Latający Holender zamyka sezon w Operze Wrocławskiej

Zamykające sezon 2014/2015 superwidowisko Opery Wrocławskiej – Latający Holender – tym razem zorganizowano na specjalnie do tego celu postawionej na wodzie scenie. Wrocławska Pergola przyciągnęła widzów spragnionych nacieszyć oczy imponującym wizualnie, poprowadzonym ze scenicznym rozmachem, jak zwykle bywa u Zawodzińskiego, przedstawieniem. A jak było tym razem?

Historia Richarda Wagnera bazuje na siedemnastowiecznej legendzie o pływającym po morzach kapitanie imieniem Hendrik Van der Decken – nieustraszonym wilku morskim, którego widok przynosił nieszczęście, zwiastując śmierć. W interpretacji Wagnera Holender schodzi na ląd raz na siedem lat, szukając kobiety wiernej na tyle, aby zdjąć z niego klątwę wiecznej tułaczki.

Na wybudowanej na Pergoli scenie tło gry stanowiły nie tylko dwa monumentalne okręty – statek żeglarza Dalanda i statek widmo tytułowego Holendra – ale też wrocławska multimedialna fontanna, która brała czynny udział w wizualnym opowiadaniu tej historii.

Zarówno fabuła, jak i przestrzeń sceniczna z całością scenografii i kostiumów tworzą tu rzeczywistość z pogranicza świata nierealnego i realnego. Zawodziński utkał go z fantastycznych zjaw, magicznych klątw i tajemniczej aury, pojawiającej się za każdym razem, gdy do portu przypływa statek tytułowego podróżnika. Jego przybycie zwiastuje orszak kościotrupów, przechadzających się w letargu po pokładzie statku – ten, choć budujący wprawdzie niepokojący klimat, motyw nie został jednak całkowicie wyczerpany – śmiercionośnej załodze nie dano bowiem szansy na aktywne uczestniczenie w spektaklu, cokolwiek ponad statystowanie. Złowróżbne zjawy stały się jednak, za sprawą pomysłowych kostiumów Małgorzaty Słoniowskiej, elementem sprawnie dopełniającym ten niepokojący obraz.

Przypadek dotkniętego klątwą Holendra na tyle porusza Sentę, córkę Dalanda (Eliza Kruszczyńska), że postanawia przysiąc mu wieczną wierność i uwolnić od niekończącej się tułaczki – w ten właśnie sposób baśniowe tło stało się pretekstem do opowiedzenia dramatycznej historii o realnym współczuciu, bezinteresowności i cierpieniu. Nie tylko wielkie serce Senty, ale również przedsiębiorczy ojciec, upatrujący w ślubie córki niemałego zysku, stają się bezpośrednią przyczyną tej historii bez happy endu. Przysięgając bowiem Holendrowi wierność do końca życia, Senta chwilę później popełnia samobójstwo, odczarowując w ten sposób podróżnika. Tragiczny wymiar tej historii koncentruje się więc również na ukochanym Senty, Eryku, który zostaje przez nią porzucony w imię bezinteresownej pomocy obcemu przybyszowi.

W inscenizacji Zawodzińskiego porywa scenografia – dwa monumentalne okręty stworzone z najwyższą skrupulatnością, dopracowane w detalach, zyskujące jeszcze na efektowności dzięki grze świateł, oraz sama koncepcja scenicznego zobrazowania fabuły gry – oba statki zdają się pływającymi miastami, na których rozgrywają się zdarzenia. Tyle tylko, że przy tak gigantycznych rozmiarów scenie zabrakło pomysłu na jej ciekawe zapełnienie – lwia część widowiska koncentruje się na duetach, które, bez odpowiedniego tła w postaci baletu lub chóru, wizualnie nie są w stanie obronić się na przytłaczającej przestrzeni. Ów niedobór przekłada się również na zbytnią statyczność spektaklu, a ten brak dynamiki momentami nuży.

I choć tytułowy Holender (13.06 był to Bogusław Szynalski) zdawał się kondycyjnie nie radzić sobie z rolą głównego solisty, to partie wokalne Senty w wykonaniu Elizy Kruszczyńskiej można uznać za najmocniejszy punkt tego wieczoru. Piękny sopran rozkwitł szczególnie w końcowej arii o Johohoe! Traff Ihr das Schiff oraz tej wieńczącej całe widowisko. Kilka słów należy się również Aleksandrowi Zuchowiczowi, którego tenor w postaci Sternika wybrzmiewa, jako najbardziej udany głos poboczny.

Dobrze poprowadzona gra świateł, strzelająca co kilka chwil fontanna i precyzyjne dekoracje to, jak się okazało, niewystarczające, aby zwieńczyć cały, udany zresztą, sezon w Operze Wrocławskiej. Całość pozostaje jednak przyjemnym dla oka widowiskiem, a za sprawą poruszających arii Wagnera – także dla ucha.

Karolina Obszyńska, Teatralia Wrocław
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 143/2015

Opera Wrocławska

Richard Wagner

Latający Holender

kierownictwo muzyczne: Ewa Michnik

reżyseria i inscenizacja: Waldemar Zawodziński

obsada 13.VI.2015 – Bogusław Szynalski, Grzegorz Szostak, Eliza Kruszczyńska, Victor Campos Leal, Aleksander Zuchowicz, Jadwiga Postrożna.

Premiera: 5 czerwca 2015

Karolina Obszyńska – rocznik 1989. Magister filologii polskiej (specjalność teatrologiczna), wcześniej studentka Uniwersytetu Warszawskiego. W „Teatraliach” od 2009 roku, w teatrze od zawsze. Publikuje także w „Teatrze”, „Didaskaliach” i „Teatrze Lalek”, na portalu wywrota.pl i ArtPapier.com. Zajmuje się teatrem pantomimy i teatrem dramatycznym, zwłaszcza Krystiana Lupy i Krzysztofa Warlikowskiego.