Odkrywanie miasta - wywiad z twórcami hiszpańskej grupy Kamchàtka

Odkrywanie miasta – wywiad z twórcami hiszpańskej grupy Kamchàtka

Inspiracją dla improwizacji w przestrzeni publicznej jest miasto odczytywane na każdym poziomie: przestrzennym, społecznym, przypadkowych zdarzeń. Ta proponowana przez hiszpańską grupę Kamchàtka forma nie tylko czerpie z życia miasta, ale i ożywia je, pozwalając spojrzeć na nie na nowo – z perspektywy przybysza. O metodach pracy w przestrzeni publicznej, badaniu i oswajaniu miasta oraz jego mieszkańców opowiadają artyści Kamchàtki: Prisca Villa, Gary Shochat, i Andrea Lorenzetti. Prowadzone przez nich warsztaty Migrar towarzyszyły odbywającemu się w Krakowie XXVI Międzynarodowemu Festiwalowi Teatrów Ulicznych „Ulica 26”.

Agnieszka Misiewicz: Kamchàtkę tworzą ludzie pochodzących z różnych krajów, z bardzo różnorodnym doświadczeniem artystycznym – co Was połączyło, jaka idea leżała u podstaw grupy?

Andrea Lorenzetti: Pomysł narodził się spontanicznie na warsztatach teatrów ulicznych zorganizowanych przez reżysera, Adriana Schvarzsteina. Spotkaliśmy się w 2006 roku w Barcelonie na festiwalu Escena Poblenou, a warsztaty i finałowa prezentacja spodobały się nam tak bardzo,  że zdecydowaliśmy się podążać tym tropem. Uznaliśmy, że warto kontynuować pracę i prowadzić dalsze badania takich zagadnień jak komunikacja społeczna, integracja, problem emigracji.

Działanie w przestrzeni publicznej, szczególnie improwizowane, niezaplanowane, niesie ze sobą spore ryzyko. Dwa lata temu podczas Festiwalu A PART ochrona wyrzuciła Was z Teatru Śląskiego, na pewno takich sytuacji pojawiło się w Waszej pracy więcej. Jak odczytujecie takie akty negacji, czy to istotna przeszkoda?

Prisca Villa: Rzeczywiście, to się zdarza, ale jest to dla nas bardzo interesujące. Naszym celem jest rzucanie światła dziennego na to, co wydarza się w naszej codzienności. Takie sytuacje też są częścią naszej rzeczywistości  i mówią o niej naprawdę dużo. Nawet jeśli takie odrzucenie jest utrudnieniem dla naszej pracy artystycznej, nie przejmujemy się, bo jest to bardzo istotny akt z punktu widzenia badacza miejskiej rzeczywistości.

No właśnie, Wasze działania są chyba bardziej obserwowaniem funkcjonowania miasta, jego badaniem, niż teatrem – w sensie odgrywania jakiegoś zaplanowanego scenariusza, popisu aktorskich umiejętności. Jakie ma to znaczenie w kontekście relacji z publicznością?

Andrea Lorenzetti: Ci, którzy nas obserwują, którzy uczestniczą  w naszych spektaklach, mogą ujrzeć miejsca, w których bywają codziennie,  w zupełnie nowym świetle. Jako przybysze z zewnątrz poniekąd narzucamy inną perspektywę, zauważamy i podziwiamy proste rzeczy.

Jakich narzędzi używacie, aby pokazać ludziom te miejsca na nowo, żeby nie tylko patrzyli, ale i widzieli?

Prisca Villa: Tak naprawdę, nie chcemy niczego na siłę pokazywać. Chcemy raczej dotykać tego, co w codziennym życiu nas denerwuje. Ludzie wciąż się spieszą, mijają się bez refleksji, świat szybko pędzi do przodu, nikt nie słucha, nie patrzy. W takim zabieganym miejskim życiu brakuje komunikacji i to problem, na który chcemy zwrócić uwagę, chcemy ją przywrócić.

Gary Shochat: Ludzie nie potrafią znaleźć czasu nawet na to, by spojrzeć sobie w oczy, brakuje bliskości drugiego człowieka. Stawiamy sobie za cel nie tyle pokazanie ludziom, że mogą na siebie patrzeć, mogą nawiązać kontakt wzrokowy, my po prostu patrzymy na nich. Nie mówimy: „hej, zobaczcie, dotykamy się, fajnie jest się podotykać, też spróbujcie”. Po prostu dotykamy ludzi, nawiązujemy kontakt.

