Miesiąc miodowy – tragifarsa babska

Trzy przyjaciółki – Linda, Christine i Barbara – spotykają się, by rozmawiać o życiu, miłości i facetach. Według materiałów promocyjnych, spektakl okraszony jest dużą dawką poczucia humoru, a jednocześnie wydaje się niezwykle głęboki, ponieważ mamy okazję zobaczyć szeroki wachlarz ludzkich emocji i zmierzyć się z problemem „nieznośnej lekkości bytu”. Warto iść – pomyślałam. Przybyłam, zobaczyłam, oniemiałam.

W pierwszej chwili zdawało mi się, że pomyliłam budynki. Zamiast na spektakl, przygotowany przez łódzkich i warszawskich artystów, trafiłam na premierę kiczowatej komedii romantycznej klasy B. Na scenie typowe, jednowymiarowe postacie: pani psycholog – która nieustannie przemawia ex cathedra i poucza swoje przyjaciółki, choć sama jest niepozbierana i nie radzi sobie z życiem; zdradzana żona – zahukana szara myszka, w której budzi się kobiecość; oraz femme fatale – beztroska kolekcjonerka mężczyzn, niezmordowana kusicielka, zawsze gotowa na flirt. Emocje wyrażają prostymi środkami – kiedy się denerwują, wymachują rękami; dziwią się, to łapią się za głowę; kiedy są smutne, załamują głos, drżą im podbródki. Są tak nienaturalne i przerysowane, że kiedy jedna z kobiet wyznaje, że jest w ciąży i nie chce mieć dziecka, a wizja macierzyństwa przeraża ją i przerasta, publiczność uznaje to za żart i śmieje się do rozpuku. Być może ten sposób obrazowania był celowy. Być może twórcy chcieli pokazać nam, że jesteśmy płytcy, a nasze problemy nieważne. A może z lekką dozą ironii próbowali udowodnić, że jesteśmy okrutni i lubimy naśmiewać się z nieszczęścia.

Jak na współczesny dramat przystało, pojawiła się także obowiązkowa, nieuzasadniona nagość. Chyba że ktoś potrafi mi wyjaśnić, dlaczego jedna z bohaterek rozmawiała przez telefon w stroju frywolnej pomocnicy św. Mikołaja, kiedy czekała na wizytę swoich przyjaciółek. Ani rozmowa, ani wizyta nie wymagały tego rodzaju przebrania.

Do mojej litanii zażaleń chciałabym dołączyć wielką palmę, która znajdowała się mniej więcej pośrodku sceny. Była pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam, zatem spodziewałam się, że będzie ogrywać rolę podobną do tej, co strzelba w Wujaszku Wani Antoniego Czechowa – czyli w pewnym momencie „wystrzeli”. Pomijając fakt, że chwilami aktorzy zachowywali się tak, jakby im palma odbiła, był to sceniczny niewypał. Czemu zatem postawiono ją w tak reprezentacyjnym miejscu? Miała dodać realizmu? Ocieplić wnętrze?

Na scenie znajdowały się też  inne rekwizyty – na przykład ogromna maskotka goryla. Rekwizyt przeobraził się w postać – symbol idealnego mężczyzny, którego pragną kobiety.

Gabriel Barylli pokazuje nam postacie, które działają według utartych schematów. Nie mają głębszych przemyśleń, nie odczuwają w ogóle ciężaru bytu, bo jest on dla nich ultralekki. Spektakl jest nieskomplikowany i stosunkowo płytki. Czasem każdy potrzebuje się „odmóżdżyć”. Spektakl Honeymoon może w tym skutecznie pomóc.

Katarzyna Smyczek, Teatralia Łódź
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 45/2013

Teatr Zupa z Małpy

Honeymoon

Gabriel Barylli

przekład: Marek Szalsza

prawa: Agencja ADiT Elżbieta Manthey

występują: Masza Bogucka, Magda Dratkiewicz, Marta Kuśmirek i Patryk Steczek.

premiera: 8 czerwca 2012

fot. Kraina Fotografii