„Nie ma już narodów. Nie ma już widzów.”

„Nie ma już narodów. Nie ma już widzów.”

Paradoks teatru polega na tym, że chociaż posiada on funkcje, których oczekujemy od telewizji, kina 3D, gier komputerowych, bywamy w nim rzadziej. Interakcja, ruch, przenikanie, dialog z widownią, zaspokojenie ciekawości – właśnie to oferuje nam scena. Odpowiada na pierwotne, dziecięce wyobrażenie o miniaturowych postaciach ukrytych w radioodbiornikach i telewizorach. Kiedy kineskop zastępuje kurtyna nadarza się okazja, żeby tej fantazji dać się ponieść, rozwinąć. Do zauważenia tego potrzebne są festiwale, które szerszej grupie udowodnią, że Melpomena jest muzą nie tylko teatru w jego klasycznym rozumieniu, ale także eksperymentu, performance, wspólnoty.

Ta ostatnia była tematem przewodnim kolejnego WEEKENDU 100°, w ramach którego Ośrodek Teatralny KANA zaprasza do Szczecina przedstawicieli scen niemieckich. W styczniu br. publiczności zaprezentowali się kolejno: Interrobang, komik-performer Matthew Silver, wokalistka Ofri Brin czyli OFRIN oraz projekt Pieśni stepowe teatralnego kolektywu z Dolnej Saksonii. Całość zwieńczyły warsztaty z Anne Herwanger i podsumowanie Tiny Pfurr, dyrektorki Ballhaus Ost. Już dwa z powyższych wydarzeń wystarczyły, żeby zauważyć dokąd zmierza teatr naszych zachodnich sąsiadów.

Pierwsze to dynamiczny, abstrakcyjny, odważny spektakl Preenacting Europe grupy Interrobang. Czy niepokorna Posttraumatyczna Immunia wyrówna niepokoje Unii Stadnej? W jaki sposób sceptyczna Lottokracja ugasi zapędy czerwonych? Polityczne sojusze zawierane z widownią w rytmie charakterystycznym dla teleturniejów, niedorzeczne postulaty, podstęp i pokusy legislacji jednoczą publiczność, która nagle traci grunt pod nogami, kiedy deski teatru zamieniają się w granice państw-hybryd. „My, zmęczeni Europą Europejczycy, musimy znaleźć taką wizję, która nas zmotywuje” – mówią twórcy i aktywują w nas pokłady rywalizacji. Motorem napędowym staje się nie tyle sympatia polityczna, co ludzka ciekawość. Interrobang serwuje taką różnorodność pomysłów, dowcipów i niuansów, że chciałoby się zostać dłużej i odtwarzać wszystkie możliwe scenariusze od nowa. Ponieważ przebieg akcji w dużym stopniu zależy od publiczności, nie ma jednego zakończenia.

Idea opiera się na stałym dialogu z widownią, która z połączenia Portugalii i Zjednoczonego Królestwa potrafi stworzyć Wielką Portanię, a także inne państwa unitarne. Te, których dosięgnie kryzys, zostaną wykreślone na monitorze zwykłą gumką do zmazywania. Absurdalność spektaklu oscyluje wokół padającego na początku stwierdzenia, że „Europa mogłaby być czymś zupełnie innym”. YOUROPĄ z penthousami dla uchodźców na Niebuszewie, z corocznym karnawałem mentalności, kiedy to „Niemcy mogą być rozrzutni”, a Polacy „uprawiać herezje”. Z nuconym w tle przez Ninę Tecklenburg „the youth is starting to change” atmosfera, niczym w teledysku MGMT, jest kosmiczno-rockowa, nierzeczywiście-niepokorna. Co chwila publiczność unosi kolorowe kartki, oddając głos na program wyborczy, jak i samego kandydata. Europejska Unia Stadna – gelb, Lottokratyczna Republika Europa – blau, Posttraumatyczna Immunia – rot. Żółty, niebieski, czerwony, czerwony, żółty niebieski. Sygnalizacja „świetlna” świetlanej przyszłości.

