Co Pana do mnie sprowadza? (Boska terapia)

Co Pana do mnie sprowadza? (Boska terapia)

Kilkanaście lat temu w odpowiedzi na polemikę toczącą się na łamach „Gazety Wyborczej” między Agnieszką Graff a Joanną Szczęsną (o pozycji kobiet w Solidarności i różnorakim rozumieniu pojęcia feminizmu) Maria Janion napisała artykuł Za wolność waszą i naszą. Podkreślała w nim, że po 1989 roku „uniwersalny podmiot człowieka”1 uformował się na męskich wzorcach, co przyczyniło się do intensyfikacji zawoalowanego patriarchatu polskiego. Dlaczego zawoalowanego? Przyjęte schematy nierzadko traktowane były bowiem jako naturalne, niepodlegające dyskusji i powszechnie akceptowane. I choć obecnie kalendarz obwieszcza rok 2018, można odnieść wrażenie, że mimo wzmożonej świadomości obywatelskiej niesprawiedliwa kategoryzacja płciowa jest nadal reprodukowana i co więcej – ma się całkiem nieźle. Niewątpliwie sporą rolę w podtrzymywaniu takiego punktu widzenia odgrywa również kultura masowa duplikująca twory o podłożu stereotypowym, czego doskonałym przykładem jest spektakl Boska Terapia w reżyserii Henryka Jacka Schoena.

Pierwsze, co rzuca się w oczy po zajęciu miejsca na widowni to scenografia imitująca pokój o ścianach skąpanych w musztardowej żółci. Barwa ta może nie posiadać żadnego znaczeniowego uzasadnienia, lecz jej intensywności nie da się tak łatwo zignorować. W centralnym miejscu pomieszczenia znajdują się kanapa, fotel oraz stolik z niezbędnym atrybutem psychoterapeuty – pudełkiem chusteczek. Wszędzie porozwieszane są rozmaite certyfikaty i dyplomy potwierdzające odbyte studia i kursy z zakresu psychologii, sugerujące bardzo dosłownie, że mamy do czynienia z profesjonalistką.

Spektakl rozpoczyna krótki wywód, w którym główna bohaterka, psychoterapeutka Ella (Ewelina Starejki), peroruje nad tym, że od dawna nie spadła ani jedna kropla deszczu i jeśli dalej tak pójdzie, to cena wody przewyższy cenę ropy naftowej. Słowa te kieruje w stronę swojego nastoletniego, autystycznego syna (Kosma Szyman). Dowiadujemy się również, że kobieta jest ateistką, ponieważ nie potrafi dopuścić do siebie myśli o istnieniu najjaśniejszego Pana, który nie dość że pozwolił na rozpowszechnianie się zła, to teraz jeszcze spokojnie przygląda się jego następstwom. Jej światopogląd ulegnie jednak zmianie za sprawą tajemniczego pacjenta (Michał Kościuk). Ów mężczyzna zdaje się mieć spore zaburzenia psychiczne, twierdzi między innymi, że jest Bogiem!

Początkowo Ella jest tym faktem przytłoczona i próbuje odmówić współpracy, argumentując, że jako psycholog dziecięcy nie ma odpowiednich narzędzi, by mu pomóc. Sprzeciw nie spotyka się z akceptacją. Wywołuje za to infantylny szantaż: „albo ty, albo nikt inny”. Żeby udowodnić swoje nieziemskie pochodzenie i wykluczyć obłęd, mężczyzna na chwilę unieruchamia Ellę i odbiera jej głos. Tutaj następuje zawiązanie akcji i przejście do tytułowej terapii.

Bóg wyznaje, że ludzie przypominają sobie o nim tylko wtedy, gdy dopada ich przysłowiowa trwoga, a to wywołuje w nim stany depresyjne i myśli samobójcze. Terapeutka próbuje ustalić więc motywacje, które kierowały chęcią stworzenia człowieka. Okazuje się, że po wykreowaniu idealnego (jak sam przyznaje) świata, Bóg zaczął odczuwać samotność i zapragnął przyjaciela. Z jego słów wynika jednak, że chodziło mu raczej o niewolnika, który byłby wierny, umiał słuchać i podlewać rośliny. Niestety niedane było Stwórcy ową przyjaźnią nacieszyć się za długo, ponieważ człowiek szybko zapragnął partnerki (koniecznie takiej z „fajnymi cyckami”). Konsekwencją spełnienia tego marzenia była swoista detronizacja Boga.

