„Nieświęty” nie znaczy „sprofanowany” (Msza)

„Nieświęty” nie znaczy „sprofanowany” (Msza)

Jeśli chrześcijańskie piekło podobne jest temu, o jakim pisał Dante, Artur Żmijewski i Igor Stokfiszewski zapewne winni trafić do jego dolnych kręgów. Pójdą tam, gdzie od wieków smażą się Dionizos, Epikur i Judasz, a całkiem prawdopodobne, że i Kantor, i Grotowski (za trupów profanacje, za nie-niepokalanie poczętych bohaterów niezłomnych, za rytuały pseudo-liturgiczne). To ich skomlenie budzi w nocy wszystkich tych, co ośmielili się kamieniem w krzyż rzucić. Ani ten, który drogę krzyżową myli z maratonem, ani ten, któremu roi się, że wpierw całun, a później napletek Pana Jezusa odnalazł, nie będą spać spokojnie, dopóki piach ich nie przysypie.

Jako że Żmijewski i Stokfiszewski pierwszą Mszę w przestrzeni nie-świętej odprawili już w roku Pańskim 2011 (gdzie jest krzyż? – w teatrze!), muszą wiedzieć, co to znaczy niespokojny sen, i jak straszliwie zawodzą duchy potępionych profanatorów. Nie zrobili rachunku sumienia, nie żałują za grzechy, o mocnym postanowieniu poprawy nie wspomnę. Nie zaszyli na zawsze swych nieprawych ust. Przypominają mi o jednej z bohaterek Lubiewa. O tej, co Dziady cytowała, a później za nią wołali „z narodowego dzieła bluźni, szmata!”. Porównanie z kosmosu, powie ktoś. Przemieni się ono jednak w porównanie z ziemi (tej ziemi), gdy pomyśli się o absurdzie wytoczonego starej ciocie zarzutu. Absurd zaś odkryje ten, kto zada sobie trud otwarcia kart Wikipedii i w ogromie mądrości odnajdzie zagubioną definicję bluźnierstwa. Dla tych, którzy liczą pioruny na Giewoncie, jakby mierzyli skalę gniewu Boga Ojca, a w miłowaniu tegoż zatracili się tak bardzo, że zapomnieli o miłowaniu Innego, słowo „szmata” nada się tak dla homoseksualisty, jak dla artysty, któremu nieobce są różnice między sztuką a religią. Gdy nadejdzie dzień sądu równi będą ci w ramach działań scenicznych na Golgocie kopulujący i ci dzwonkami liturgicznymi pobrzękujący poza murami świątyń. Wszystko bowiem, co niepobłogosławione, będzie potępione.

Czym zawinili twórcy Mszy? Dlaczego jeden Żmijewski może rozdawać komunię, a drugi nie? Kto zezwolił na pokazywanie liturgii w telewizji, a przed czynieniem tego samego w teatrze przestrzegał? Tylko na pierwsze z postawionych pytań można udzielić jako tako racjonalnej odpowiedzi. Otóż nieprawdą jest, że artyści w Starym Teatrze odtworzyli mszę na zasadzie 1:1. Idealnie zachowali bowiem jedynie kształt formalny, pozwalając sobie na pęknięcia w warstwie, by tak rzec, narracyjnej. Nie chodzi tu jednak o próby o przekształcenia Dobrej Nowiny w Ewangelię dla lewaków (tandem ma duży szacunek dla opowieści, która nie rozleciała się przez ponad dwa tysiące lat), lecz o kazanie napisane ku pokrzepieniu lewackich serc. Mamy w nim do czynienia z sarkazmem doskonałym. Ksiądz jako natchniony orator nieświadomie, acz rozkosznie, obnaża własną hipokryzję. Prowadzi narrację niejako dwubiegunową – samodzielnie ośmiesza wszelkie wielkie prawdy (nie)objawione. „Wszyscy jesteśmy równi, nie potrzeba nam więcej równości” – oto zdanie-przedsmak złożonej tyrady o szkodliwości in-vitro, piekielnymi nićmi szytej ideologii gender oraz innych grzechach humanizmu i demokracji. Nutki szyderstwa pojawiają się jeszcze przy wznoszeniu modlitw dedykowanych oraz w trakcie ogłoszeń parafialnych. Przy czym złośliwości zawsze celowane są w postępujące szaleństwo fanatyków oraz w pęczniejącą głupotę instytucji kościoła, nie w samą religię. Dlatego jeśli już zarzucać Żmijewskiemu i Stokfiszewskiemu brukanie świętości, trzeba przyjąć, że mówi się o świętości wynaturzonej i karykaturalnej. Innych profanacji nie było.

Problemem Mszy może być jej niemrawość. Obsada co prawda to aktorzy prawdziwie wybrani – zniewalający w trwaniu w graniczącym z ekstazą uniesieniu Jan Peszek i niemniej zapatrzony w światłość Bogdan Brzyski, a przy nich rumiany organista, nieśmiały chór prawie-anielski i pięknie pochylający się kościelni, jednak nie są oni w stanie wybawić zgromadzonych od liturgicznej nudy. Zawiedli się ci, co oczekiwali skandalu. Nijak nie dało się krzyknąć „hańba!”, ale i próżno było czekać na możliwość zademonstrowania solidarności lewaków. Zdaje się, że Msza najbardziej przypadła do gustu najmądrzejszym – tym, którym bliska jest zasada złotego środka.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia” 110/2014

Krakowskie Reminiscencje Teatralne

Artur Żmijewski, Igor Stokfiszewski

Msza

fot. Michal Ramus

Alicja Müller − rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.