Panie Allen, gdzie Pan jest?

Jak przy obieraniu cebuli – ściąga się jedną warstwę, a wyłania się kolejna. I też chce się płakać… ze śmiechu. Tak najkrócej można scharakteryzować Boga, spektakl Teatru Miejskiego w Gdyni.

Woody Allen doskonale zabawił się w swojej sztuce: nadał jej kompozycję szkatułkową, zagmatwał wątki, pomieszał konwencje i wprowadził motyw teatru w teatrze. Gdy pomysł goni pomysł, a na scenie co chwila pojawia się kolejny aktor (do tej pory czający się w fotelu widza), publiczność nawet na moment nie znajduje wytchnienia.

Przewodnim wątkiem jest dzień z życia teatru. Andrzej, reżyser i autor tekstu (w tej roli Andrzej Redosz) w kostiumie Woody’ego Allena (sztruksy, koszula, marynarka z łatami na łokciach), nie jest w stanie dokończyć tekstu. To motyw spajający całość: problem podniesiony zostanie w finale, a ta sama scena – odtworzona kilkukrotnie (jak dzięki przyciskowi cofnij). Tymczasem na próbę zbierają się bohaterowie, aktor Bogdan (Bogdan Smagacki), inspicjentka i suflerka.

Na pierwszym planie grają aktorzy; obok stoi biurko z maszyną do pisania, a w tle znajdują się elementy niedokończonej scenografii do sztuki antycznej. Wydaje się, że rozgryźliśmy zamysł scenografa, ale później plany się zmieszają, a postaci zmienią położenie.

Na drugim planie znajdują się podium dla chóru i kolumny greckie. W tej scenerii rozegra się niedokończona sztuka w stylu antycznym, która jednocześnie jest pisana przez Andrzeja i przez Schizokratesa (oczywiście to także Andrzej Redosz). Widz przenosi się do starożytnej Grecji. Poznajemy los lękliwego niewolnika Kretynika (Bogdan Smagacki), który – gnany namiętnością do niewolnicy – decyduje się na odrobinę ryzyka i zanosi wiadomość do króla. Oczywiście konwencja szybko zostaje złamana – Parki to para hałaśliwych Amerykanów, a muzycznym tłem jest ograny motyw z Greka Zorby.

Autor wciąż nie ma zakończenia. W pisaniu przeszkadzają mu kolejne postaci, takie jak ekspansywny autor (Grzegorz Wolf) – który właśnie wymyślił publiczność zgromadzoną w Teatrze im. Wyspiańskiego, a teraz na naszych oczach przewiduje, co stanie się z poszczególnymi widzami po spektaklu, neguje istnienie innych postaci. Jeszcze lepszy jest aktor, który ma zostać spuszczony (w roli boga) na linie i chce najpierw omówić temat z BHP-owcem. Nie pomagają interwencje reżysera Grzegorza Kempinsky’ego… Wydaje się, że ostatecznym rozwiązaniem będzie deus ex machina. Niestety, maszyna nie wzbudza entuzjazmu, na dodatek ulega awarii. W efekcie każdemu z poziomów tej sztuki, również rzeczywistemu, brakuje zakończenia.

Któż z nas nie chciałby podejrzeć kulisów pracy w teatrze? Jak to jest być autorem sztuki? Kto nie zastanawiał się nad sensem egzystencji? Nie marzył o artystycznej nieśmiertelności? Wreszcie – czy nawet najpewniejsi nie pytali o Boga? Jest czy go nie ma? Gubią się odpowiedzi. Dla niektórych wątpliwości – które, jako dysputy lub monologi „za” i „przeciw”, są znakiem rozpoznawczym Woody’ego Allena – w ogóle nie ma rozwiązań.

Widz jednak daje się wciągnąć w ten teatr. Sztuka charakteryzuje się szybkim tempem, a role mają potencjał przede wszystkim komediowy. Poza tym reżyser przenosi akcję na Śląsk, który świetnie zna; jest w końcu etatowym reżyserem Teatru im. S. Wyspiańskiego. Mamy więc odwołania do restauracji Kryształowa i Złotego Osła, do tutejszych szkół, Teatru Śląskiego; słyszymy gwarę, wymienione zostają dzielnice Katowic; wreszcie Doris Levine pochodzi z Będzina, choć według oryginału jest amerykańską Żydówką. Ponadto zamiast Blanche (Tramwaj zwany pożądaniem) pojawia się Chochoł (Wesele). Sztuka z 1975 roku odnosi się do amerykańskiej popkultury – Kempinsky zdecydował się na zmiany, które będą czytelne dla polskiego widza, zwłaszcza dla widzów konkretnych inscenizacji (w Sosnowcu, Lublinie i Gdyni).

Nie widziałam amerykańskiego oryginału, ale mogę stwierdzić, że polska wersja nie ma charakterystycznego dla Allena intelektualnego tonu i finezyjnego dowcipu. Doris Levine z gdyńskiego przedstawienia na pewno nie jest typem kobiety Allena. Mężczyźni w jego dziełach nigdy nie są tak wulgarni, jak tutaj. Gdzieś ten Allen się zgubił… Nawet bohaterowie nie mogą się z nim skontaktować, choć pojawia się w ich rozmowach taka potrzeba.

Grzegorz Kempinsky niedawno (w październiku 2012 roku), w Teatrze Śląskim, wyreżyserował bardzo podobną sztukę. Kulisy teatru pokazuje Komedia teatralna Bendta Ahlforsa. Pojawiają się zbieżności: nadautor (bóg), pytanie o rolę dzieła, artysty, nawiązanie do lokalnego środowiska i klimatu, komediowe zabarwienie i teatr w teatrze. Czy zatem reżyser zaczął kroczyć własną autorską ścieżką, czy też znalazł tylko przepis na dobrą zabawę w teatrze?

Inga Niedzielska, Teatralia Śląsk
Internetowy Magazyn „Teatralia” nr 45/2013

Katowicki Karnawał Komedii 25.01–03.02.2013

Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni

Woody Allen

Bóg

reżyseria i scenografia: Grzegorz Kempinsky

kostiumy: Barbara Wołosiuk

światło: Maria Machowska

obsada: Andrzej Redosz, Bogdan Smagacki, Grzegorz Wolf, Monika Babicka, Agata Moszumańska, Dorota Lulka, Leon Krzycki, Maciej Wizner, Piotr Michalski, Mariusz Żarnecki, Elżbieta Mrozińska, Beata Buczek-Żarnecka, Szymon Sędrowski, Małgorzata Talarczyk, Maciej Sykała, Marta Kadłub, Rafał Kowal, Dariusz Szymaniak

premiera: 24 marca 2012

fot. Piotr Monasterski

Inga Niedzielska – kulturoznawca, organizatorka wydarzeń, dziennikarka.