Kobieta znalazła się w centrum zainteresowania mężczyzny. Stała się bohaterką jego wierszy i obiektem wielkiego uczucia. Pana nie zadowalała rola drugoplanowa i dlatego nie kiwnął palcem, aby powstrzymać diabelskiego węża w realizacji jego planu kuszenia. Można odnieść wrażenie, że Stwórca przychyla się do wersji, w której odpowiedzialność za całe zło na świecie spoczywa na barkach kobiety. I choć nie pada to wprost, konkluzja jest jedna: owa złowroga niewiasta nieomal wepchnęła owoc z zatrutego drzewa naiwnemu partnerowi do gardła. Tak poprowadzona narracja jest dla mnie nie do zaakceptowania i nie potrafię znaleźć dla niej logicznego wytłumaczenia. Sztukę Anat Gov na kanwie, której zbudowany jest scenariusz, należałoby klasyfikować raczej jako dramat, aniżeli komedię, dlatego trudno tłumaczyć takie zabiegi chęcią wywołania śmiechu. Przeciwwagą do poglądów Boga mogłaby być terapeutka, ale jej rola niestety nie ewoluuje w tym kierunku i jest niewystarczająca do zneutralizowania mizoginistycznego wydźwięku całości.

W dalszej części przedstawienia dochodzi do znamiennej transgresji na skutek wykrzyczanych przez Ellę słów: „nie boje się ciebie, możesz mnie teraz zabić, nie boje się”. Bóg nie odbiera kobiecie życia, ale wcale nie dlatego, że rzeczywiście nie chce jej skrzywdzić, lecz z powodu utraty swoich mocy ponad dwa tysiące lat temu w wyniku spotkania z Hiobem – bohaterem Starego Testamentu, który pomimo tego, że stał się podmiotem okrutnego zakładu między Panem a diabłem, nigdy nie wyrzekł się swojej wiary. Uzasadnienie zaproponowane w tym momencie przez kobietę brzmi następująco: Stwórca sam pozbawił się swoich atrybutów, ponieważ podświadomie obawiał się, że ponownie wystawi ludzkość na cierpienie. Od tamtej chwili to człowiek odpowiada za wszelkie nieszczęścia.

Finał przedstawienia kończy klamra kompozycyjna – zaczyna padać upragniony deszcz. Ponadto syn bohaterki wypowiada swoje pierwsze słowo. A Bóg, który przez cały czas trwania akcji przypominał krnąbrne, rozkapryszone, szowinistyczne dziecko, ulega transformacji i staje się na powrót miłosierny.

Przytoczone wyżej fragmenty wydają się wystarczające, aby dostrzec, na jakich fundamentach ukształtowana jest fabuła. Rzetelna ocena aktorstwa wydaje się tutaj bardzo problematyczna. Artyści znajdujący się w przestrzeni scenicznej przekonująco imitują, co prawda sztandarowy, wachlarz podstawowych emocji (radość, smutek, złość, zaskoczenie, strach), wypowiadając przy tym wyuczone kwestie, ale trudno mówić o innowacyjnym odczytaniu postaci, bo też co można dodać do scenariusza wypełnionego piętrzącymi się banialukami.

Po wyjściu z teatru nie sposób odgonić się od myśli nakazujących sproblematyzowanie przesłania tegoż przedsięwzięcia. Czy jest nim próba zwrócenia uwagi na zjawisko depresji? Chęć wzbudzenia w odbiorcach uczucia empatii? A może utwierdzenie w przekonaniu, że „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”? Jeśli tak, to żadne z tych założeń nie przynosi wymiernego efektu, choć może to i lepiej, bo są one nad wyraz demagogiczne. Dodatkowo ten rodzaj opowieści uniemożliwia podjęcie jakiejkolwiek dyskusji z teorią patriarchalną, bo skoro Bóg w teatrze twierdzi, że wszystkiemu winna jest ona – to tutaj koło komunałów się zamyka.

Wiktoria Tabak, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 226/2018

Teatr Bagatela w Krakowie, Scena na Sarego 7

Anat Gov

Boska Terapia

tłumaczenie: Agnieszka Olek

reżyseria: Henryk Jacek Schoen

scenografia: Joanna Schoen

reżyseria świateł: Marek Oleniacz

asystent reżysera/ inspicjent/ sufler: Monika Handzlik

obsada: Ewelina Starejki (Ella), Michał Kościuk (Bóg), Kosma Szyman (Lior)

premiera: 17 grudnia 2016

fot. Piotr Kubic

Wiktoria Tabak – rocznik'96, studentka wiedzy o teatrze i zarządzania międzynarodowego.

1

 Maria Janion, Za wolność waszą i naszą, Gazeta Wyborcza, 1999, nr 153.