„Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi”? (Szczury)

Jaki ten kraj ciasny, jaki duszny, jaki odrażający. A najohydniejsza jest stolica. Stolyca, chciałoby się powiedzieć, bo to wtedy tak wielkopańsko brzmi. Z dyskretnym urokiem burżuazji. Tylko dlaczego burżuazja tapla się w swoim własnym ścierwie?

Obrzydliwość jest w Szczurach Mai Kleczewskiej na podstawie dramatu Gerharta Hauptmanna chlebem powszednim. Ale wywołuje to ten rodzaj uczucia wstrętu i zażenowania, który nie pozwala odwrócić wzroku. Abiektualnie odrzuca i fascynuje. Skrajne upodlenie obecne na scenie pełza w kierunku widzów, chwyta ich za gardło, pluje im w twarz, ale w sadomasochistycznym uniesieniu jesteśmy, chcąc nie chcąc, przykuci do krzeseł. A wyrazy zniesmaczenia tylko obnażają tę samą burżujską hipokryzję, którą wyszydza reżyserka. Już nie udawajmy takich wydelikaconych. Nie ma co z grymasem przystawiać do nosa białej chustki, dokładnie wtedy, kiedy mamy poczuć smród mentalnych wymiocin skierowanych w nas przez enfant terrible polskiego teatru.

Kleczewska wykorzystuje newralgiczne elementy społecznego odrzucenia. Jednak potępienie potępieniem, krytyka krytyką, ale idea epicentrum patologii zamkniętej w czterech ścianach nie wzięła się znikąd. Na wstępie mamy rozhisteryzowaną, ciężarną Ukrainkę oraz zacnych reprezentantów warszawskiej klasy średniej. Dość specyficzne rodzeństwo. On – niepokojąco racjonalny, ze skłonnością do dominacji. Ona – nieco neurotyczna, z wyraźną dumą obnosząca swój ciążowy brzuszek po przestronnym M4, a w międzyczasie zajmująca się gumowym niemowlakiem. Ach, przecież to tylko lalka! Prawdziwy dzidziuś jest w brzuchu i to bynajmniej nie jej. A Ukrainka, jak to Ukrainka, raz ma posprzątać, raz wyczyścić dywan, rozpuścić włosy, pokazać cycki, urodzić na strychu. Wśród szczurów. I hop! Obie panie robią interes. Jedna oddaje dziecko, druga wyciąga poduszkę spod sukienki i już dzierży w ramionach nowego potomka. W zamian za starego, któremu nieszczęśliwie zdarzyło się umrzeć, co podkreśla uroczy pokaz slajdów w rocznicę śmierci. Aby zachować wypracowaną stabilizację patologicznej rzeczywistości należałoby pozbyć się w takiej sytuacji coraz bardziej uciążliwej surogatki ze Wschodu. Ani prośbą, ani groźbą nie sposób, więc brat rozwiązuje tę kwestię bardziej radykalnie.

Równolegle do home, sweet home rozgrywa się spektakl świata zewnętrznego, ale przecież podobnie dusznego i hermetycznego. Mowa o światku sztuki – pseudoartystach i pseudokarierowiczach oraz wszystkich tych, których żenada jest scenicznym odzieniem. Sztuka służy dyscyplinowaniu – najpierw należy delikwenta nawrócić, później oswoić, aby w końcu go wytresować. Jest cały repertuar chwytów, które można wykorzystać. Na przykład pokazanie na scenie penisa. Sukces murowany. No i krytyka to uwielbia. I żeby nie było to tylko czcze gadanie – ów penis w istocie się pojawia. Publiczność na pewno zachwycona, krytyka również. Nie wiadomo tylko jak znosi to penis, w końcu stał się bohaterem. Prztyczki w nos teatralnego świata to także figura dyrektora z wielkim ego, rekompensującym zapewne niewielkie przyrodzenie, które zresztą w finale poddawane jest symulacyjnemu fellatio. Następnie prawdziwy aktor czy po prostu chłopiec od reklam. Dostaje się też Joannie Sczepkowskiej czy Barbarze Kurdej-Szatan. No i oczywiście nie mogło zabraknąć Krystiana Lupy. A do tego wszystkiego co jakiś czas przewija się również sam Pan Jezus głoszący dobrą nowinę. Towarzystwo niewątpliwie jest doborowe.

Wraz z mocnym akcentem na wstępie, Kleczewska sukcesywnie buduje napięcie, które bynajmniej nie opada, ale wciąż rośnie. Prawie jak mistrz suspensu Alfred Hitchcock. Napięcie wynikające z szaleństwa, na którego opresyjną funkcję reżyserka jest bardzo wyczulona. Skazani na społeczne lub psychologiczne wykluczenie bohaterowie i męczennicy – to właśnie szaleńcy. Ukrainka oszalała z rozpaczy za utraconym dzieckiem. Jako ta „obca”, śmieć ze Wschodu, reprezentuje problem Innego, ale jednocześnie wskazuje na Innego w nas. Staje się męczennicą, która powraca jako święta dziwka, a następnie feministka-aktywistka z grupy Femen. Szaleństwo wyrzutów sumienia dotyka także Panią Hanię, a jej kompulsywna potrzeba macierzyństwa zmienia ją w świętą z laką w jednej ręce, a krzyżem w drugiej. A to wszystko wśród bicia piany, bo Kleczewska wypełnia nią całą scenę.

Szczury składają się z fragmentów, rozczłonkowanych porządków, które z pewnego rodzaju heroiczną świadomością reżyserka rozmontowała. Subwersja i dążenie do prawdy w teatrze tworzą przedziwne świeckie misterium. I jak w każdym misterium, tak i to jest trochę przaśne, trochę wzniosłe, ale przede wszystkim pełni funkcję odkrywania poprzez zakrywanie. Prawda nie jest tu naga (nagi jest tylko penis), ale ukryta pod zwielokrotnioną warstwą symboli i aluzji. Droga do niej okazuje się niełatwa, a jej kres mało optymistyczny. Bo tam znajdujemy tylko niemoc.

Katarzyna Oczkowska, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 119/2014

7 Międzynarodowy Festiwal Teatralny Boska Komedia

Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie

Gerhart Hauptmann

Szczury

reżyseria: Maja Kleczewska

scenariusz sceniczny: Maja Kleczewska i Łukasz Chotowski

dramaturgia: Łukasz Chotowski

scenografia, reżyseria światła, video, found footage: Wojciech Puś

kostiumy: Konrad Parol

inspicjent: Marek Gorzkowski

obsada: Karolina Adamczyk, Eliza Borowska, Agnieszka Krukówna, Karina Seweryn, Maria Robaszkiewicz, Tomasz Chrapusta, Michał Czachor, Michał Jarmicki, Mateusz Łasowski

premiera: 7 grudnia 2014

Katarzyna Oczkowska – doktorantka w Instytucie Sztuki PAN. Zajmuje się polską sztuką współczesną ze szczególną słabością do kontrastów – od subtelności po kamp.