Mroczne dell’arte w Tebach (Król Edyp)

Mroczne dell’arte w Tebach (Król Edyp)

Starym zwyczajem Jan Klata romansuje z popkulturą, ale tym razem robi skok w bok i zamiast dawać upust swoim rockowym fascynacjom, zbliża się do dwóch pozornie odległych światów: opery i muzyki alternatywnej rodem z festiwalu UNSOUND. Zamiast Joy Division i Nirvany mamy, wbijające w niewygodne poduszki, kompozycje Roberta Piernikowskiego, który we wrzącym kotle awangardy miesza rap, punk i elektro. Okazuje się, że Strawińskiego można pożenić z nowymi brzmieniami, nie dokonując przy tym aktu profanacji, a wręcz przeciwnie – osiągając zaskakującą harmonię.

To nie jedyne przeciwieństwa spajane w hipnotyzującą całość. Obok konwencji muzycznych łączą się tu bowiem na wskroś odmienne języki teatralne. Klasyczny dramat w otoczce dell’arte, przyprawiony motywami złowieszczego transu, to propozycja Klaty na ożywienie mitu Edypa i przeformułowania go na własną, ekstrawagancką i dowcipną, modłę. Karnawalizacja nie służy jednak przełamywaniu patosu ani tym bardziej przewrotnemu wywoływaniu efektu wzniosłości. Chodzi raczej o to, by pozwolić swobodnie działać mechanizmom tragedii i komedii tak, żeby nie znosiły się wzajemnie, ale raczej dopełniały. I w ten sposób powstaje dzieło niepretendujące do roli artystycznego credo, ale będące mistrzowską wariacją na temat formy.

Widz winien być poliglotą. Chyba, że zrozumie przejaskrawioną mowę ciała narratora-błazna, który wygina się jak może, przybierając kształty niczym z rycin Biblii Pauperum. Krzysztof Stawowy wciela się w rolę niewybrednego wodzireja-cynika. Jego śmiech jest metateatralny, gdyż z jednej strony zdaje się wymierzony w postaci – to przerysowany komentarz do absurdalnej, jeśli się nad tym zastanowić, sytuacji, a z drugiej ironiczny przypis do idei teatru jako miejsca oczyszczenia, a zarazem uciechy dla homo ludens. Ludzie znajdują rozrywkę w oglądaniu tragedii, co dobitnie pokazują skarykaturyzowane reakcje sprawozdawcy.

Na przeciwległym biegunie leżą aktorskie kreacje Edypa (Krzysztof Zawadzki) oraz Jokasty (Iwona Budner). Poruszają się oni jak bohaterowie filmu Matrix, mechanicznie i w zwolnionym tempie, pozbawionym pretensji do realizmu, odgrywając wielki dramat namiętności i klasycznego arystotelesowskiego anagnorisis. Niemniej postmodernistyczna operowa estetyka nie tłamsi zupełnie emocjonalnego ładunku zawartego w pierwowzorze. Aktorzy, odziani w futurystycznie wystrzępioną czerń worków na śmieci, są jak liście miotane wiatrem wokół jedynego stałego punktu scenicznego świata, swoistego axis mundi, czyli wyroczni, warunkującej ich życie.

Jan Klata wbrew pozorom nie stworzył widowiska, które miałoby czysto dadaistyczny charakter, choć – co prawda – skorzystał z rady Tristiana Tzary i wymieszał co znalazł w szeroko pojętej kulturze. Jednak struktura jego teatralnej alchemii daleka jest od łutu ślepego szczęścia, stanowi bowiem wspaniale przemyślaną i zręcznie skonstruowaną wizję splatającą wiele wątków i estetyk w spójną całość.

Alicja Müller i Aleksandra Spilkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 76/2013

Narodowy Stary Teatr imienia Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Król Edyp

Spektakl z wykorzystaniem muzyki Roberta Piernikowskiego inspirowany Królem Edypem Sofoklesa i Strawińskiego

reżyseria: Jan Klata

scenografia: Karolina Mazur

ruchy: Maćko Prusak

obsada: Iwona Budner, Krzysztof Stawowy, Krzysztof Zawadzki

premiera: 17 października 2013

Alicja Müller, rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.
Aleksandra Spilkowska – rocznik 1992, studentka wiedzy o teatrze, gdańszczanka mieszkająca w Krakowie.