zdrajca, czyli kolejny „kurwiszon” do biczowania, ale i opowiadania. Cioty zaś mogą udawać, że nie są zmyślone. Wspomniana już Pisuaressa, czyli babcia klozetowa, wydaje się synekdochą środowiska nieprzychylnego światu LGBT – jest stara, nietolerancyjna, zamknięta na wszelkie dyskursy „jak sklep mięsny za komuny po osiemnastej”. A jednak w końcu staje z ciotami w równym szeregu, by odśpiewać pieśń-manifest ich przynależności do polskiej ziemi, co współgra z postulatami Teatru Nowego o uczynienie z Krakowa stolicy alternatywnej seksualności.

Niewiele w Ciotowskim biczu zobaczymy scen niekoniecznie komicznych. Nie wypada śmiać się właściwie tylko wtedy, gdy – jak zwykle dogłębnie poruszający, niebezpieczny, złowrogi, a zarazem dziwnie piękny – Mikołaj Mikołajczyk (Wiesia) wykonuje taniec AIDS. Ta nieomal absolutna ludyczność wydaje się  wynikiem przemyślanej prowokacji: „zarzucacie nam, że snujemy brzydkie opowieści o obrzydliwych przetrąceńcach? To my opowiemy wam jeszcze mniej wzniosłe i jeszcze bardziej obsceniczne historyjki. Zagramy jeszcze bardziej wykolejone ludzkie szmaty. Zaśpiewamy jeszcze żałośniejsze piosenki i pokażemy nasze dupy. Głośniej będziemy bluźnić z narodowych mitów, a skoro piękno sztuki nadal nie umarło – my je dobijemy”. Niewykluczone jednak, że Sieklucki się pomylił. Za bardzo rozbestwił komizm postaci i stworzył błazeńsko-idiotyczne widowisko o rozlazłych samcach, co to zawiesili teraźniejszość, by do reszty zgnić na niegdysiejszych dzikich plażach.

Niezależnie od ostatecznego rozstrzygnięcia jasno przedstawia się konkluzja – trzeba nam przyjąć Patrycję, Lukrecję, Wiesię, a nawet Blondynka, który nic tylko stoi za krzakiem nagi i wabiący. Możemy obdarować ich zarówno szczerym obrzydzeniem, pogardą, jak i współczuciem, ale nie sposób udawać, że oni to tylko taka zboczona fikcja, nic nieznacząca historyjka o podejrzanych brudasach z ciemnych zaułków, gdyż obrazek pedałami malowany jest wycinkiem z naszego świata. Zresztą metafora może być przecież przegięta. Szczególnie, gdy chodzi o miłość. A najbardziej dojmująca w Lubiewie jest tęsknota za życiem, które cioty, wbrew pozorom, kochają. Groteskowa melancholia, paradoksalnie, tylko tę miłość pogłębia.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 66/2013

Teatr Nowy w Krakowie

Lubiewo: ciotowski bicz

według powieści Michała Witkowskiego

reżyseria: Piotr Sieklucki

scenografia: Łukasz Błażejewski

choreografia: Mikołaj Mikołajczyk

obsada: Paweł Sanakiewicz (Lukrecja), Janusz Marchwiński (Patrycja),Teresa Pawłowicz (Pisuaressa), Sylwester Piechura (Blondyn), Mikołaj Mikołajczyk (Wiesia)

premiera: 22 czerwca 2012

Alicja Müller, rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.