Prawda odnaleziona w zmyśleniu (Szklana menażeria)

Prawda odnaleziona w zmyśleniu (Szklana menażeria)

Smutny to dom, gdzie do stołu zasiada się w milczeniu, by jakoś ze sobą wytrzymać te kilkadziesiąt minut i prędko rozejść się do swoich kątów. W Szklanej menażerii ciszę przerywa niekończące się jazgotanie matki, pod której skórą buzują od lat pęczniejące jady i rozczarowania. Tyle w niej życia, ile trajkotania – o zaprzeszłej świetności, nijak niepoddającej się rozpaczliwym próbom wskrzeszania, o tym, jak mogłoby być, gdyby Pan Bóg, w miłości swojej nieskończony, raczył okazywać więcej łaski, o niegarbieniu się, o starannym przemielaniu parówek, o szalikach, romansach i chorobach nerek. Matka nadaje, jakby połknęła karabin maszynowy, a dym wypluwanych przez nią pocisków zagęszcza, i tak niemożliwą do zniesienia, atmosferę rozpadającego się mieszkania strasznych mieszczan „najniższej rangi”.

„Wszystkie autobiografie są fałszywe” – powiedział niegdyś Czesław Miłosz. Trudno zaprzeczyć poecie, wszak sam akt konstruowania opowieści, nawet tej o „sobie samym”, naznaczony jest sztucznością. W opowiadaniu autobiograficznym nie chodzi o całościową werbalizację życia, lecz o zamiar niesienia o nim prawdy. Fałsz leży po stronie konstrukcji (formy), nie zapisywanego doświadczenia. Ciekawy w tym kontekście jest przypadek Jacka Poniedziałka, który w obnażaniu kreacyjności autobiografii wydaje się szczególnie radykalny. Reżyser pożycza bowiem cudzą, na dodatek fikcyjną (chociaż wypełnioną odniesieniami do realnej historii autora) narrację, by uczynić ją medium własnego, jak najbardziej osobistego, wyznania. Jego Szklana menażeria jest zatem próbą przekomponowania przeszłości, włączenia jej w kształt bieżącego życia, ale i pamięci kolektywnej. Opowiadając o sobie cudzym słowem, Poniedziałek uniwersalizuje osobiste doświadczenie domowego piekła. Nie tyle flirtuje ze zmyśleniem, ile wchodzi z nim w szalenie intymny związek, niejako zawłaszczając przestrzeń dramatu, a zarazem obdarzając ją atutem autentyczności. Na scenie pojawia się tylko raz – jako „pozytywny” uzurpator tekstu Williamsa, wykonuje symboliczny gest otwarcia, by następnie przekazać opowieść, swoją drogą rewelacyjnym, aktorom. Powtarza tym samym działanie autora Szklanej menażerii, który rozpisał własne doświadczenia na język czysto fikcyjnych postaci. Mamy do czynienia z podwójną fuzją realności i fikcji. Fuzją zjawiskową i niezwykłą.

Poniedziałek wpisuje się w historię Amandy i jej dzieci, Toma i Laury, subtelnie, można by nawet rzec „czule”. Pozostawia w niej swoje ślady, niczym diarysta zapełniający karty dziennika. Przypominają one dopiski na marginesie – to dwie fotografie z prywatnej kolekcji reżysera – portret ojca artysty oraz zdjęcie ślubne jego rodziców. Drugie przedstawia się szczególnie dramatycznie, bowiem umiejscowione jest za koszmarną, szpetną sofą. Na początku przedstawienia widzimy tylko ślad, który pozostawiło na próchniejącej, brudnej ścianie. Zostanie odsłonięty mimochodem – w scenie przemeblowywania pokoiku. To piękna metafora nieobecności, a zarazem wymazywania. Ojciec jest bowiem piątym bohaterem Szklanej menażerii, chociaż pojawia się tylko w opowieściach. Mimo że nieobecny, nadal naznacza świat, z którego uciekł. Bohaterowie ciągną za sobą jego cień.

