O nieudanym uwodzeniu (Follow me)

O nieudanym uwodzeniu (Follow me)

Po obejrzeniu Follow me i odgrzebaniu w pamięci Samotności pól bawełnianych można odnieść wrażenie, że Radek Rychcik wciąż pracuje nad jednym spektaklem, żeby jak najdokładniej opowiedzieć o niemal erotycznej relacji uwodzenia między pytanym i tym, kto zadaje pytania. Między klientem a dealerem. Ofiarą a katem. Z tym że teraz reżyser zaledwie odgrzewa coś, co kilka lat temu przygotował po mistrzowsku.

Choć na scenie obecne są dwie osoby, Krzysztof Zarzecki i Ada Grudziński, to Follow me przez większość czasu przypomina raczej monodram Zarzeckiego. Wciela się on w pułkownika Józefa Schillera, funkcjonariusza małopolskiej bezpieki słynącego z wyjątkowo inwazyjnych emocjonalnie metod pracy, zwłaszcza wobec swoich współpracowników. Schiller jest sparaliżowany, porusza się na wózku, więc cała jego aktywność sprowadza się do mówienia. A raczej maniackiego zagadywania otaczającego go świata po to tylko, by zwrócić na siebie uwagę i wreszcie poczuć coś autentycznego. Przedstawia się jako uwodziciel i rzeczywiście – sposób, w jaki zwraca się do tańczącej zmysłowo przez cały spektakl aktorki, bynajmniej nie kojarzy się z pytaniami, jakie możemy usłyszeć od policjanta spisującego protokół. Ada Grudziński gra samą siebie, czyli francuską żydówkę polskiego pochodzenia. A także córkę polskiego opozycjonisty, który wybrał Francję jako azyl przed stanem wojennym. Ale w toku akcji nie ma to większego znaczenia.

Pomysł, by sięgnąć do archiwum IPN-u i na podstawie dostępnych dokumentów stworzyć scenariusz, a następnie powołać niezależny byt teatralny, przykuwa uwagę. Gorzej z realizacją. Po drodze założenia rozmywają się, bledną, by finalnie ledwo-ledwo łączyć się z tym, co zobaczyliśmy na scenie. Niezrozumiały staje się powód, dla którego bohater musi być prawdziwą osobą, skoro autorom scenariusza nie zależy na pogłębionej analizie przypadku Schillera czy dotarciu do jakiejś (mitycznej) prawdy. „Wiedzieliśmy od początku, że bardziej będzie nas interesowało oddanie atmosfery niż opowiedzenie konkretnej historii” –  oświadczył Tomasz Kireńczuk w wywiadzie przeprowadzonym dla Dziennika Polskiego.

Argument „oddania atmosfery” też nie działa. Opowieści o cytrusach dostępnych, oczywiście w bardzo ograniczonych ilościach, tylko przed świętami czy o upragnionej gumie balonowej mają przemówić do widza tak, by na własnej skórze odczuł aurę minionego sytemu. Ale do przywołania takich wspomnień nie są przecież potrzebne wycieczki do archiwum! Poza tym w potoku słów wypowiadanych przez Zarzeckiego i Schillera cytrusy i guma balonowa zacierają się szybko i ewoluują w hasła. Może nawet nie puste, ale pozbawione mocy oddziaływania na wyobraźnię.

Sekwencje wideo wyświetlane za plecami aktorów również nie wychodzą poza funkcję wizualnego sloganu. Racja, dorosły Polak ma gdzieś tam w tyle głowy zakodowany kadr z twarzą generała Jaruzelskiego, ogłaszającego wprowadzenie stanu wojennego. Podobnie jak scenę przedstawiającą wybór Karola Wojtyły na papieża. To bardzo nośne obrazy, co nie znaczy, że same się skomentują czy dopiszą sobie nowy kontekst w momencie pojawienia się na scenie.

Przy całej tej nieudanej próbie uwodzenia widza jednego nie można spektaklowi odmówić – zaangażowania występujących, zwłaszcza Krzysztofa Zarzyckiego. Aktor jest niezwykle skoncentrowany, z wczuciem sięga po najbardziej ekspresyjne środki wyrazu, by chwilę później wycofać się, ściszyć głos.

Dopiero pod koniec tańczące ciało Ady Grudziński zabiera przysługujący mu demokratycznie głos. „Widzisz, oprócz tańczenia na rurze potrafię też mówić. Wkurwia cię to, co?” – tancerka rzuca wściekle w stronę widowni. I problem w tym, że mogę tylko przecząco pokręcić głową.

Więcej nawet – nie rozumiem zupełnie, po co wyważać otwarte drzwi. W napisach poprzedzających spektakl Ada Grudziński została przedstawiona jako artystka. Bez dookreślenia. Jeżeli striptiz to forma jej artyzmu, więc także niezależnego wyboru, to skąd ta frustracja? I święte oburzenie, że w oku oglądającego zostaje sprowadzona do uprzedmiotowionego ciała. Na banał zakrawa też opowiedziana przez nią historia o potrąconym jeleniu i utylizacji jego ciała, za którą dobrowolnie zapłaciła niemałą kwotę, choć nie przyczyniła się w żadnym stopniu do wypadku. Pozostaje mieć nadzieję, że nie jest to umoralniająca puenta o empatycznej striptizerce. Problem w tym, że innej puenty nie widać.

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 73/2013

38. Krakowskie Reminiscencje Teatralne (16–20 października 2013)

Teatr Nowy w Krakowie

Follow me

tekst: Tomasz Kireńczuk i Radek Rychcik
reżyseria: Radek Rychcik
muzyka: Michał Lis i Piotr Lis
scenografia: Anna Maria Karczmarska
obsada: Krzysztof Zarzecki i Ada Grudziński
reżyseria światła i dźwięku: Marek Kutnik

produkcja: Teatr Nowy w Krakowie, koprodukcja: Międzynarodowy Festiwal Teatralny Divadelna Nitra, spektakl powstał w ramach projektu Pararell Lives Project, finansowanego ze środków UE
premiera: 14 września 2013

 Agnieszka Dziedzic – rocznik 1987, studentka dramatologii  UJ, od 2008 roku związana Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”, gdzie publikowała swoje teksty i pełniła funkcję redaktora oddziału Kraków. Interesują ją „błędy” w sztuce – teatr, który nie chce być modny, architektura, która potrafi odstraszyć, literatura, która bredzi, choć czyni to z urokiem. A ostatnio także teatr lalek.