Co nas wkurza, co nas śmieszy (Great Poland)

Co nas wkurza, co nas śmieszy (Great Poland)

Ile razy nuciliście sobie jakąś piosenkę, nie mogąc przypomnieć sobie jej tytułu? Spektakl Great Poland Aleksandry Jakubczak zawiera scenę, w której smutny Mariusz (Wojciech Kalwat) doświadcza tego irytującego stanu. Dopiero kiedy przedstawienie dobiega końca bohater odgaduje zapomniany tytuł i zaczyna samotnie tańczyć do Another Day in Paradise. Zanim nastąpi rozpoznanie postacie wielokrotnie będą próbowały znaleźć porozumienie i wspólny temat, najczęściej tylko pogarszając swoje relacje. Rozwiązania wszystkich wątków nie napawają optymizmem, wręcz przeciwnie. Czarna wizja, jaką raczy nas najnowsza premiera Teatru Polskiego w Poznaniu, nie daje się nacieszyć potencjalnym happy endem – ważniejsze jest narzekanie, jedyny możliwy sposób zgodnej komunikacji.

Sam pomysł, by stworzyć coś na kształt przewodnika po Polsce i naszej swojskiej poprawności politycznej zasługuje na uwagę. Ileż to razy artyści próbowali redefiniować polskie tożsamości, kiedy Gombrowicz emigrował, Chopin komponował, a Mrożek choćby Indyka pisał! Tyle targania się na świętości wpisało się w historię kultury złotymi zgłoskami, że aż dziw, że dopiero teraz – pod batutą Macieja Nowaka – Teatr Polski zaczyna wkładać kij w mrowisko naszej rzeczywistości. Pytanie tylko, czy sam się w ten sposób nie rozpada.

W oszczędnie wymownej scenografii sprowadzającej się do morza sztucznych paprotek oraz drewnianych płaskorzeźb chochoła, orła, świtezianki, robotników, gestu błogosławieństwa, a nawet żołnierza z bronią w garści – rozgrywają się sceny doprawdy dantejskie. Całość rozpoczyna monolog narratora-przewodnika (Michał Kaleta) ilustrowany studniówkowym polonezem i starannie rozpadającą się choreografią Pawła Sakowicza. Umiejscawia to spektakl w tradycji nie tyle romantycznej, ile zasadniczo chocholej. Takie przesunięcie konwencji atakuje świadomość widza dość obiecująco. Ostatecznie mówi się tu o Polsce w sposób już ograny, z wydobyciem wszystkich narodowych stereotypów, potraktowanych z naturalną ironią. Trwa to i trwa, narrator zalewa publiczność falą skompresowanej dawki satyryczno-kabaretowej gadki, widownia co chwila chichocze, parska, a aktorzy zaś tańczą. Nie zapominajmy jednak o chocholim tańcu, bo Krzysztof Szekalski starał się zawrzeć całą tradycję krytycznego mówienia o Polsce w jednym monologu. Osobiście doświadczyłem jednak głównie groteskowego przesytu, gdyż wypowiadane słowa wcale nie wybrzmiewają, ani nie są odpowiednio dokręcone, ani odkrywcze, ani nawet celne. Jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi, ów przesyt poczytuję za coś koniecznego. Tworzy się słowna pulpa, z której trudno wydobyć jakikolwiek zdecydowany sens.

Samych wątków jest bowiem zbyt wiele. Jeśli kiedykolwiek czuliście się zmęczeni polskim kabaretem, który porusza się wokół pięciu-sześciu zasadniczych możliwości budowania sceny, tutaj dojdziecie do ściany. Znajdzie się miejsce dla szkoły, chama z inteligentem, lekarza, kopania grobów, wakacji, mniejszości narodowych oraz malkontenctwa. Pełen wachlarz stereotypów, znanych i oklepanych żartów. I przywołuję konwencję kabaretu nie bez kozery – spektakl otwarcie z tym gra, każdą kolejną kwestią błagając o chichot publiczności. Ba, nawet uwagi narratora dotyczące owych śmiechów lub podziękowań za ich brak, podane są w taki sposób, aby wzbudzić wesołość. Szkoda, bo inteligentny narrator ma potężny potencjał rozbrojenia aktorów jadowitym sarkazmem; mógłby na swoim tablecie rozdzielać role i kierować spektaklem. Niestety po paru minutach gaśnie, osuwa się w cień, zapowiadając jedynie kolejne skecze. Reżyserka traci więc szansę na celny komentarz, na pokazanie dystansu – ktoś najwidoczniej doszedł do wniosku, że już nie trzeba, że publiczność sama sobie zbuduje odpowiednio ironiczny nawias. Same kostiumy składające się jedynie z białych ubrań i symbolicznych rekwizytów, rozciągają na spektakl płachtę uniwersalnego „groteskowania”. Przejścia pomiędzy rolami lekarza a ochroniarza zajmują tyle, ile trzeba na zmianę postawy i uwiązanie kitki czy zapalenie papierosa. Szybko, minimalistycznie, umownie.

Zmarnowanie potencjału narratora-przewodnika uważam za wadę nie bez powodu. Michał Kaleta samymi warunkami głosowymi doskonale pasuje do sarkastycznego komentatora, a nałożone na nos okulary przeciwsłoneczne na szczęście nie mają nic wspólnego z koszmarną rolą tegoż w Krawcu. Bardzo brakuje mi silniejszego akcentu na metateatralność całego Great Poland. Tyle można było pokazać! Ale może rację ma właśnie Jakubczak, sugerując dystans do przedstawienia głównie na początku?

