Pocałunek, czyli kiedy natura ciągnie człowieka do teatru (Pocałunek)

Pocałunek, czyli kiedy natura ciągnie człowieka do teatru (Pocałunek)

Ona to kobieta dojrzała. Dom ma wybudowany, córkę odchowaną, drzewo zasadzone. On, jej rówieśnik, o życiu prywatnym z początku mówi niechętnie. Spotykają się w drodze usłanej starymi zdjęciami, które ułożone na scenie Teatru Małego widoczne są dla nas, a oni jakby już o nich zapomnieli. Spotykają się w rodzinnej Holandii, kilkakrotnie przysiadając na przydrożnych ławkach. Akcja Pocałunku toczy się jednego dnia i chociaż nastrój jest nerwowy, to bohaterowie nie palą papierosów, a to, co się pomiędzy nimi tli, to rodząca się namiętność. Ona (Magdalena Myszkiewicz) zmierza do szpitala, On (Konrad Pawicki) snuje się obserwując rzeczywistość.

Rzeczywistość w sztuce Gera Thijsa pełna jest pokładów samotności, którym reżyser Marek Pasieczny i scenograf Katarzyna Stochalska nadali smętny czarny kolor. Nie widzimy gór, podwórek i budynków rozciągających się przed oczami bohaterów. Nie poznajemy ich rodzin i znajomych, ale ich opisy są bardzo sugestywne. Ona myśli o mężu, który więcej czasu poświęca polowaniom i kąpielom, niż małżeńskim rozmowom. On ze wstydem i ironią rozpatruje swoją nieudaną karierę aktorską. Oboje są rodzicami i tylko wymiana zdań na temat dzieci zdaje się tchnąć w nich ducha dawnej młodości. Jednak dla niej miniony czas to także wspomnienie pocałunku Leonarda, wspomnienie tym boleśniejsze, że panoszący się w jej ciele rak piersi odbiera poczucie kobiecości. Myszkiewicz walczy jednak swoją postacią, wskrzeszając w sobie namiętność i potrzebę wolności. Idzie pieszo, chociaż długa przed nią droga. On, niespełniony jako komik, wydobywa z siebie dziecięcą radość udając niedźwiedzia. Wśród leśnych pagórków i widzianej w oddali dzikiej zwierzyny rozbudzają się instynkty bohaterów.

W oczyszczającej podróży rozliczają się z życiem, a opustoszały las daje intymność i możliwość przejrzenia się w drugim człowieku. Nie jest to sztuka dydaktyczna, chociaż On nie stroni od porad. Jakie jednak rady można dać dopiero co poznanej osobie? Dla niej to spotkanie jest sekretnym powrotem do lubieżnej młodości, z której wspomina inicjację przeżytą przy drzewie. Dla niego okazją do poczucia się silnym, docenionym, zabawnym. Wzajemnie budują iluzję innego życia, w którym odmłodzeni, rozochoceni i bez konsekwencji dają się ponieść żarliwym fantazjom. Zdrowi, wolni, młodzi. Mogliby tak iść przed siebie i Ona nie czułaby się już kobietą, która „nie przynależy” jak sama mawia o tych, których kariera zawodowa dobiegła końca. On nie skrywałby niepowodzeń pod pluszową głową niedźwiedzia i napełnioną piersiówką. Jedynym, co wydaje się trzymać ich tam i teraz są dzieci, bo „tam” to dom poza lasem, a tutaj to jedynie ekscesy.

Ona to przecież wciąż matka, żona, gospodyni, ma swoje drobne przyjemności i wegetariańskie jedzenie. On, chociaż staje na jej drodze niczym nieokrzesane zwierzę, próbuje oswoić z problemami i sprawia, że to spotkanie z dala od domu nabiera namiastki codzienności. Wszakże wychodzą z tej kobiety emocje zarezerwowane dla małżeńskich kłótni, wymian zdań z osobą, która zna nas tak dobrze, że nie jesteśmy w stanie udawać i zachowywać pięknej, nieskalanej złością i łzami twarzy. I On wie, że trzydzieści lat ożenku uczy czytania w myślach drugiej osoby. Koniec zaskoczeń i fascynacji, życie czarne i białe jak ta scenografia, jednak to wśród niej niespodziewanie spotyka człowieka będącego dla niego zagadką. Chociaż stara się porównać ich małżeństwa, odkrywa, że kobieta ta to również istota niezależna, która zupełnie sama wyruszyła w jakże trudną drogę. Z pozoru zlękniona, niczym schwytana w kłusownicze sidła sarna, z czasem pozwalająca Jemu okiełznać emocje.

W stonowanej scenerii kiełkują uczucia postaci, o które oni sami zdawali się siebie nie podejrzewać. Jest w tym i pragnienie współczucia i szczerego pożądania. Rozsypane pod nogami pierwszego rzędu widowni fotografie nakładają się na twarze bohaterów. W grze Myszkiewicz rozpoznajemy tamtą młodą ponętną dziewczynę, która w tym nieplanowanym spotkaniu odnajduje siebie ze wspomnień Leonarda. Pawicki ze zdjęć daje swojej postaci jurność i nieoficjalność. Bohaterowie stają się tak bliscy sobie, jak nam, kiedy okazuje się, że ich kreacje mają twarze osób, które w codziennych sytuacjach oglądać możemy na zdjęciach. Tak jak aktorski duet dzieli się z widzem fragmentami zachowanej na fotograficznych odbitkach prywatności, tak odgrywani Ona i On rysują słowami sylwetki siebie z lat, które przeżyli osobno.

Uderzająca jest w dramacie Thijsa zwyczajność. Dwie pełnokrwiste postaci, ani dobre ani złe, dla których odczuwa się empatię. Pasieczny stworzył spektakl dla widzów starszych, którzy na własną przeszłość spojrzeć mogą z nostalgią. Nawet jeżeli zmiana ta trwa tyle, co niewinny romans w głuszy. Sztuka jest także dla młodszych, targanych sprzecznymi uczuciami i poszukujących swojego miejsca w świecie. Można spojrzeć na nią z przymrużeniem oka, tak jak On, kiedy rozmyśla o podróży ze sklepowym wózkiem , pchanym przed sobą przez kolejne kraje między Danią a Włochami. Można także patrzeć całkiem poważnie, jak na film bez happy endu, w którym najważniejsze fragmenty dzieją się na długo przed końcowym ujęciem. Trzeba patrzeć, jeżeli tylko jest okazja, tę grę aktorską i wymowną inscenizację wypada zobaczyć, zanim zrobi się kolejny krok do prawdziwego życia z prawdziwego teatru.

Kinga Cieśluk, Teatralia Szczecin
Internetowy Magazyn „Teatralia” nr 91/2013

Teatr Współczesny w Szczecinie
Ger Thijs
Pocałunek
przekład: Małgorzata Semil
reżyseria: Marek Pasieczny
scenografia: Katarzyna Stochalska
muzyka: Robert Łuczak
reżyseria światła: Damian Pawella
obsada aktorska: Magdalena Myszkiewicz, Konrad Pawicki
premiera: 31 stycznia 2014 roku

fot. archiwum teatru