I w ten sposób prowokujecie obserwatorów do tego samego.

Gary Shochat: Tak, to jest często konsekwencją naszych działań.  Ale zaczynamy od przywracania tej bliskości samym sobie. Chcemy zatrzymać się w tym biegu, popatrzeć na ludzi – bo przestali na siebie patrzeć, poprzytulać się – bo uciekają od kontaktu fizycznego. Chcemy sami poczuć jakieś emocje. Jeśli wywołujemy podobne emocje także u innych – to świetnie, cieszy nas to. Ale kiedy wychodzimy na ulicę, nie myślimy o tym, co chcemy sprowokować. Jesteśmy zadowoleni z każdej reakcji, jeśli ktoś obrzuci nas pomidorami – znakomicie, to też jakaś odpowiedź, przecież takie ingerowanie w sferę intymności ludzi może się nie podobać.

Prisca Villa: Dokładnie, źródłem tego, co robimy jest przede wszystkim nasza potrzeba odczuwania emocji, nasza chęć patrzenia na świat w inny sposób.

Mówicie o inspiracjach wynikających z odbioru miasta na społecznym poziomie, a w jaki sposób inspiruje Was jego przestrzeń w sensie fizycznym, jego topografia, architektura, elementy stałe i ruchome? Jesteście jednak grupą teatralną, macie wypracowane tworzące fabułę działania, które wpisują się w bardzo konkretną przestrzeń…

Gary Shochat: Kamchàtka nie jest prawdziwym miejscem, a jako przybysze  z tego wyimaginowanego miejsca stworzyliśmy własny język. Są w nim określone działania, które tworzą sylaby, słowa, zdania, język ten zawiera całe historie, które chcemy opowiedzieć. Używamy ciągle tych samych słów – jak w każdym innym języku. Jednak używając ich w innym miejscu i innym kontekście – nabierają każdorazowo innego znaczenia. To język współpracy, otwartości, emocji, szczerości. Wypływające z niego działania są oczywiście zależne od przestrzeni, ale to, że w spektaklach wchodzimy często w interakcje – na przykład z samochodami – nie znaczy, że zawsze szukamy samochodu, żeby opowiedzieć fragment naszej historii.

Nie szukacie więc odpowiednich elementów przestrzeni, tylko reagujecie na to, co zastane?

Gary Shochat: Tak, choć mamy też w głowach pewną wspólną historię, pewien szkic. Wiemy, czego szukamy, a jeśli tego nie znajdziemy – idziemy gdzie indziej, wsiadamy do jakiegoś samochodu lub autobusu i jedziemy dalej. Nasz język składa się więc z wielu działań w przestrzeni, mniejszych  i większych elementów. Są jak puzzle, które układają naszą historię w całość, ale w każdym miejscu wygląda ona nieco inaczej.

Prisca Villa: To jak canovaccio, szkicowy scenariusz w commedia dell’arte. Jesteśmy przybyszami z daleka, w nowym mieście chcemy znaleźć dom, pracę, przyjaciół, coś do jedzenia. Jeśli tego nie znajdziemy, musimy szukać dalej  w innym miejscu, a każdorazowo dochodzimy do tego innymi drogami. Choć powodzenie nie zależy zazwyczaj od takiej, a nie innej przestrzeni w sensie fizycznym, ale od nastawienia ludzi.

Ważnym elementem Waszego języka jest strój, który wyraźnie zaznacza Waszą odmienność – poprzez proste, ale eleganckie szare kostiumy, jakby z innej epoki, oraz istotny rekwizyt – stare walizki. Nie obawiacie się,  że zbyt silnie podkreślają one teatralność Waszych działań, zacierając walory eksperymentu socjologicznego, jaki prowadzicie?

Gary Shochat: To bardzo złożona sprawa. Prosta odpowiedź byłaby taka,  że chcemy być postrzegani jako grupa „odmieńców”. Chcemy zmierzyć się  z reakcją ludzi na odmienność, a najlepszym sposobem na to jest wyraźne podkreślenie: „nie jestem stąd, jestem inny”. Ale w gruncie rzeczy jest to znacznie bardziej skomplikowane. W zależności od miejsca, w którym występujemy, nasz strój może mieć różne znaczenie, szczególnie poza Europą – w Korei czy Brazylii. W Meksyku na przykład, elegancki zimowy płaszcz  u kobiet i krawat u mężczyzn oznaczają bogactwo.