I nie można by się czepiać, gdyby nie to, że właśnie ta postać ma do powiedzenia najwięcej, a to warstwa słowna jest największą słabością spektaklu. Chociaż sam pomysł na tekst daje wielkie możliwości, a trzy dowcipy naprawdę się udają, większość wypowiadanych kwestii to najprostszego sortu „suchary” i beznamiętne przepisywanie, nie najwyższego przecież poziomu, polskiego kabaretu. Zaczynam sobie dopowiadać, że taki też był zamysł: ponaśmiewać się z poczucia humoru Polaków, że to tak naprawdę satyra na nasze śmieszkowanie i żarty.

Wylewający się z każdego kąta apel o śmiech nie jest jednak tak smętny, jak to powyżej nakreśliłem. Aktorzy, szczególnie doskonała w większości przedstawionych tutaj ról Barbara Krasińska, dodają płaskim postaciom głębinowego tchu. Jeśli każda scenka opiera się na sporze z grubą krechą kreślonym Innym (Czeczen, Niemiec, Żyd, emigrant, smutas, lalkarz), rzeczą niezwykle istotną jest zabawa, jaką czerpią z niej aktorzy. Mariusz Adamski z frywolną lekkością wciela się w biednego aktora, by po chwili dojść do granic rozedrgania w roli strachliwego Żyda. Potęga tego drugiego monologu buduje się jednak dopiero w kontekście innego – Polaka na wakacjach w polskiej strefie w Hurgadzie. Bo mimo różnych charakterów, ostatecznie oba monologi znajdują punkt wspólny w pokoju hotelowym zmarłego przodka z przestrzeloną głową. Właśnie takie momenty, rozpoczynające się banalną komedią, a kończące tragifarsą, sprawiają, że Great Poland zdaje się chwilami doskakiwać do poprzeczki, którą sobie postawiło.

Wobec słabości słów silniej wybrzmiewa ruch sceniczny, za który odpowiada Paweł Sakowicz. Rozpoczynający spektakl Polonez zdaje się zapowiedzią stałej tendencji myślowej choreografa – aktorzy wszelkie fragmenty ruchowe zaczynają wspólnie, synchronicznie, aby w miarę rozwoju sytuacji przechodzić do solówek, popisowych partii granych pod siebie. Szczególnie wymowna wydaje się scena objawienia się plamy o twarzy Jezusa na pewnym blokowisku. Rozpoczyna się synchronicznym układem tanecznym z akcentowaniem składania rąk, podczas gdy bohaterowie kroczą całą grupą w poprzek sceny, patrząc w róg sali. Kolejne elementy choreograficzne wykorzystują dynamiczne układy rąk, różne złożenia, zagięcia i wymachy. W miarę dochodzenia do końca sali, aktorzy wychodzą przed innych, prezentują siebie, po czym grupa na chwilę rozpada się, aby wrócić do zbiorowiska, opisującego swoje przeżycia przed plamistym wizerunkiem Chrystusa. Doskonale wiemy, że to złudzenie optyczne, bo aktorzy krążą po scenie, widząc ów obraz na każdej ścianie Malarni (czyli na paru blokach), wręcz prześcigają się w kolejnych omdleniach. Naprawdę, nie widziałem jeszcze spektaklu, w którym aktorzy tak często by mdleli. Zresztą każdy z nich ma na to swój sposób i nadaje to sympatycznego rytmu całości.

Z natłoku rozbiegających się scen, kiedy każdy sobie rzepkę skrobie, wyłania się wisielczy obraz Polaków jako wspólnoty skoncentrowanej wokół wspólnych nienawiści, słabego poczucia humoru i idei, których od dawna nikt już nie weryfikuje. I choć ta wizja kuleje pod względem dramaturgii słowa oraz niespełnienia obiecujących wątków, właśnie przez to spektakl osiąga to, czego nie udałoby się osiągnąć precyzyjną satyrą – wierny pokaz polaczkowatości, ze wszystkimi stereotypami i nieudolnościami wpisanymi w narodowe DNA. Zamiast aspiracji do kontynuowania tradycji Mrożka z Gombrowiczem, niesie antyutopię spełnioną. Śmiać się czy płakać? Obrywa każdy po trochu, chociaż niby nie ma świętości, ani „poprawności politycznej”, w końcowym rozrachunku satyra sama tępi swoje ostrze, nie prowadząc w żadnym konkretnym kierunku. A jednak żal, że nie udało się wyjść poza to, sięgnąć do podszewki tożsamości, zadowalając się warstwą wierzchnią. Jeszcze nie dane jest nam przeżycie ostatniego dnia w raju…

Tomasz Błaszak, Teatralia Poznań

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 193/2017

Teatr Polski w Poznaniu

Great Poland

reżyseria: Aleksandra Jakubczak

dramaturgia: Krzysztof Szekalski

scenografia: Agata Baumgart

muzyka: Daniel Pigoński

ruch sceniczny: Paweł Sakowicz

obsada: Barbara Krasińska, Małgorzata Zielińska, Mariusz Adamski, Przemysław Chojęta, Michał Kaleta, Wojciech Kalwat

fot. M. Zakrzewski

Tomasz Błaszak (1993), student filologii polskiej i wiedzy o teatrze. Kulturalne sznyty zbierał na poznańskim Dębcu. Uwielbia filmy Charliego Kaufmana, twórczość Darka Foksa i wołacz. Nie zna się na warzywach ani muzyce.