Nieznośny ciężar bytu (Bez wyjścia)

Nieznośny ciężar bytu (Bez wyjścia)

Gdzieś w tym wszystkim, w tej próbie grania na wysokich tonach, uleciała geneza dramatu.Pewien młody i zdolny poeta zapytany, czy zdarza mu się pozostawić książkę niedoczytaną, odparł, że owszem. Jako argumentu użył porównania relacji czytelnik-lektura do związku między dwojgiem ludzi. Czyli jeśli ktoś nie szanuje mnie, mojego poziomu intelektualnego, czasu, zanudza, nie ekscytuje – mogę bez wyrzutów sumienia go porzucić (w tym wypadku ją, czyli książkę)? Ta wypowiedź przypomniała mi się tuż po wyjściu ze spektaklu Bez wyjścia. Pomyślałam, jakby to było, gdyby w ten sam sposób potraktować teatr? Czy ucieczka ze spektaklu przed końcem byłaby korzystniejsza niż rozczarowanie? Czy widzowie nie wychodzą ze spektakli z obawy przed buńczucznym odebraniem ich zachowania, posądzeniem o impertynencję? Ale dlaczego się męczyć? Dlaczego zmuszać powieki do nieopadania? Ja tym razem nie wyszłam ze względu na moją piekielną uniżoność w stosunku do autora tekstu, ale też z ciekawości, czy nadejdzie wolta.

Bardziej niż moja pokora w stosunku do dzieł Sartre’a piekielną winna być atmosfera między trójką nieznajomych trafiających do czyśćca, czy może pokoju hotelowego. Nóż potrzebny nie będzie, ciąć nie było co. Fabuła tego kultowego dramatu jest o tyle prosta, o ile nie chce się ujrzeć w niej kompendium filozofii egzystencjalnej. Trójka ludzi mocno nagrzeszyła za życia i musi teraz co nieco odpokutować. Nie wiadomo, gdzie się znajdują, jedyne co wiadomo, to że drzwi są zamknięte (tekst zazwyczaj tłumaczony jako „Przy drzwiach zamkniętych”). Nikt stąd nie wyjdzie, dopóki nie zrobi rachunku sumienia: przed sobą i pozostałymi towarzyszami tej dantejskiej wyprawy w głąb przeszłości.

Ale od początku. Lokaj (Michał Podsiadło) z sarkastycznym uśmiechem na twarzy wprowadza do minimalistycznie urządzonego pokoju mężczyznę. Jest to Józef Garcin (Piotr Grabowski) – intelektualista par excellance, choć ma w sobie coś z narwanej zwierzyny. Za moment na arenę tortur wkracza Inez Serrano (Agnieszka Wosińska). Ta enigmatyczna kobieta, ubrana tylko w czarny płaszcz i halkę, przykuwa uwagę grymasem pogardy. Gdy akcja zacznie się rozwijać, dowiemy się, skąd to zgorzknienie, skąd ten pokraczny chód, jakby każdy krok sprawiał jej ból. Ta dwójka nie zna się, ale podskórnie przeczuwa, co może ich łączyć. Oczywiście żadne nie przyzna się przed drugim. Voilà, lokaj-zjawa wprowadza niebieskiego ptaka tego spektaklu Stellę Rigault. Muśliny, diamenty, futra – to jej świat. Nerwowe potwierdzanie swego istnienia w podręcznym lusterku, niepewność maskowana urodą – totalne przeciwieństwo Inez. I bodaj taki jest główny zamysł Barbary Sass, wygranie postaci na zasadzie kontrastu.

Zróżnicowanie osobowości jest bardzo fasadowe. Nie udaje się zachować prawdy wewnętrznej bohaterów. Garcin jest niekonsekwentnie raz wycofany, potem zbyt pobudzony i znów obojętny przez długi czas. Niezbyt wiele ma w sobie z pierwowzoru. Zjadliwa Inez najbardziej pozostaje w pamięci, choć zbyt mocno łaknie uwagi Stelli. Wątek erotyczny między kobietami jest subtelnie zarysowany, choć momentami obruszenie Stelli przybiera postać komiczną, ale może ta bohatera taka musi być. Rozchwiana wewnętrznie, infantylna i próżna, najdłużej utrzymuje swoją tajemnicę.

Gdzieś w tym wszystkim, w tej próbie grania na wysokich tonach uleciała geneza dramatu. Nie ma tu żadnego nieznośnego ciężaru bytu. Tym razem zawiodła fizyka – spektaklowi brakuje odpowiedniej gęstości, która powinna spłynąć na widownię i porazić ją choć na chwilę. To ateistyczne auto-da-fe Sartre’a jest przecież przerażającym peanem na cześć demistyfikacji iluzji. W Bez wyjścia Barbary Sass jesteśmy cały czas w punkcie zero. Nie ma przepływu energii między bohaterami, wynikającego z konfrontacji diametralnie innych osobowości. Niezbyt wybrzmiała próba eskalacji grzechów poszczególnych bohaterów. Dzieciobójczyni, dezerter i intrygantka prezentują trzy zupełnie inne postawy etyczne, które nie mają przełożenia w kreacjach aktorów. Trzy inne, ale uniwersalne postawy.

Niejednoznaczna scenografia (Paweł Dobrzycki), składająca się z trzech kanap, falujących ścian oraz wielkich drzwi bez klamki, pozwala rozwinąć wyobraźnię. Nie przeszkadza, a jest dobrym tłem, jest transparentna dla konfliktu, który powinien się rozegrać. Plusem, choć w tym przypadku marginalnym, jest muzyka (Michał Lorenc) albo jej brak, bo są to jedynie zapętlające się motywy dźwiękowe pojawiające się co i raz. Wizualnie więc nic nie powinno zmącić odbioru tej egzystencjalnej sztuki. W Bez wyjścia egzystencja nie wyprzedziła esencji, albo być może ja tego nie zauważyłam, i wychodząc ze spektaklu westchnęłam tylko za Garcinem „A więc to tak…”.

Karolina Szczypek, Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 118/2014

Teatr Dramatyczny w Warszawie

Bez wyjścia
reżyseria: Barbara Sass
przekład: Antoni Libera
scenografia i kostiumy: Paweł Dobrzycki
muzyka: Michał Lorenc
reżyser światła: Wiesław Zdort
obsada: Piotr Grabowski, Agnieszka Wosińska, Agnieszka Warchulska, Michał Podsiadło

premiera: 26 września 2014

fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska