Polak z Żydem dwa bratanki? (Żyd)

Polak z Żydem dwa bratanki? (Żyd)

Z jednej strony jest duma z wielokulturowości i Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Z drugiej – zdają się pobrzmiewać jeszcze echa okrzyków „Syjoniści do Syjonu”. Tymczasem w nowym spektaklu Kompanii „Teatr” owe sprzeczności i skomplikowane dzieje polsko-żydowskie zostały zamknięte w ciasnej przestrzeni prowincjonalnej szkoły.

Fabuła dramatu Artura Pałygi jest nakreślona pozornie prostą linią: do miasteczka ma przybyć zamożny Żyd, potomek dawnych mieszkańców, który może uratować miejscową szkołę przed ekonomiczną katastrofą. Jedynym warunkiem otrzymania pieniędzy jest nadanie szkole imienia jego ojca – żydowskiego pisarza, Mosze Wassersztajna. Aby doprowadzić do podjęcia jednomyślnej decyzji, dyrektor zamyka grono pedagogiczne w pokoju nauczycielskim – i właściwie dopiero w tym momencie zawiązuje się akcja. Z dialogów nauczycieli powoli wyłania się opowieść o Polakach i Żydach, usytuowana w znacznej odległości od „pola chwały”.

Emocje narastają stopniowo: zaczyna się od żartów na temat koszernego bigosu i pejsów, po czym atmosfera gęstnieje od drastycznych historii, by osiągnąć wreszcie kulminację w postaci swoistej zbiorowej psychozy. Bohaterowie usiłują wytypować spośród siebie kozła ofiarnego, którego można by obarczyć winą za wszystkie historyczne krzywdy wyrządzone Żydom przez mieszkańców miasteczka, przez Polaków. Nie zostaje nim wuefista, który od początku prezentuje postawę antysemity operującego najbardziej banalnymi stereotypami ani polonistka, która w dzieciństwie przyczyniła się do pobicia żydowskiej dziewczynki. Wybór nie pada również na dyrektora – oportunistę, który w pamiętnym 1968 zaszczuł swoją żydowską poprzedniczkę, by zająć jej stanowisko ani na księdza, który nie potrafi jasno wyrazić swoich poglądów i zasłania się wytartymi sloganami. „Winną” okazuje się młoda anglistka (Kamila Boruta), zdawałoby się – neutralna, wręcz zafascynowana perspektywą spotkania z egzotycznym gościem. Jednak w toku akcji wychodzi na jaw, że „tatuś i dziadek nie lubią Żydów”, a rodzinny biznes obrotu nieruchomościami opiera się na zawłaszczonych pożydowskich kamienicach. To wystarczy, by przelać na nauczycielkę całą złość, wyrzucić ją za drzwi i – w pewnym stopniu – uspokoić sumienia pozostałych.

Owa scena wykluczenia, w której wybucha skumulowana agresja, tylko na moment wytrąca nauczycielkę angielskiego z roli słodkiej idiotki, żyjącej głównie teraźniejszością i perspektywą wyrwania się z zacofanego kraju do zagranicznych dobrodziejstw cywilizacji. Choć trzeba przyznać, że pod tą jej mielizną chwilami da się zauważyć nieśmiałe przebłyski myśli. Zakorzenienia w przeszłości i skłonności do refleksji nie zabrakło za to nauczycielce polskiego (Brygida Turowska), która stanowi dość wyrazistą opozycję dla anglistki – ich relacje na scenie są najeżone i wypełnione złośliwostkami. Polonistka to złożona osobowość, harda i słaba równocześnie.

Nie do końca jednoznaczny jest także „tutejszy kretyn” (skoro mamy już „miejscową idiotkę”) – nauczyciel WF. Miałam wrażenie, że występujący w tej roli Konrad Marszałek inspirował się życiem i twórczością osiedlowych osiłków czy gorliwych kibiców. Ale zażarty antysemityzm wuefisty ogranicza się do powtarzanych bezmyślnie haseł, zaś pod wpływem usłyszanych historii postać – pomimo prymitywnej stylistyki – zdaje się ulegać lekkiej przemianie i ujawniać wewnętrzne sprzeczności.

Michał Zgiet ze swoim mocnym, władczym głosem w roli dyrektora to plus obsady. Aktor nakreślił swoją grą obraz konformisty, który gotów jest zmieniać poglądy w zależności od sytuacji, za każdym razem będąc pewnym słuszności sprawy. Albo przynajmniej udając pewność. W dyrektorze można dostrzec resztki sumienia, które w jednej z końcowych scen prowadzi go do spowiedzi – w tym momencie spektakl niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu, podsycanego uniesieniami księdza (Jarosław Tomica). Kordialny duszpasterz z gitarą i sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy (choć, gdy trzeba, potrafi zmarszczyć brwi i pogrozić palcem) to postać nieco naiwna, lecz znajdująca wiele odzwierciedleń w rzeczywistości.

Podkreśleniu wewnętrznych napięć i wahań bohaterów służy prosta gra świateł i półmroku. Jaskrawy blask „nadpsutych”, raz po raz migoczących jarzeniówek przeplata się z ciemnością, w której jedynie przez szyby drzwi umiejscowionych po obu stronach sceny przenika ciepłe, miodowe światło. Scenografię również charakteryzuje prostota i kontrast: czerń przestrzeni scenicznej jest przełamana wspomnianymi już drzwiami oraz oknem zawieszonym na pierwszym planie. Ta oszczędność środków i bura kolorystyka, wspomagana minorowym solo kontrabasu, stwarza klimat właściwy polskiej (peerelowskiej?) szkole.

Wartki potok opowieści, wyznań i wspomnień prowadzi do finału, który nieco mnie rozczarował swoją przewidywalnością. Oto grono nauczycielskie wpada nagle w euforię czy lekki trans, śpiewając i tańcząc tradycyjną żydowską pieśń Hava nagila. To swego rodzaju happy end, który wydaje się trochę groteskowy, a trochę banalny i skądinąd już znany – nieuchronnie bowiem przywodzi na myśl końcową scenę Cudu purymowego.

Mimo drobnych niedociągnięć, Żyd w reżyserii Witolda Mazurkiewicza to jednak niezły spektakl, który zadaje ważne i trudne pytania, próbując przybliżyć teatralną publiczność do złożoności prawdy.

Katarzyna Łupińska, Teatralia Lublin
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 87/2014

Kompania „Teatr”
Żyd
Artur Pałyga
reżyseria i scenografia: Witold Mazurkiewicz
muzyka (solo na kontrabasie): Mariusz Bogdanowicz
obsada: Kamila Boruta-Hycnar, Konrad Marszałek, Jarosław Tomica, Brygida Turowska, Michał Zgiet
premiera: 24 stycznia 2014
fot. Maciej Rukasz