Mamy kryzys, zróbmy wojnę! (Myszki i wojna)

Mamy kryzys, zróbmy wojnę! (Myszki i wojna)

Myszki i wojna odwagą w wyrażaniu niewygodnych treści przerastają niejedno dorosłe przedstawienie, zbierające pochwały właśnie za śmiałość. Prowokują i bawią przy jednoczesnej precyzji komunikatu i artystycznej atrakcyjności.

Kompozycję Myszek i wojny cechuje pewien rodzaj szkatułkowości – scenicznie wykreowana na początku klasa, z tablicą, plecakami i mundurkami szkolnymi, poprzez opowieść Nauczyciela (Adam Zdunikowski), będącą próbą odpowiedzi na pytanie: „dlaczego ser jest żółty?”, odsyła już do zupełnie innego świata. A właściwie dwóch, tak odmiennych – uprzemysłowionego państwa Niebieskich Myszy oraz rolniczego królestwa Czerwonych Myszy na Wyspie Pong. Niebiescy są bogaci, więc oczywiście chcą więcej i więcej, a sen z powiek spędza im – raczej wyimaginowany niż realny – kryzys ekonomiczny. Czerwoni to prości rolnicy, nieskażeni pojęciem kapitalizmu, przypominający nieco szlachetnych dzikusów, którymi mógłby zachwycić się jakiś współczesny Rousseau. Jednych i drugich połączy wojna, którą z tak absurdalnego powodu, jak jedzenie żółtego (zamiast niebieskiego) sera, wypowiedzą Czerwonym Niebieskie Myszy. W imię misji cywilizacyjnej, oczywiście.

Można się pokusić o wskazanie na jeszcze jedną „szkatułkę”, z której dopiero wyłoni się iluzja sceniczna – śpiewające przywitanie publiczności, czyli rodzaj dialogu operowego między chórem (tu: dziecięca widownia) a Martą Saciuk-Sędzielarz, solistką i konferansjerką w jednej osobie. Pomysł jest jak najbardziej trafiony, bo dzieci zaznajamiają się z poszczególnymi instrumentami orkiestry kameralnej, ale niewiele to ma wspólnego z nudną, szkolną pogadanką. Wprowadzenie cechuje przede wszystkim swobodne poczucie humoru, i to takiego humoru, który do stereotypowej, szacownej Opery nijak nie pasuje. Można tego doświadczyć na przykład podczas prezentacji żargonu operowego w praktyce, gdy po słowach „klarnet by się uśmiał” instrument ten rzeczywiście wydaje dźwięk jednoznacznie kojarzący się ze śmiechem. Albo wtedy, kiedy kontrabasista wstaje ze swojego miejsca, aby wyjść na scenę, a niewidoczna dotąd, dolna część jego garderoby wywołuje salwę śmiechu. Białe podkolanówki i chłopięce szorty uroczo kontrastują z elegancką koszulą i kamizelką. Ubiór pozostałych muzyków także zaskakuje zabawnym detalami.

W przedstawieniu zachwyca posługiwanie się umownością. Niby żadne to odkrycie, ale dziecko jako odbiorca jest idealnym materiałem do stania się ofiarą dosłowności. Łopatologiczna wykładnia przejawia się zazwyczaj ilustracyjną do bólu (uszu) muzyką, bijącą po oczach kolorystyką: scenografii, kostiumów, rekwizytów, charakteryzacji, a także arbitralnością opinii twórców na temat tego, co dziecko powinno zobaczyć na scenie. W Myszkach i wojnie dzieje się inaczej – do głosu dopuszczona jest metafora, a widz, nawet ten jeszcze nieopierzony, za sprawą własnej wyobraźni staje się równorzędnym konstruktorem widowiska. Wystarczy, że kiedy Agnieszka Rehlis ma wcielić się w rolę studenta, Alberta, jednym, zdecydowanym ruchem upycha sukienkę między kolana – i już jest chłopcem, czego nikomu nie trzeba tłumaczyć. Podobnie, kiedy bohaterowie mają udać się w niebezpieczną, trwającą rok i jeden dzień, wyprawę morską – niepotrzebne są skomplikowane projekcje video czy zmiana scenografii. Jest za to intrygująca muzyka, operująca raczej skojarzeniami dźwiękowymi niż ilustracyjną nachalnością, odpowiednie światło i aktorka z papierowym stateczkiem w ręku.