Prisca Villa: Nie można także pominąć faktu, że nasz strój wywołuje skojarzenia z emigracją, jesteśmy tego świadomi i jest to zamierzone działanie. Badaliśmy problem emigracji, który przecież pojawiał się na przestrzeni wieków już od dawna, nasz strój ma więc zwrócić uwagę na ponadczasowość tego zjawiska. Hiszpanie mogą skojarzyć nas z okresem wojny domowej,  w innych krajach możemy być odbierani jako ludzie z czasów II wojny światowej, jeszcze gdzie indziej jako emigranci z lat 60–tych. Oczywiście używamy wizerunku emigranta w kontraście do obrazu współczesnych społeczeństw. Pozwala on spojrzeć z innej perspektywy na swoją własną kulturę, jest lustrem dla społeczności, którą odwiedzamy.

W czasie Waszych spektakli w emigrantów wciela się osiem osób, podczas gdy dziewiąta jest obserwatorem – jaka jest jego rola?

Andrea Lorenzetti: Nasza praca jest bardzo specyficzna, działamy  w niezwykle delikatnej materii, dlatego do rozwoju potrzebujemy spojrzenia  z zewnątrz. Taka osoba – każdorazowo, kto inny z grupy – staje się swego rodzaju reżyserem, Adrian Schvarzstein nie może być z nami podczas każdego spektaklu. Obserwator dostrzega wszystko to, co być może umyka uwadze znajdujących się w środku akcji, wskazując nam później punkty, które pomagają nam nieustannie rozwijać naszą pracę.

Prisca Villa: Nasze przedstawienia są improwizowane, konstruowane na bieżąco, dlatego potrzebujemy kogoś, kto powie potem „znaleźliście nowe słowa dla naszego języka, to jest piękne, możemy używać tego częściej”. To zapewnia także dużą dyscyplinę w zespole, wymusza aktywną obecność w ciągu spektaklu.

Andrea Lorenzetti: Przed każdym przedstawieniem, które twa około godziny, potrzebujemy trzech godzin na przygotowanie się, stworzenie swego rodzaju „planu pracy”. Po spektaklu potrzebujemy także czasu na jego analizę, w czym bardzo pomaga obserwator – bez tego nie bylibyśmy w stanie rozwijać się artystycznie.

O Waszych skrupulatnych przygotowaniach do każdego spektaklu opowiadał mi Marcin Herich, który zaprosił Was dwa lata temu  na Festiwal A PART. Byłam pod wrażeniem, bo naprawdę widać efekty tej pracy. Obserwując ćwiczenia proponowane przez Was w czasie warsztatów Migrar widzę, że inaczej po prostu się nie da – w tak delikatnej materii, jaką jest improwizacja paradoksalnie trzeba być perfekcyjnie przygotowanym…

Gary Shochat: Rzeczywiście, w czasie tych trzech godzin przed spektaklem używamy bardzo wielu elementów, które pojawiły się w czasie warsztatów. Nie traktujemy tego czasu jak próby, to przygotowanie „planu pracy”,  o którym mówił Andrea – przypomnienie sobie założeń, historii, z jaką przychodzimy do ludzi – to jedyna pewna rzecz, jaką mamy.

Andrea Lorenzetti: Nasza historia jest wspólną historią, musimy więc pamiętać, że jesteśmy jednym organizmem, współpracować ze sobą. Musimy także być otwarci na ludzi, na impulsy pochodzące od nich i z otoczenia. Głównie do tego sprowadzają się ćwiczenia przed spektaklem. Zawsze odwiedzamy wcześniej przestrzeń gry, poznajemy jej możliwości. Jeśli jednak założymy sobie, że – na przykład – wejdziemy w czasie przedstawienia do pięknego pałacu, który stoi w centrum miasta – nigdy tego robimy. Nie możemy nic  z góry zakładać, musimy czekać, co dane miejsce i konkretna sytuacja nam przyniosą.