Porzucona przez ojca rodzina toczy dramatyczną walkę o przetrwanie. Niesamowita scenografia Stara, toksyczna matka plan, z serii „do jutra przetrwać jakoś”, realizuje przede wszystkim w języku. Świetna Grażyna Misiorowska stworzyła hipnotyczną kreację kobiety, której miłość ewaluowała w formę patologii. To rola zbudowana ze wszystkich odcieni goryczy i katastrofy. Aldona gada mięsiście, każdym słowem ucieleśniając matczyny system opresji. Z jednej strony niczym Benjaminowski kolekcjoner pielęgnuje rodzinne mity, wypełnia pustkę biednego pokoiku anegdotami, których nikt już nie słucha, z drugiej terroryzuje domowników upiornymi mantrami o dobrym wychowaniu oraz koszmarnymi tyradami hiperbolizowanej troski. Jest w tym wszystkim zarazem odrażająca i przejmująca, bowiem jej piekielność wzięła się nie z nienawiści, co z miłości i odrzucenia. To (anty)bohaterka, która mimo wszystko, dość paradoksalnie, stoi po stronie dobra.

Paradoksów w spektaklu Poniedziałka jest więcej i to w nich leży siła Szklanej menażerii. Reżyser szuka języka, który sprosta ciemności opowiadanego świata. Dlatego bada różne intonacje, wybierając te przydatne dla rodzinnych utrapień. Paradoksalna wydaje się już sama tragikomiczna konwencja przedstawienia. Dominuje dość klasyczna narracja – bez szoku i bez efekciarstwa, przy czym nie można mówić tu o zachowawczości. Poniedziałek nie obawia się bowiem rozsadzania formy, czego przykładem jest symboliczna scena tańca w, najpewniej gejowskim, klubie. Tom (w tej roli zjawiskowy Sylwester Piechura), nadwrażliwiec na krawędzi, prowadzi podwójne życie – pracownika fabryki butów i króla nocy. Ekstatyczny, dramatyczny taniec z nieokiełzanej ekspresji przeradza się w przejmujący zapis dramatu bohatera – artysty duszącego się w stęchliźnie domu, w którym mieszka, drepczącego w miejscu z pleśnią na ustach ekscentryka. Tutaj to wibrujące ciało staje się nośnikiem opowieści. Tom wznosi się ponad swoje życia i gdzieś tam, na granicy obłędu, zdaje się chwytać to, co stanowi jego esencję.

Szklana menażeria to historia o dziwakach i odmieńców. O ludziach, którzy kaleczą się i dręczą, choć wiadomo przecież, że się kochają. Przegranych i przegrywających, ale to także – a może przede wszystkim – opowieść o miłości i wolności. O tym, że czasem, jak Tom, trzeba wybrać stronę księżyca, nie słońca albo, jak Laura, zamieszkać w prawie-nibylandii, pośród szklanych figurek. Poniedziałek unika łatwych wzruszeń, lecz nawet najbardziej zatwardziałym sceptykom trudno chyba obojętnie patrzeć na sceny, w którym bohaterowie zapominają na chwilę, że inni to piekło i opuszczają swoje bańki, by jakoś, często pokracznie i nieudolnie, zademonstrować zduszoną, lecz nie zaduszoną, miłość.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn Teatralny „Teatralia”, numer 119/2014

7 Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia

Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

Tennessee Williams

Szklana menażeria

reżyseria, tłumaczenie i opracowanie muzyczne: Jacek Poniedziałek

scenografia: Michał Korchowiec

światła: Katarzyna Łuszczyk

choreografia: Łukasz Przytarski

projekcje: Łukasz Kustrzyński

obsada: Grażyna Misiorowska, Grażyna Rogowska, Leszek Malec, Sylwester Piechura

premiera: 13 września 2014

fot. materiały teatru

Alicja Müller, rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.