Kosmiczna samotność (Dyplom z kosmosu)

Kosmiczna samotność (Dyplom z kosmosu)

Neony zamiast gwiazd. Noc jako pora wykroczeń, doświadczania autentycznego życia i wychodzenia poza niewidzialny krąg zakazów i nakazów. Chlipanie do pustych butelek, rozpaczliwe czepianie się przypadkowych ciał, pytanie pustkowia o sens. Moralność kompromisu. Rzeczywistość rządząca się prawami tabloidów. Perwersyjna kultura patologicznych mieszkańców. Skrajna egzystencjalna nędza, czyli „tu i teraz” obywateli ponowoczesnych wielkich miast. To ich reprezentują postaci Dyplomu z kosmosu.

Studenci tworzą barwny korowód jednostek wyobcowanych i przegranych, lecz niekoniecznie złych. Chociaż są przedstawicielami anty-bohaterów, zyskują naszą sympatię. Niemożliwe byłoby bowiem zignorowanie czy wyparcie ich piosenek. „Zawsze się śpiewa w beznadziei” – mawiał poeta – i tak czynią nasi drodzy nieudacznicy: kobiety-psy, schizofrenicy, porno-lale o złamanych sercach, wykolejeni muzycy, smutni grafomani i inni. Między wersami ukradkiem ocierają łzy lub piekielnie zawodzą. Pokracznie zabiegają o uwagę, melodyjnie się dręczą, hucznie zdradzają i imprezują. Widz czuje się taksówkarzem nocnej zmiany – chcąc nie chcąc – wysłuchuje wykolejonych, a przy tym dziwnie znajomych opowieści, które za dnia nie mogłyby wybrzmieć. Tylko co z tym kosmosem?

A kosmos jest tu i tam. Kosmicznie połyskują koronkowo-cekinowe sukienki i idealnie wypastowane buty. Kosmiczne są głosy aktorów i ich rewiowe popisy. Ale kosmos urasta przede wszystkim do rangi wielkiej metafory, w której zamyka się monstrualna samotność bohaterów oraz permanentne zagubienie. Nieszczęście wymaka się definicjom. Zainteresowanie galaktyką i poszukiwanie pozaziemskich form życia nie wiąże się z postępem technologii ani przekraczaniem granic poznania. Paradoksalnie nie jest zapowiedzią triumfu człowieka, lecz jego upadku i nieomal totalnej dezintegracji. W wyobrażonych, obcych przestrzeniach postaci szukają ocalenia. Na tym, według twórców spektaklu, polega dramat ponowoczesnych indywiduów. Wiedzą, że świat, w którym żyją nie jest najlepszym z możliwych, dlatego uciekają do krain absurdalnych fantazji. Pomaga im w tym prozac, alkohol i przygodny seks. Niestety trud codzienności zmusza do odkrywania coraz bardziej ekstremalnych pocieszeń. Ciało oddala się od ciała, język ulega zeszmaceniu i mechanizacji, dotyk nie uprzyjemnia bycia w świecie. Niepoznany wszechświat staje się „podwójnym agentem” – nosi piętno winy za ponury i krwawy bieg ziemskich spraw, ale również zawiera w sobie nadzieję na lepsze jutro.

Mimo że studenci malują przed nami wyjątkowo depresyjne obrazy, to ich dyplomowi nie brakuje ani lekkości, ani „śpiewności”. Najwyraźniej zastosowano zasadę złotego środka. Bawią nie tylko ironiczne wstawki o hitach nowoczesności (świetna scena grupowej terapii dla związków partnerskich czy parodia programów typu „metamorfozy”), ale i same opowieści. Absurd i śmiech, ostentacyjna konwencjonalność i papierowość kreacji (niekiedy przełamywana) oraz naiwna prostota pieśni utrapionych uwalniają spektakl od ciężaru wyświechtanych, wielkomiejskich melodramatów, nadając mu kształt inteligentnego musicalu. To camp w najlepszym wydaniu.

Warto zwróć uwagę na konstrukcję charakterów – ich skomplikowanie wykracza poza wspomnianą typowość. Postaci potrafią być autoironiczne (cudowna scena z fortepianem w wykonaniu Wiktorii Węgrzyn), wiedzą, jak zbudować wspólnotę doświadczeń. Tragizm potraktowany z przymrużeniem oka nie osłabia wydźwięku, a chroni przed popadnięciem w patos. Co istotne jest tym bardziej, że bohaterowie nie znają wartości absolutnych. Nicość rodzi odrazę, nie wzniosłość.

Siłą przedstawienia – obok ciekawej konwencji, wysublimowanych zabiegów estetycznych i ciekawej, funkcjonalnej choreografii – zdecydowanie jest obsada. Młodzi aktorzy reprezentują realizm afektywny. Odsłaniają przeciętne frustracje, zajadle i agresywnie atakują teraźniejszość. Poszukują wszelkich możliwych sposobów na to, by o sobie opowiedzieć, i by zostać wysłuchanym. Co ciekawe, częściej niż litość wzbudzają zachwyt (na przykład Ewelina Przybyła w olśniewającym, rozwibrowanym erotycznym tańcu). Nie dziwią zatem długie owacje.

Do niekochanego i niekochającego świata przybywa zza galaktyk gość (uroczy, fikuśny Paweł Plewa). On wie, że to człowiek sam sobie szkodzi najbardziej. Ani trauma, ani despotyczny ojciec, ani złe sny nie ponoszą odpowiedzialności za zdeptane marzenia czy uśpione miłości. Kosmos nie pomoże ziemianom, póki będą trwać jako „zapłakane, kruche dupki”. Tymczasem biedne ludki nie zdają egzaminu. Aktorzy za to bronią się brawurowo.

Alicja Müller, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 85/2014

Teatr Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego

Dyplom z kosmosu

opieka pedagogiczna: Ewa Kaim
scenografia: Mirek Kaczmarek
kierownictwo i opracowanie muzyczne, aranżacje: Dawid Sulej Rudnicki
opracowanie tekstu i dramaturgia: Tomasz Jękot (III r. WRD), Patrycja Kowańska (I r. WRD)
choreografia: Dominika Knapik
przygotowanie wokalne: Justyna Motylska
przekład piosenek: Rafał Dziwisz, Tomasz Jękot, Patrycja Kowańska, Paweł Plewa
obsada: Aleksandra Adamska, Sandra Babij, Grzegorz Margas, Mateusz Mirek, Paweł Plewa, Karol Polak, Ewelina Przybyła, Wiktoria Węgrzyn, Paweł Wolsztyński
zespół muzyczny w składzie: Dawid Sulej Rudnicki (piano, trąbka), Grzegorz Bąk (bas), Michał Peiker (perkusja), Artur Kiklica (gitara elektryczna)

premiera: 24 stycznia 2014

fot. archiwum teatru

Alicja Müller, rocznik 1991, studentka filologii polskiej, z „Teatraliami” związana od 2010 roku. Miłośniczka absurdu i dadaistów.