Aktualność, a jednocześnie uniwersalność tematu przejawia się szczególnie w kreacji jednego z bohaterów spektaklu. Spod ciasno nasuniętego na czoło hełmu Generała Puszki (Stanisław Kufluk) niechybnie wychyla się obraz scalający w jedno twarze wszystkich tych generałów, ministrów wojny i dowódców wojennych, których nazwiska wielu dorosłych wolałoby wymazać z pamięci, a których dzieci jeszcze nie poznały. Zresztą warto wspomnieć, że impulsem do napisania bajki Myszki i wojna było nałożenie się wyjazdu wojsk amerykańskich do Iraku z narodzeniem dzieci autora, Davida Cheskiego. Stąd chyba ta aktualność problematyki wojennej – na horyzoncie mamy Syrię…

Wspomniana już odwaga w wyrażaniu niewygodnych treści dotyczy poruszenia z reguły przemilczanego aspektu wojny. Że niehumanitarna, że giną ludzie – to wiadomo. Z drugiej strony jest jednak rodzajem mniejszego zła – jeśli nie będziemy zabijać, to nas zabiją – i miernikiem patriotyzmu narodu. A przynajmniej tak to brzmi w pompatycznej retoryce wojennej. Nie o tym, czy raczej: nie tylko o tym, są Myszki i wojna. Przedstawienie bezlitośnie obchodzi się z wojną, ukazując przede wszystkim jej dochodowy aspekt: bogaci bogacą się jeszcze bardziej, bezrobotni otrzymują pracę w przemyśle zbrojeniowym, ekonomia kwitnie i wszyscy są zadowoleni. Do czasu, aż okaże się, że ci piękni i młodzi (bo któż inny zdecyduje się uczestnictwo w tym absurdalnym cyrku, jak nie młodzi idealiści?) żołnierze są śmiertelni. I giną niezgodnie z planem. Innym, niezwykle trafnym spostrzeżeniem, które zaczepnie ukazuje spektakl, jest cynizm świata nauki wobec wojny: to naukowcy, których głównym celem ma być ułatwianie życia ludzkości, w czasie wojny odpowiadają za coraz to nowsze i bardziej wymyślne technologie zabijania.

Entuzjastyczny odbiór spektaklu zaburza jednak pewne „ale”. Podczas finału, kiedy obserwujemy happy end, którego życzylibyśmy sobie w aktualnych konfliktach zbrojnych, nie otrzymujemy jasnej odpowiedzi na pytanie: dlaczego ser jest żółty? Może to banał i zwykłe czepialstwo „poważnej” recenzentki na „niepoważnym” spektaklu. Ale nie! Na przytoczonym pytaniu budowano dotąd sprawnie niemal całą dramaturgię przedstawienia, więc to, że usłyszymy wyjaśnienie zdawało się być tylko kwestią czasu. Tymczasem myszki się pogodziły i odtańczyły wspólny taniec żółtego sera, a wojna przeszła bokiem. Na widowni rozległy się długie, zasłużone brawa. A obok mnie cichutki głosik jakiegoś chłopca: „No ale ja nie wiem, dlaczego ser jest żółty.”

Na szczęście to bardzo małe „ale”.

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 69/2013

Opera Krakowska

David Chesky

Myszki i wojna

reżyseria: Robert Drobniuch

scenografia i kostiumy: Anna Chadaj

dyrygent: Yaniv Segal

mezzosopran: Agnieszka Rehlis (Albert)

tenor: Adam Zdunikowski (Nauczyciel/Król Mędrek)

baryton: Stanisław Kufluk (Uczeń/ Generał Puszka)

premiera: 12 września 2013

Agnieszka Dziedzic – rocznik 1987, studentka dramatologii UJ, od 2008 roku związana Internetowym Magazynem Teatralnym „Teatralia”, gdzie publikowała swoje teksty i pełniła funkcję redaktora oddziału Kraków. Interesują ją „błędy” w sztuce – teatr, który nie chce być modny, architektura, która potrafi odstraszyć, literatura, która bredzi, choć czyni to z urokiem. A ostatnio także teatr lalek.