Mało zwariowane szaleństwo (Opowieści o zwyczajnym szaleństwie)

Sfrustrowany młody człowiek, którego zostawiła ukochana, przyjaciel niemogący znaleźć partnerki, rozstający się rodzice, para spragniona wrażeń. Marcin Hycnar przełożył na język teatru film Petera Zelenki, usiłując zaznaczyć, że w każdym z nas drzemie odrobina szaleństwa.

Na scenie czarna kurtyna wyznaczająca aktorom miejsce gry. Przed nią staje mężczyzna w białym fartuchu: kim jest, jakie otrzymał zadanie? Kolejno podchodzą do niego inni bohaterowie, oddając buty, w zamian dostając białe opaski na rękę. Początkowo zastanawiać się można, w jakim miejscu się znajdujemy,nie jest to bowiem dostatecznie mocno zarysowane, nie wywołuje od razu skojarzeń ze szpitalem psychiatrycznym, które w kolejnych scenach zaczynają się klarować. Szczególnie kiedy na oddział trafia matka głównego bohatera, a postać w białym kitlu powraca. Oderwany od reszty spektaklu prolog zaczyna nabierać znaczenia dopiero na końcu, gdy uświadamiamy sobie, że absurd pojawia się w życiu każdej z postaci. Może więc wszyscy są na szpitalnym oddziale, a to, co oglądamy, to tylko wytwory ich wyobraźni? Głównym bohaterem przedstawienia Hycnara jest Piotr (Maciej Zuchowicz), którego porzuciła ukochana Jana (Karolina Bacia). Jednak nie tylko on ma problemy: najlepszy przyjaciel, Mucha (Szymon Roszak), nie może znaleźć partnerki; rodzice oddalają się od siebie – ojciec (Kacper Burda) przeżywa fascynację znajomością z młodszą od siebie Sylwią (Joanna Sokołowska). Matka wysyła synowi wycinki z gazet na temat wojny w Czeczeni, nie mogąc znieść swojej bezużyteczności w obliczu światowych katastrof,  popada w obsesję. Nowi sąsiedzi (Julia Łukowiak i Kamil Szklany) płacą natomiast Piotrowi za oglądanie ich seksualnych akrobacji, nie potrafiąc doznać spełnienia tylko w swoim, intymnym towarzystwie. Patrząc na poszczególne epizody, nie dostrzegamy w nich jednak nic nadzwyczajnego – każdemu mogłyby się one przytrafić. To obserwacja świata zwykłych ludzi, którzy czasem są znudzeni sobą, innym razem przeżywają smutki, radości, ekscytacje, strach. Tylko na ile zainteresują oni widza? Relacje między bohaterami także nie należą do głębokich – wydają się bardzo schematyczne, mało psychologiczne.

Najmocniejszym punktem Opowieści o zwyczajnym szaleństwie jest scenografia i światło. Niejednoznaczne miękkie obiekty momentami przywodzą na myśl ludzkie wnętrzności, nie posiadają jednak określonego kształtu. Biały materiał zawieszony ponad sceną ogranicza przestrzeń, aktorzy wchodzą do niej przez rozpinane otwory. Początkowo zastanawiające jest, czy miejsce akcji to któryś z ludzkich organów, domyślić się jednak można, że jesteśmy w głowie głównego bohatera (tylko on nie schodzi ze sceny). To dla niego poszczególne sytuacje są przedmiotem przemyśleń. Przede wszystkim docenić należy Karolinę Gębską, która dzięki oświetleniu wykreowała sceniczny świat. Odcienie różowego podkreślają absurdalność sytuacji, rozlane na całej przestrzeni pięknie uwypuklają scenografię, zastosowanie jasnych i chłodnych barw wywołuje kontrast, jednocześnie umożliwiając dostrzeżenie fizyczności postaci.

Zaskakujące jest to, dlaczego Marcin Hycnar wybrał właśnie ten utwór, by zrealizować dyplom ze studentami warszawskiej Akademii Teatralnej. Jak zaznacza reżyser, tekst opowiada o samotności, o pragnieniu bliskości drugiego człowieka. Istotnie widać je w zachowaniu niektórych bohaterów, nieudolnie poszukujących idealnego rozwiązania swoich problemów. Jednakże na plan pierwszy wysuwa się nie kwestia samotności, a komediowe chwyty, niestety mało zabawne. Historia, którą prezentuje nam Hycnar, jest mało interesująca, pełna niepotrzebnych dłużyzn, zupełnie nie dynamiczna. Rytm i tempo spektaklu przebiegają jednostajnie (choć nie znaczy to, że oparte są na statycznych epizodach – pojawiają się elementy gimnastyczne, gestykulacja), jedynie kilka momentów wzbudza ciekawość, inne irytują lub nużą. Niewiele wnosi także podział spektaklu na dwie części: o ile pierwsza pełna jest zarówno optymizmu, jak i pesymistycznego myślenia, druga to głównie wyrzut żali i płaczu. Czy nie lepiej byłoby połączyć oba duże fragmenty i zdynamizować strukturę przedstawienia?

