Piękny tyran (Siła przyzwyczajenia)

Piękny tyran (Siła przyzwyczajenia)

Kreatywność w zadawaniu cierpienia wśród przedstawicieli gatunku wyróżniającego się podobno empatią i miłosierdziem, przyprawia o zawrót głowy. O tym zaś, że najgorsze tortury mogą obyć się bez przemocy fizycznej, przekonuje inscenizacja dramatu Siła przyzwyczajenia.

Reżyser, Remigiusz Brzyk, czyta utwór Thomasa Bernharda z uwagą i bez wprowadzania rewolucyjnych zmian w tekście. W efekcie takiej lektury widzowie odwiedzający Teatr STU dostają spektakl grzeczny (wobec autora) i niegrzeczny (dla wyobraźni oglądającego) zarazem. O posłuszeństwie wobec twórcy było powyżej, pozostaje więc wyjaśnić, na czym polega tu krnąbrność. Cała rzecz w tym, że pod skórą poprawnego, pozbawionego wszelkich skandalizująco-szokujących ulepszaczy przedstawienia aż bulgocze od upiorności. Pieni się i wrze, ale w głowach publiki. Na pewno duża w tym zasługa tematu. Środowisko artystów cyrkowych budzi zainteresowanie o tyle, że lokuje się gdzieś pomiędzy tanią rozrywką a perfekcjonizmem sztuki. W Sile przyzwyczajenia cyrk staje się modelem wykrzywionego świata toksycznych relacji i zależności, na pierwszy rzut oka pozbawionych sensu, przez co jeszcze bardziej koszmarnych.

Trafny dobór aktora do roli znaczy coś więcej niż skojarzenie cech fizycznych i osobowości z daną postacią dramatyczną. Ważne jest też to, co dookoła, czyli kontekst. W przypadku Siły przyzwyczajenia znajomość specyfiki krakowskiego środowiska teatralnego pozwala w pełni docenić wybór realizatorów. Po pierwsze, ogromne brawa za obsadzenie Krzysztofa Globisza jako Caribaldiego. To, co jednych zachwyca, a u innych wywołuje lekki niesmak, można określić mianem charakterystycznej dla Globisza maniery językowej. Mając okazję oglądać go na różnych scenach i w przedstawieniach o odmiennych poetykach, zawsze wybijała mi się pewna myśl. Taka mianowicie, że nie tyle mówi, co tresuje wypowiadane słowa. Są, i jednocześnie nie są, jego własnością. Artysta dystansuje się wobec nich, ale po to tylko, aby porządnie je wychować. By z pragmatycznego poziomu komunikacji werbalnej przeniosły się na o wiele wyższe stopnie. Czy artyzmu, tego nie wiem. Na pewno jednak jakiejś niezależności. Kiedy więc dochodzi do spotkania maniery Globisza, języka Bernharda, który także podąża własnymi ścieżkami oraz tematu reżimu sztuki, aż chce się krzyknąć: bingo! W krakowskim Caribalidim odnaleźć można dokładnie to, czego nie zapisał expressis verbis autor, choć owo „coś” tworzy istotę pięknego tyrana. Nadmierne przeciąganie samogłosek, dośrubowywanie słów, powtarzanie utartych fraz aż do mdłości – wszystkie te elementy sprawiają, że postać przestaje być papierowym bytem. Staje się natomiast szalonym perfekcjonistą, który w imię sobie tylko znanego przesłania terroryzuje najbliższych. A to już brzmi znajomo.

Jako drugi przykład aktora dobranego z uwzględnieniem środowiska lokalnego można przywołać Wojciecha Leonowicza. Tutejszej publiczności znany jest głównie z Teatru Bagatela. I choć profil tego teatru – zwłaszcza za sprawą Sceny na Sarego – nabiera coraz bardziej wielobarwnego kolorytu, wciąż jednak kojarzy się z farsową rozrywką. Wyobraźmy więc sobie teraz tego, z którego śmieje się połowa miasta odwiedzająca Bagatelę, w ubielonej twarzy i mimice à la Pierrot. Przy czym nie mamy do czynienia z prostym przełożeniem, bo gra Żonglera. I tylko od czasu do czasu pozwala swojej postaci na melancholijne tony. Tym sposobem przecinają się dwa dramaty: Bernhardowskiego Żonglera marzącego o piękniejszym życiu i Leonowicza, artysty komediowego w roli smutnego komedianta.

Dyskusyjny pozostaje natomiast dla mnie wybór niepełnoletnich dziewcząt do roli Wnuczki (zamiennie występują Alicja Kowalczyk lub Angelika Śmiałek). Argumentem przemawiającym za jest możliwość ukazania ogromu tyranii Pana Caribaldiego, w imię sztuki znęcającego się z uporem maniaka nawet nad dzieckiem. Ale poza tym pojawia się kilka argumentów przeciw. Choćby to odbiegające od całości, realistyczne podejście do obsady. Aura cyrku, gdzie zmyślenie staje się zasadą nadrzędną, gdzie ubrany w sukienkę Pogromca zwierząt przy fortepianie konsumuje wódkę zagryzaną kiełbasą, zaczyna się rozmywać, gdy na salę wbiega mała dziewczynka… Może decyzja o włączeniu dziewcząt wynika z przekonania (na ogół słusznego), że nic tak nie porusza jak musztra niewinnego i z natury beztroskiego dziecka. To z kolei zakrawa już na lekki szantaż emocjonalny, rzecz – przynajmniej dla mnie – nie do zniesienia w teatrze. Niepotrzebnie wchodzi też na scenę „prawdziwe życie”. Możliwe, że obsadzenie w roli Wnuczki osoby dorosłej niosłoby za sobą pewne ograniczenia, ale ileż mocniej  wpisywałoby się w niepoprawność cyrkowego świata na opak.

Jednak i w mikrokosmosie cyrku zdarzają się chwile zupełnie normalne. Zwykle smutne. Caribaldi zostaje wówczas w otoczeniu doskonałych instrumentów zupełnie sam, bo chwilę wcześniej rozpędził w gniewie współpracowników. Spokojnie, wrócą. Na tym właśnie polega finezja i upiorność przywiązania ofiary do oprawcy.

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 94/2014

Krakowski Teatr Scena STU

Thomas Bernhard

Siła przyzwyczajenia

przekład: Monika Muskała

reżyseria: Remigiusz Brzyk
scenografia: Justyna Łagowska
obsada: Caribaldi – Krzysztof Globisz, Żongler –Wojciech Leonowicz, Pogromca – Michał Majnicz, Błazen – Krzysztof Pluskota, Wnuczka – Alicja Kowalczyk/Angelika Śmiałek

premiera: 1 grudnia 2013

fot. archiwum teatru

Agnieszka Dziedzic – rocznik 1987, studentka dramatologii – UJ, od 2008 roku związana Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”, gdzie publikowała swoje teksty i pełniła funkcję redaktora oddziału Kraków. Interesują ją „błędy” w sztuce – teatr, który nie chce być modny, architektura, która potrafi odstraszyć, literatura, która bredzi, choć czyni to z urokiem. A ostatnio także teatr lalek.