Postdebiut Maćkowiaka, czyli benefis frustracji na łódzkiej scenie (DIVA SHOW)

O niezależnej karierze Kamila Maćkowiaka mówiło się od dawna. Wszyscy czekali na wielki debiut aktora poza sceną łódzkiego Jaracza. Czekaliśmy, czekaliśmy i się doczekaliśmy. Ale czy warto było czekać?

Premiera autorskiego monodramu Maćkowiaka Diva Show  miała miejsce pod koniec października, ale bilety zostały wyprzedane dużo wcześniej. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, poza młodymi dziewczętami, na premierze pojawiły się dojrzałe bywalczynie teatrów wraz z mężami. Panie były niebywale podekscytowane i te emocje towarzyszyły im przez całe dwie godziny. Ale nie o publiczności chcę tu pisać! Spektakl zaczął się od projekcji urywków z życia bohatera i fragmentu koncertu. W świetle reflektorów ukazał(a) się publiczności bohater(ka). Aktor przebrany za Tinę Turner dał mini koncert i zaczął opowieść, która była zdecydowanie za długa. Bohater opowiadał o swojej matce, od której nie otrzymał potrzebnego dziecku ciepła. Niechęć, jaką okazywała mu rodzicielka spowodowała poczucie winy, którego konsekwencje odczuwa po dziś dzień.

Bohater wspomina również ciotki, czyli sąsiadki, które (podobnie jak jego matka) były samotnymi i sfrustrowanymi kobietami. Ale to właśnie ten babski, gnuśny świat otaczał go w okresie dojrzewania. To te kobiety uczyły go, jaki powinien być mężczyzna, a raczej jakich mężczyzn chciałyby one.

Brak ojca, niezrozumienie przez rówieśników i chłód matki przyczyniły się do rozwoju osobowości typu borderline. Monodram w pewien sposób przypomina psychoterapię. Jednak widzowie nie są psychoterapeutami, więc dwie godziny słuchania o rozchwianiu emocjonalnym stało się nudne. Znudzenie nie opuszczało mnie nawet pomimo wizualizacji – teledysków Turner i ich remake’ów z naszym bohaterem w roli głównej, które odgrywały rolę swoistych intermediów.

Niezaprzeczalnie  scenografia, charakteryzacja i kostiumy były przygotowane z ogromną dbałością i profesjonalizmem. Neonowy napis „Diva” był fenomenalnym uzupełnieniem lekko kiczowatej garderoby. Stroje uszyte na wzór tych, w których pamiętamy Tinę Turner, przyciągały wzrok i zachwycały bez reszty. Sądzę, że te elementy były najmocniejszym punktem spektaklu.

„Postdebiut” Maćkowiaka jest ciekawym zjawiskiem na łódzkim rynku teatralnym,  chłonnym w ostatnim czasie na niezależne działania artystyczne. Osobiście jestem lekko rozczarowana Divą, bo ciągle mam w pamięci świetne kreacje Kamila Maćkowiaka w Osaczonych (w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej) i Niżyńskim (reżyseria Kamila Maćkowiaka, opieka artystyczna Waldemara Zawodzińskiego). Miejmy nadzieję, że w przyszłości będzie już tylko lepiej.

Natalia Popłonikowska, Teatralia Łódź
Internetowy Magazyn „Teatralia”, nr 82/2014

Fundacja Kamila Maćkowiaka

DIVA SHOW czyli monorewia osobowości borderline

scenariusz, reżyseria i wykonanie: Kamil Maćkowiak

premiera: 26 października 2013

fot. klatka ze zdjęć do klipu DIVA SHOW