Oprócz niesprawnie zarysowanej konstrukcji dramaturgicznej Opowieści o zwyczajnym szaleństwie rażą także nierównościami wykonawczymi. Dyplomy zazwyczaj pozwalają młodym aktorom zaprezentować jak najlepiej swoje umiejętności – od tego zależy, czy zostaną dostrzeżeni. Przedstawienie Hycnara nie daje tej szansy wszystkim. Oprócz głównego bohatera pojawiają się tu postaci drugoplanowe i epizodyczne, trudno porównywać więc zdolności osoby znajdującej się na scenie przez cały spektakl z umiejętnościami tych, którzy przed publicznością pojawiają się jedynie dwa razy. Podobnie jest z kreowaniem poszczególnych postaci: każda z nich (oprócz Piotra, który wydaje się pełen sprzeczności, a jednocześnie mało wyrazisty, nieco zagubiony) posiada określone emploi. Aktorzy nie mają więc dużego pola manewru, ich gra pozbawiona jest głębokiej emocjonalności. Piotrowi zależy na Janie, jednak między nimi nie ma uczuciowości, wypowiadane przez nich słowa są puste. Podobnie jest w przypadku rodziców głównego bohatera, żyjących razem raczej z przyzwyczajenia. Poszczególne relacje nie są zgłębiane, następują szybkie przejścia do kolejnych scen. Pełno jest za to zbędnego wrzasku, który kaleczy poszczególne sekwencje, szczególnie druga część jest zbyt przekrzyczana, mało subtelna, a przez to bardzo męcząca.

Czy w każdym z nas drzemie choć odrobina szaleństwa? Nieudolnie próbował to udowodnić Marcin Hycnar wraz z dyplomantami warszawskiej Akademii Teatralnej. Po obejrzeniu Opowieści o zwyczajnym szaleństwie oprócz scenografii i światła w pamięci pozostaje jedynie scena muzyczna – chyba najmocniejsza i najlepiej przygotowana z całego przedstawienia. Młodzi aktorzy śpiewają, wykonują niewielki układ choreograficzny, dając do zrozumienia, że tylko od nas zależy, jak postrzegamy rzeczywistość i czy uważamy innych za zwariowanych. Zastanawiające, ilu z nich zapada w pamięci: wydaje się, że Maciej Zuchowicz ze względu na postać, którą gra, powinien zostać najlepiej zapamiętany. Tak się jednak nie dzieje – oprócz tego, że jest na scenie cały czas, nie wyróżnia się warsztatowo, podobnie jak inni koledzy. Ciekawie zaprezentowali się jednak Szymon Roszak jako wiecznie nierozgarnięty i poszukujący dziewczyny Mucha, Justyna Kowalska w roli przepełnionej egzaltacją i patosem matki Piotra, Julia Łukowiak i Kamil Szklany jako Alicja i Jerzy – ich epizody w duecie zagrane zostały sprawnie i jako jedne z nielicznych wywoływały rozbawienie. Nie nazwałabym jednak ukazanych przez Hycnara epizodów szaleństwem. Są to raczej przedstawienia kilku sytuacji, problematycznych dla bohaterów, wprawiających ich w zakłopotanie, powodujących serię niefortunnych zdarzeń. Szaleństwo więc w tym wypadku to także puste słowo – użyte w tytule, nie zostaje odzwierciedlone na scenie.

 

Marta Seredyńska, Teatralia Warszawa

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 169/2016

 

Teatr Collegium Nobilium

Petr Zelenka

Opowieści o zwyczajnym szaleństwie

reżyseria: Marcin Hycnar

scenografia i kostiumy: Martyna Kander

muzyka: Mateusz Dębski

reżyseria światła: Karolina Gębska

projekcje multimedialne: Ewa Krasucka

konsultacja choreograficzna: Weronika Pelczyńska

asystent reżysera: Agata Zdziebłowska

staż asystencki: Ada Grochala (II rok WOT)

obsada: Karolina Bacia, Justyna Kowalska, Joanna Sokołowska, Julia Łukowiak, Weronika Humaj, Maciej Zuchowicz, Szymon Roszak, Filip Milczarski, Kacper Burda, Kamil Szklany, Adam Machalica, Maciej Cymorek

premiera: 14 marca 2015

fot. A. Kobroń

Marta Seredyńska – rocznik 1991, absolwentka Wiedzy o Teatrze oraz Mediów Interaktywnych i Widowisk UAM, z „Teatraliami” związana od 2013 roku. Miłośniczka tańca i projektów kulturalno-animacyjnych.