Odczuwalne wyrzuty sumienia (Niewidzialny chłopiec)

Weronika Szczawińska wraz z zespołem Wrocławskiego Teatru Współczesnego sięgnęła po niepublikowany i niewystawiany dotąd dramat Tymoteusza Karpowicza.

Jest majętna, zadowolona rodzina. Wszystko powinno układać się, jak należy. Dzieci studiują, bo – jak uważa ich ojciec – nauka i dyplom są najważniejsze. Lepiej się nie wychylać, nie angażować w niepewne akcje, protesty, nie buntować się. Chodzi przecież o przyszłość i dobrą pracę. Jest rok 1968. Trudno się nie angażować i nie przeciwstawiać. A nie buntując się, nie czuć wyrzutów sumienia. Wyrzutów odczuwalnych tylko wewnętrznie albo też takich nie do wytrzymania. Wyrywających się, rozdzierających człowieka. Wyrzutów jak realna, ale niewidzialna istota. Niewinna i bezbronna. Smutna. Jak niewidzialny chłopiec.

Wydawało się, że spektakl mógłby być kolejnym ważnym punktem odniesienia w dyskusji i mierzeniu się Polaków z historią, kwestią żydowską, ze swoimi wadami, przywarami w bardzo szeroko pojętym sensie. Ta dyskusja i rozrachunek są bardzo potrzebne, ale niechętnie podejmowane nawet dziś. To dlatego tekst Karpowicza zdaje się tak aktualny. Zbyt wiele spraw i wyrzutów sumienia zamiatanych jest pod dywan, przyjmując w ten sposób postać niewidzialnego chłopca. Wystarczy poczytać więcej na temat wydarzeń Marca 1968, żeby zauważyć, że absurd w dyskursie publicznym, mimo upływu czasu, jest wciąż obecny. W sztuce Karpowicza i w spektaklu Szczawińskiej nie chodzi bynajmniej wyłącznie o wydarzenia historyczne, ale o kwestie etyczne. Pytania o rewolucje, granice wolności człowieka, relacje łączące ludzi są tu znacznie ważniejsze od konkretnych wydarzeń i określonego czasu historycznego.

Minimalistyczna, ascetyczna wręcz przestrzeń mieszkania zamożnej rodziny staje się miejscem akcji, miejscem wygłaszania monologów, wypowiedzi adresowanych do niewidzialnego chłopca, który niespodziewanie zjawił się na kolacji, zakłócając dobrą atmosferę. Zakłócił dobrą atmosferę, zakłócił spokój myśli. Kim jest niewidzialny chłopiec? Czy przybył naprawdę? A może powinien przybyć, ale nie miał takiej możliwości? Może to student żydowskiego pochodzenia zmuszony do wyjazdu? Niewidzialny, ale odczuwalny, jak wyrzuty sumienia. Nie wiadomo: dla każdego widza może być kimś innym, tak jak dla każdej postaci dramatu. Bohaterowie siedzą za stołem, wszyscy po jednej stronie – z drugiej siedzą widzowie. Oni nie zwracają się do widzów jako do publiczności, zewnętrznych odbiorców, ale jako do współbohaterów i uczestników spektaklu. Kierują swoje słowa do konkretnych osób na widowni, łapiąc kontakt wzrokowy, co sprawia na widzach mocne, poruszające wrażenie. Wszyscy na kolacji ubrani w eleganckie czerwone kostiumy (scenografia i kostiumy Natalia Mleczak) starają się, ze sztucznymi uśmiechami, pozować do wspólnych fotografii, żeby – jak to z rodziną – dobrze wyjść na zdjęciu. Każdy opowiada o sobie, wyznaje swoje wewnętrzne bolączki, potok myśli przeradza się w potok słów. W samej konfrontacji z niewidzialnym chłopcem nie wypadają jednak najlepiej.

Ciekawe są efekty dźwiękowe (muzyka Krzysztofa Kaliskiego) zastosowane w spektaklu. Aktorzy zacinają się jak gramofonowe płyty, opowiadając swoje historie, wydają z siebie nieartykułowane dźwięki. Dziadek (Zdzisław Kuźniar) świetnie śpiewa. Doktor (Krzysztof Boczkowski) pociera włączonym mikrofonem o garnitur, przykłada go do krtani. Interesujące, ale jest tego zbyt wiele i zagłusza odbiór samego tekstu. Opowieść i sens gubi się w nadmiernych efektach. Widz bardziej skupia się na tym, w jaki sposób mówią bohaterowie, a nie, co mówią. Samego słowa, samego tekstu na scenie również jest zdecydowanie zbyt dużo – przytłacza, czasem nawet nuży, a jednocześnie wymyka się i ucieka. Niewidzialny chłopiec staje się momentami niestety naprawdę niewidzialny.

Scenografia z jednej strony wydaje się zbyt prosta i minimalistyczna – przez co nieciekawa – z drugiej jednak nadaje spektaklowi atmosferę tajemniczości. Przypomina malarstwo Edwarda Hoppera – obrazy, w których czuć pełne niepokoju napięcie oczekiwania na przybycie kogoś, wyłonienie się z ciemności niewidocznej postaci. Niestety, tego efektu jest z kolei zbyt mało. Potencjał nie został wykorzystany w pełni.

Zdecydowanie najjaśniejszym punktem przedstawienia jest Zdzisław Kuźniar. Stworzona przez niego kreacja jest mistrzowska. Kuźniar wciela się w postać Dziadka, który za wszelką cenę stara się złapać jeszcze przyjemności życia – nie ma czasu, żeby wybierać – trzeba brać, korzystać, ale mimo wszystko próbuje podtrzymywać stereotyp – jak przystało na osobę w podeszłym wieku – silnego przywiązania do religii, więc wypowiedzi o alkoholu i ciastach przeplata fragmentami litanii, często zaskakująco pasującymi do sytuacji. To postać najzabawniejsza, jednocześnie bardzo wzruszająca i pełna uroku.

Bardzo intryguje służąca Agata (Jolanta Solarz). Jako jedyna ubrana jest na żółto, wyobcowana z towarzystwa, zawsze znajduje się w cieniu, w tle. Cały czas milczy. W przeciwieństwie do pozostałych, którzy wyrzucają z siebie lawinę wyrazów i zdań, Agata nie wypowie ani jednego słowa. Jest swego rodzaju odbiciem niewidzialnego chłopca. Odegra to też niebagatelną rolę w zakończeniu. Zakończeniu niezwykłym: prostym i oczywistym, a jednocześnie bardzo niejednoznacznym. Ale tego nie zdradzę – trzeba się wybrać samemu. I samemu poczuć ten chłodny dreszcz.

Karolina Przystupa, Teatralia Wrocław
Internetowy magazyn Teatralia, nr 131/2015 

Wrocławski Teatr Współczesny

Tymoteusz Karpowicz

Niewidzialny chłopiec 

reżyseria i adaptacja tekstu: Weronika Szczawińska
muzyka: Krzysztof Kaliski
scenografia i kostiumy: Natalia Mleczak
asystent reżyserki: Krzysztof Boczkowski
inspicjentka, suflerka: Katarzyna Krajewit

obsada:
Ojciec – Jerzy Senator
Matka – Ewelina Paszke-Lowitzsch
Dziadek – Zdzisław Kuźniar
Syn – Konrad Wosik [gościnnie]
Córka – Anna Kieca
Doktor – Krzysztof Boczkowski
Służąca – Jolanta Solarz
oraz Krzysztof Kaliski

prapremiera: 14 lutego 2015

fot. materiały prasowe