#nuda #bezduszność #stalker

Łatwo się domyślić, co się wydarzy, gdy wypuścimy pięć osób – nawet obdarzonych „specyficzną wrażliwością” – w miasto. Jako mieszkańcy Krakowa codziennie stykamy się z tym samym obszarem i tymi samymi ludźmi, co uczestnicy projektu. Na polu najbardziej powierzchownego kontaktu z przestrzenią spostrzeżenia bohaterów nie zaskakują, ale raczej potwierdzają wstępne przypuszczenia.

Ciekawie robi się dopiero przy zetknięciu z indywidualnymi historiami stalkowanych osób, ponieważ te wychodzą poza doświadczenie kolektywne. Interesujące w tym kontekście jest to, że aby uzyskać jakieś konkretne wiadomości, śledzący prawie zawsze musi się ujawnić i przyjąć bardziej reporterską formułę działania. Dopiero rozmowa z podglądaną/ym i/lub jego znajomymi przynosi więcej szczegółów z życia obcych nam osób. Bez tego stalkerzy skazani są na wymyślanie fantastycznych biografii i ocenianie prawie wyłącznie po wyglądzie. Powracają więc do starej dobrej zasady avant la lettre, czyli podglądania sąsiadów. Mówi się zresztą, że zainteresowanie gwiazdami kina (początki stalkingu) wynikło z pogłębiającej się alienacji mieszkańców wielkich miast i rozluźnienia więzi, m.in. sąsiedzkich. Ludzie, którzy nie wychowali się w danej okolicy, a zatem nie mogli plotkować o jej mieszkańcach, przerzucili się na celebrytów. #stalker porusza się więc jakby wstecz, po nitce do kłębka, wychodząc od zjawiska społecznego w kierunku ponownego zawiązania znajomości i uzyskania jakichkolwiek informacji o czyimś życiu.

Nie należy jednak zapominać, że zajmujemy się nie tylko fenomenem społecznym, lecz także działaniem karanym prawnie, sytuującym się na granicy legalności, a daleko za granicą moralności, przynajmniej w moim odczuciu. Ten aspekt prawie w ogóle nie pojawia się w przedstawieniu i przemyśleniach bohaterek/ów. Jedna z nich, Kelly Black (Grzegorz Stępniak), mówi tylko, że czuje się paskudnie, śledząc niewidomych (poczucie niesmaku wynikało jednak wyłącznie z niepełnosprawności obiektów śledzenia). Poza tym ŻADEN z uczestników nie zastanawia się, jakie są moralne (i nie tylko) reperkusje uprawiania stalkingu. W podsumowaniu projektu jedna z postaci/aktorek Deva Żu (Jaśmina Polak) wręcz zachęca do śledzenia i straszenia innych, nazywając to „superdoświadczeniem, jakie każdy powinien przeżyć”. Jednocześnie przedstawia nam nagrania i SMS-y swojej ofiary, niemającej pojęcia, że stały się one częścią spektaklu. Według słów postaci/aktorki: „ten facet naprawdę się boi”. Nie sądzę, żeby wspomniany element został sfabrykowany. Pomysłodawcy inicjatywy zarzekają się, że wszystko jest w stu procentach autentyczne. Uważam, że w ramach przedsięwzięcia artystycznego nie można dopuścić do krzywdzenia realnych ludzi oraz wywlekania tego wszystkiego na scenę. Wynik tej lekko pretensjonalnie nazwanej „interdyscyplinarnej akcji miejskiej” przywodzi na myśl typowy przykład jednotorowego, obsesyjnego sposobu patrzenia stalkera: analizujemy nasze ofiary (lub ofiarę, bo w tej kategorii można traktować całe miasto jako pole działania) do znudzenia, ale zupełnie zapominamy o przyjrzeniu się samym sobie. Brak jakiejkolwiek autoanalizy i odniesienia się do problematycznych aspektów projektu czyni go jeszcze bardziej moralnie ambiwalentnym.

Myśląc o formie, twórcy stanęli przed problemem przedstawienia w sposób teatralny lub parateatralny czegoś, co nie dzieje się bezpośrednio na scenie i właściwie nie może być na niej odgrywane. Wybrali nowe technologie (najlepszych przyjaciół podglądacza) oraz pozwolili postaciom/aktorom swobodnie snuć wyznania i opowieści. Oczywiście głosu udzielono jedynie stalkerom – stalkowani są nagrani i odtwarzani, ale wybrane fragmenty w żaden sposób nie komentują akcji ani jej założeń. Widzowie też mają zamienić się w szpiegujących, więc zaopatrzono ich w tablety. Wszyscy się cieszą, jest tak nowocześnie, tylko niestety nie można sprawdzić maila ani wejść na Facebooka, kiedy nuda na przedstawieniu. Nowa era teatru, interaktywność, symultaniczność, science-fiction. Tak naprawdę wszystkie materiały z urządzenia można było spokojnie pokazać na ekranach (zresztą część się na nich pojawia, choć bliżej nie wiadomo, dlaczego nie wszystkie). Ale co tam. Stać nas.

Projektowi w ogóle brakuje pewnego rygoru formalnego. Ma na tyle luźną i rozmytą strukturę, że nie bardzo wiadomo, o co właściwie chodzi. W improwizowane monologi wkrada się gadulstwo, a samo śledzenie okazuje się o wiele mniej ekscytujące, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Spektakl oprócz moralnej dwuznaczności charakteryzuje momentami po prostu nuda stalkera, łażącego godzinami po ulicach i wystającego na klatce schodowej  swojej ofiary.

Aleksandra Spilkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 73/2013

38. Krakowskie Reminiscencje Teatralne (16–20 października 2013)

#stalker

koncepcja i realizacja: Aśka Grochulska, Tomasz Węgorzewski

organizacja produkcji: Magdalena Kownacka

stalkerzy: Bartosz Żurowski (Janusz Formularz), Dominika Biernat (April May), Jaśmina Polak (Deva Żu), Janek Sobolewski (Felix Morgendorffer), Zygmunt Józefczak (Sigmund Eriksson), Grzegorz Stępniak (Kelly Black)

kostiumy i scenografia: Dorota Nawrot

dźwięk i muzyka: Konrad Gęca

fotografie: Irena Kalicka

realizacja materiałów filmowych: Arek Biedrzycki

zdjęcia do filmów: Cezary Stolecki

kostiumy do trailera: Joanna Hawrot

dźwięk, making of: Filip Bojarski

asystentka producenta: Stefania Jabłońska

premiera: 17 października 2013

fot. Michał Ramus

 Aleksandra Spilkowska – rocznik 1992, studentka wiedzy o teatrze, gdańszczanka mieszkająca w Krakowie.