Recepta na kryzys? Brukselskie izdebki– Brüsselen Stübchen. „Masz problem, idź do Brukseli, tuż za rogiem” radzi kandydatka żółta. Jeżeli wygra, z przodu sceny postawiony zostanie mikrofon dla chętnego widza-wyborcy. Kiedy wygra, powie: „teraz mam okazję zbudować tu utopię.” Kandydat niebieski zaproponuje tzw. europejski pakiet niespodziankę. Przecież nie ma nic lepszego niż butelki regionalnych sznapsów krążące w obiegu Unii, przesyłane w paczkach na Boże Narodzenie. Można się także zamieniać – „berlińskie życie bohemy za polskie studencko-filozoficzne”, Europa mobilna, „life sharing”. Na koniec czerwona Immunia, najbardziej niezależna, przekorna, samolubna. Znak równości stawia pomiędzy dystansem a szacunkiem, proponuje rynek uchodźców, na którym nie tylko pan będzie mógł wybrać służącego, ale i służący pana. Znosi podatki dla ponętnych obywateli.

Chociaż to tylko zagrany projekt, Preenacting Europe budzi refleksję, analizuje, jakimi Europejczykami jesteśmy, jakimi potrafimy być. „Czujecie się euforycznie, czy eurosceptycznie?” pyta Lajos Talamonti wcielający się w kandydata Immuni. „Europo, z jaką nadzieją patrzysz w przyszłość?” wtóruje mu Till Müller-Klug (Lottokracja). Interrobang skłania do wyciągania wniosków z podjętych decyzji. Już sama scenografia przypomina planszę gry, na której aktorzy przesuwają się niczym pionki. Spektakl nie pozwala pozostać biernym i chociaż puenta nie jest optymistyczna, ponieważ wybrany prezydent okazuje się „Smutnym Klaunokratą, pod rządami którego i dla Europy niedługo skończy się zabawa”, satysfakcja z uczestnictwa w teatralnym wydarzeniu, które publiczność współtworzy, jest niemała.

Na tle Interrobang pozornie blado wypadają monotonne i powtarzalne Pieśni stepowe. Dopiero zakończenie ożywia sceniczne działania. Sama historia jest mieszaniną wizji, dźwięków i sposobów, na jakie można opowiedzieć jedno wydarzenie. W teatrze nie zakończenie, a trwanie jest decydujące, dlatego młodym artystom udało się odnaleźć wspólną z nami, widzami, tożsamość.

„Słowo musi pokazać, że zjawisko jest nam całkowicie obce, ale jednocześnie potrafimy je bez trudu rozłożyć na czynniki pierwsze” pisała w Mokradełku Katarzyna Surmiak Domańska. Pieśni… są taką właśnie dekompozycją. Relacja czworga teatrologów z podróży po niemieckich Łużycach dowodzi, że także słowo jest rekwizytem. Nasuwa pytanie o to, czego oczekujemy od spektaklu w chwili scenograficznego przestoju, kiedy na scenie nic się nie dzieje. Jak bardzo podatni jesteśmy na padające z rampy sugestie i czy aktor może być również, tak jak słowo, przedmiotem.

Odtwórcy Pieśni… przeprowadzają eksperymenty, badają nasze oczekiwania. Najpierw stają przed nami bez gadżetów, symboli, żebyśmy po chwili mogli za ich plecami oglądać nagranie tego, co przed chwilą widzieliśmy na żywo. Czy wolimy człowieka rzeczywistego, czy zarejestrowanego okiem kamery? Oko widza odruchem bezwarunkowym ucieka w stronę multimedialną. Nam, przesiąkniętym Internetem i telewizją, człowiek będący tu i teraz wydaje się bardziej obcy. Jednak przez fragmentaryczność czujemy wspólnotę z niemieckimi aktorami. Powtarzające się słowa-klucze, takie jak wilk, auto, zagłada, węgiel powodują, że historia staje się coraz bardziej realna, namacalna. Z czasem na scenie pojawiają się przedmioty, które, wcześniej opisywane, mogliśmy sobie jedynie wyobrazić. Żółty kask, taczka czarnego złota, szczapa drewna wabią nas głębiej i głębiej do świata artystycznej kreacji. Do Łużyc, w których Adele Dittrich Frydetzki, Kristina Dreit, Marten Flegel, Anna Froelicher, Charlotte Grief i Felix Worpenberg chcieli zobaczyć koniec narodu „z ciekawości, co nadejdzie później”, przyjrzeć się wydobyciu węgla brunatnego, szukać tam zagłady.