Prisca Villa: Kiedy coś sobie założymy, bardzo często to nie wychodzi, zdarza się, że „tracimy” w ten sposób spektakl. Tkanka miasta jest niezwykle delikatna, nie pozwala niczego z góry zaplanować, może przynieść zarówno sukces, jak i porażkę.

Gary Shochat: Nawet dyscyplina i nasz wkład pracy niczego jeszcze nie zapewniają, nigdy nie mamy gwarancji powodzenia.

Praca w żywej materii, jaką jest miasto chyba zawsze jest ryzykowna?

Gary Shochat: Oczywiście, to kwestia energii miasta, ale także łączności między nami, a nawet lepszego lub gorszego dnia członków zespołu. Powodzenie spektaklu zależy od bardzo wielu czynników.

Kamchàtka nie jest zapewne waszym jedynym zajęciem – z jakich innych doświadczeń czerpiecie w Waszej pracy?

Gary Shochat: Niestety, nie bylibyśmy w stanie wyżyć tylko z działalności  w Kamchàtce, ale tak naprawdę po prostu potrzebujemy także innych form sztuki i pracy. Teraz może nie czujemy tego już tak bardzo – po tylu latach wspólnej pracy jesteśmy dla siebie jak rodzina – ale na początku to, że każdy z nas ma za sobą zupełnie inne doświadczenie artystyczne było dla nas niezwykle istotne. Rozpoczęliśmy współpracę jako interdyscyplinarny kolektyw –  na przykład Andrea jest lalkarzem, niejednokrotnie przenosi swoją pasję i znane mu praktyki na działania grupy. To wszystko, z czym weszliśmy do Kamchàtki, pozwala nam budować bogactwo jej specyficznego języka. Mamy w zespole aktorów, reżyserów, klaunów, bibliotekarza, inżynierów, gawędziarza, specjalistów od video, fotografa… Musimy realizować się także w innych dziedzinach, by grupa wciąż mogła się rozwijać.

Oprócz spektaklu Kamchàtka macie także inny projekt site-specific, Habitaculum – czy to kontynuacja Waszego pierwszego pomysłu?

Andrea Lorenzetti: W pierwszym spektaklu jesteśmy emigrantami, którzy przychodzą do miasta w poszukiwaniu lokum, w Habitaculum pokazujemy miejsce, w którym oni żyją. Organizator festiwalu zapewnia nam jakiś budynek, w którym budujemy nasz dom. To może być mieszkanie, opuszczona fabryka, klasztor, szkoła, piwnica… Przystosowujemy tę przestrzeń przez sześć dni, a potem przez kolejne trzy gramy cztery godziny pod rząd, zapraszając widzów do środka. Mogą być z nami, jak długo mają ochotę.

Gary Shochat: Spektakl ten ma podobny charakter, posługuje się tym samym językiem, ma wiele punktów wspólnych z Kamchàtką, ale w odbiorze jest zupełnie inny. W Habitaculum robimy jeszcze jeden krok do przodu, jest jeszcze bardziej interaktywny, bardziej intymny.

Prisca Villa: Każdy widz przeżywa tu swój własne widowisko, każdy doświadcza czegoś innego. Są ludzie, którzy tylko przychodzą i oglądają nas, ale są i tacy, którzy zatrzymują się na kilka godzin, wczuwając się w nasze życie. Każdy z widzów, który daje coś od siebie, otrzymuje znacznie więcej.  O ile w Kamchàtce działamy zespołowo, o tyle w Habitaculum każdy z nas pojawia się osobno, co wymaga znacznie większej otwartości na widza,  na przestrzeń, odrzucenia wszelkich uprzedzeń. Liczy się tu przede wszystkim szczerość.

Agnieszka Misiewicz, Teatralia Poznań
Internetowy Magazyn „Teatralia”, Dodatek do numeru 66/2013
Agnieszka Misiewicz – rocznik 1988, absolwentka specjalizacji dziennikarskiej na kierunku politologia, studentka reklamy i promocji oraz wiedzy o teatrze na UAM. Od 2008 roku publikuje na łamach „Teatraliów”; redaguje także gazety festiwalowe (Festiwalu A PART w Katowicach, Festiwalu Szekspirowskiego w Gdańsku, Festiwalu R@port w Gdyni).

fot. mat. teatru