Miłość nie uratuje teatru (To tylko miłość)

Farsa to gatunek, który prawdziwe triumfy święcił w Polsce w drugiej połowie XIX wieku. Mimo że był to rodzaj komedii o zdecydowanie populistycznym charakterze, rozwijający się już od średniowiecza, stopniowo został wchłonięty przez klasę średnią. W ostatnią sobotę miałam do czynienia z właściwą scenom komercyjnym farsą w Teatrze STU. STU próbuje lawirować między statusem teatru z wyższej półki, z poważnymi dziełami a repertuarem rozrywkowym. Tego wieczoru szala zdecydowanie przechyliła się na drugą stronę.

Język soczysty, ale płaski, gra przesadna, karykaturalny humor i szczypta rewiowości są elementami składowymi określonego rodzaju gry i sposobu reżyserowania utworu. Niestety, spektakl To tylko miłość doskonale wpisuje się w powyższy model. Nie znaczy to, że miejscami nie jest on zgrabnie skonstruowany, jednak jako całość zdecydowanie nie przekonuje. Reżyser wziął na warsztat sztukę „dobrze skrojoną”, napisaną przez współczesnego, angielskiego autora – Rona Aldridge’a. Wydaje się, że tekst (chociaż możliwe, że to problem tłumaczenia) nieznośnie upraszcza wiele poruszanych w spektaklu kwestii. Emocje są czarno-białe, a akcja zamiast wciągać, nudzi.

Leciwi już Tony, Sara i Frank grani są przez starszych i młodych aktorów, którzy pojawiają się przy okazji retrospekcji. Poznajemy ich w domu starców, gdzie przebywa Tony, a pozostała dwójka jest jego gośćmi. Od początku jesteśmy informowani, że trio ma wspólną przeszłość, w której kryje się wytłumaczenie ich zachowania (między innymi ogromnej zgryźliwości Tony’ego, maskującego w ten sposób emocje) oraz prowadzonych dialogów. Każde kolejne spotkanie (Sara niestrudzenie odwiedza protestującego przed tym Tony’ego) staje się okazją do pokazywania przeszłych zdarzeń. Sceny z przeszłości z udziałem trójki młodych bohaterów to przede wszystkim rewiowe, wokalne popisy, z kolorowymi strojami, światłami i dekoracjami. Jako że songi wykonywane są w całości, wydłużają nieco cały spektakl, wybijając nas z przyglądania się głównemu wątkowi opowieści. Poza tym obserwujemy skrywany romans Tony’ego i Sary (którą poznajemy już jako wieloletnią partnerkę, a potem żonę Franka). Ich wzajemne uściski i wypowiadane namiętnie deklaracje uczucia to najgorzej rozegrane sceny w całym spektaklu. Aktorzy są do granic możliwości konwencjonalni.

Przypuśćmy, że padające słowa mają parodiować i przypominać obrazki ze starych filmów o miłości, z których teraz potrafimy się już tylko śmiać. Mamy z przymrużeniem oka traktować namiętne i rażąco sztuczne wykrzyknienia, głos z offu i karykaturalne gesty. Tylko dlaczego w tym stylu nie jest utrzymany cały spektakl? Aktorzy wygłaszają teksty z nieznośną manierą, która częściej razi, niż bawi. Pojawia się podejrzenie, że albo aktorzy nadinterpretowali pewne fragmenty, albo reżyserowi zabrakło całościowej wizji spektaklu.

Trzeba jednak przyznać Violetcie Suskiej, że przygotowała bardzo dobry układ choreograficzny – tu oklaski dla aktorów, którym udało się bezbłędnie odtańczyć wszystkie trudniejsze partie, nawet te ze stepowaniem. Moje uznanie zyskał też Tadeusz Huk, który w roli głównego bohatera – Tony’ego, ratuje całe przedstawienie. Doskonale rozgrywa on napięcie między wiąż jeszcze lotnym i bystrym umysłem a chorym, słabnącym ciałem. Zdecydowanie zyskuje też na zestawieniu ze swoją partnerką, Sarą (graną przez Krystynę Podleską), która irytująco piszczy i chwieje się na obcasach. Aktorka jest momentami śmieszna, momentami urocza, większość czasu gra jak „pocieszna paniusia”, więc nie sposób uratować jej interpretacji. Słaba jest też scenografia. Za jedyny, ciekawszy jej element możemy uznać ruchomą scenę, na której raz po raz pojawia się śpiewające trio. Reszta sprzętów to nieudolnie dobrane elementy wystroju wnętrz.

Starzejący się kochankowie, wykrzywieni w karykaturalnym obrazku życia domowego, niepasujący do niego i niepotrafiący dopasować się do siebie w dojrzałym życiu. Zamiast opowieści o miłości, trudnej, ale osiągalnej, dostajemy problematykę rodem z opery mydlanej. Barwne obrazy i odrobina rubasznego komizmu nie wystarczą, żeby zapewnić nam miły, rozrywkowy wieczór.

Kaja Podleszańska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 124/2015

Krakowski Teatr Scena STU

Ron Aldridge

To tylko miłość

tłumaczenie: Krystyna Podleska, Janusz Szydłowski

reżyseria: Janusz Szydłowski

choreografia: Violeta Suska

scenografia i kostiumy: Anna Sekuła

obsada: Tadeusz Huk, Krystyna Podleska, Leszek Piskorz, Karol Jasiński, Barbara Garstka, Marcin Kątny

premiera: 29 września 2013

Kaja Podleszańska – 1992, studentka teatrologii na UJ, feministka, miłośniczka szeroko pojętej literatury i zdrowego jedzenia, lubi słońce, mieszka w Krakowie.