Pieśni… także nie mają jednego zakończenia, ale tutaj finał następuje kilkakrotnie podczas jednego wystawienia sztuki. W zależności od doboru słów doświadczenie opisać można na różne sposoby. Kobieta w jednym z wykorzystanych nagrań mówi, że „każda roślina jest czymś wyjątkowym, ponieważ tylko natura może ją stworzyć”. Pieśni stepowe stają się pomnikiem wschodniosaksońskiej przyrody, która, przetworzona, dogorywa na oczach naszej wyobraźni, ale i pomnikiem teatru. „Każde, nawet najdrobniejsze zdarzenie wywołuje swój powidok” – dowodzi Krzysztof Rutkowski w „Teatrze i jego sobowtórze” (Teatr 12/2014) – „a źródła teatru tkwią w aktywności ciała budzącego aktywność umysłu”.

Takie działanie wykorzystują Dittrich Frydetzki i reszta, kiedy w finale finałów zamieniają się z publicznością miejscami. Widzowie wchodzą na scenę, a na wyludnionych trybunach pojawiają się aktorzy w indiańskich pióropuszach. „Na scenie rozciąga się bezkres prerii. Zebrali się tam widzowie. My przebraliśmy się za Indian. Jesteśmy tylko obrazem (…) nie ma już narodów, nie ma już widzów. Przed nami wielka obietnica. Co teraz będzie? Otrzepujemy kurz z ubrań.” Tak kończą się Pieśni…, a w echach pobrzmiewającej jeszcze w ich trakcie Atmosphere Joy Division rodzi się pytanie, kto teraz jest widzem, gdzie jest gra, kiedy ten widz został wyreżyserowany, gdzie jego granica. Your confusion – my illusion.

Komunikacja i flirt z publicznością w obu przedstawieniach tworzą nową teatralną społeczność, dla której Kana staje się alternatywą w rozumieniu Daniela Jacewicza, założyciela goleniowskiego Teatru Brama: „Za sprawą Zygmunta Duczyńskiego odkryłem Kanę w Szczecinie, dowiedziałem się, co to jest alternatywa. (…) Bo dla mnie alternatywa nie jest kontestacją świata, ale dialogowaniem ze światem” (ibid.).

Kinga Cieśluk, Teatralia Szczecin
Internetowy Magazyn „Teatralia” nr 128/2015

Weekend 100º, Ośrodek Teatralny KANA w Szczecinie, 8-11 stycznia 2015

Interrobang

Preenacting Europe

twórcy i obsada: Nina Tecklenburg, Till Müller-Klug, Lajos Talamonti

współpraca koncepcyjna: Martin Schick

muzyka i Eurofon: Ekkehard Ehlers

dramaturgia: Lisa Großmann, Tom Mustroph

scenografia i kostiumy: Sandra Fox

reżyseria świateł: Dirk Lutz

wideo: Florian Fischer

produkcja: Marc Pohl

programowanie Eurofonu: Georg Werner

hospitant: Jonas Feller.

***

Theaterkollektiv aus Hildesheim

Pieśni stepowe

twórcy i obsada: Adele Dittrich Frydetzki, Kristina Dreit, Marten Flegel, Anna Froelicher, Charlotte Grief, Felix Worpenberg