Komunikat o krachu komunikacyjnym (Łysa Śpiewaczka)

Milcząca od jakiegoś czasu Łysa śpiewaczka Eugene’a Ionesca znów wraca do łask. Czy to za sprawą aktualności tego tekstu, czy to dzięki wybitnej obsadzie, od miesiąca kasjerzy ze Sceny przy Wierzbowej muszą odprawiać kolejnych chętnych z kwitkiem. Sztuka z pewnością zadowoli miłośników angielskiego humoru, ale – choć jest zrealizowana w niezwykle dokładny sposób– raczej nie zostanie okrzyknięta wydarzeniem teatralnym naszych czasów.

Gdy Ionesco uczył się angielskiego, proponowane w podręczniku rozmówki rozbawiły go do tego stopnia, że napisał Łysą śpiewaczkę. Sztuka, której głównym bohaterem jest system językowy, właśnie od nich się zaczyna.

I wszystko byłoby bardzo zabawne, jak u Ionesca, z tym że Prus kazał swoim postaciom podejmować ciągłe, nieudane próby nawiązania realnego kontaktu. Niepokojące są również nieustanne wybuchy irytacji (między małżonkami)lub smutku (u Kapitana Straży czy u Służącej) na skutek niezrozumienia.

Twórcy spektaklu zaproponowali ciekawą scenografię – interlokutorzy umieszczeni są w umownej przestrzeni angielskiego salonu. Wnętrze urządzone przez Borisa Kudličkę nie jest zbyt zachęcające. Pseudomarmurowe, zimne ściany w bieli złamanej szarością, tą samą imitacją kamienia wyłożona posadzka, duży stół i cztery ciemne krzesła wyściełane miękką tapicerką – każą nam pamiętać, że jesteśmy w teatrze dalekim od antycznej mimesis. Ściany nie tworzą sceny pudełkowej, ale trzy potężne słupy, między którymi rozmieszczona jest widownia. Publiczność, obserwując spektakl, patrzy sobie nawzajem w twarze i chcąc nie chcąc bierze udział w ogólnym rytuale unicestwiania języka.

Na jednym ze słupów widnieje zegarowy ekran. Nie dość, że wskazywane przez niego godziny mają się nijak do czasu scenicznego, to jeszcze co chwila słowa rozpadają się tam na pojedyncze litery, te zaczynają bezładnie krążyć, aż przekształcają się w następne. To samo dzieje się z dialogami bohaterów. Począwszy od w miarę składnej gramatycznie rozmowy o kolacji, doktorze, rodzinie Bobych itd., dochodzimy do skrajnie bezsensownej wymiany zdań przypominającej grę: kto idiotyczniej przetłumaczy angielski idiom. Co więcej, bezładne krążenie zegarowych godzin wnika w relacje postaci. Gdy nie można mówić o psychologii, trudno mówić o relacjach. A jednak zachodzi tu coś interesującego. Relacje między państwami Smithów i Martinów (zarówno wewnętrznie, jak i względem innych) podlegają nieustannym przetasowaniom. W trakcie jednej rozmowy potrafią zmieniać „ugrupowania” kilkakrotnie – raz stanowią obozy: małżeństwo kontra małżeństwo, innym razem kobiety ścierają się z mężczyznami, to znów następuje wzajemna adoracja osobników płci przeciwnych z drugiego małżeństwa. Wszystko to w sposób naturalny, lekki i przeraźliwie chwilowy.

A nad sceną krążą puste frazesy wygłaszane z absolutnym przekonaniem i pobrzmiewające tonem prawdziwości, ale nieskładające się de facto w żadną całość. Choć konwersacja płynie, trudno ją nazwać dialogiem. Przerywa ją drastycznie wystąpienie Mary, świetnie odegranej przez Beatę Fudalej. Jej amarantowy kostium, czerwone, lakierowane, wysokie szpilki oraz burza loków dają do zrozumienia, że mamy do czynienia z osobą władczą i obdarzoną niezwykłym seksapilem. Tymczasem to właśnie ona jest pozornie wyprana z osobowości. Fudalej porusza się bardzo mechaniczne, nie tyle marionetkowo, co w sposób kojarzący się z filmami fantasy, grami komputerowymi lub telewizyjnymi stacjami muzycznymi. Tą stylistyką wtapia się w klimat sztuki. Rozbija ją dopiero w scenie z Kapitanem Straży, kiedy to okazuje się czułą, wrażliwą, niewinną w swoim uczuciu „oblubienicą”. Jej deklamacja wiersza o ogniu naprawdę przejmuje dreszczem. Muzyczny podkład rodem z sentymentalnej klasyki nadaje tej scenie znamiona kiczu i śmieszności, a jednak niesie ona w sobie pewien ładunek prawdy, którego trudno się doszukać w pozostałej części przedstawienia.

Po wystąpieniu Mary następuje całkowity rozpad komunikacji, a co za tym idzie – jakichkolwiek relacji. Jakby ten oścień prawdziwego uczucia rozsadził zmrożone serca małżonków. I tak jak rozszczepienie atomów w bombie jądrowej kończy się niekontrolowanym wybuchem, tak tutaj to swoiste rozszczepienie języka prowadzi do kakofonii absolutnej. Scenografii materialnej towarzyszy jakby scenografia językowa. Atmosfera staje się gęsta od wypowiedzianych słów, które nigdzie nie znajdują zaczepienia, krążą bezładnie nad sceną, zderzają się ze sobą i prowadzą do wielkiej kłótni.

Na ile wizja Prusa znajduje odzwierciedlenie w naszych czasach? Z pewnością są środowiska, których taka niemożność porozumienia dotyczy. Nie zgodzę się jednak z sugestią zawartą w ustawieniu widowni, że robak bezsensu toczy całe społeczeństwo. Tym bardziej, że to właśnie widok publiczności z naprzeciwka, podejmującej trud zrozumienia przekazu scenicznego, burzy przekonanie o powszechnej obojętności komunikacyjnej. Choć wydaje się, że współcześnie wszystko jest anty-, także język stał się antyjęzykiem, a relacje – antyrelacjami, ciągle można znaleźć ludzi słuchających uważnie drugiego człowieka oraz własnych myśli. Bohaterom Ionesca i Prusa ewidentnie tego brakuje.

Krystyna Pawliszak, Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 61/2013              

Teatr Narodowy w Warszawie

Łysa Śpiewaczka

Eugène Ionesco

przekład: Jerzy Lisowski

reżyseria: Maciej Prus

scenografia: Boris Kudlička

kostiumy: Jagna Janicka

reżyseria światła: Maciej Igielski

asystenci scenografa: Arkadiusz Chrustowski, Elwira Szyszka

asystentka kostiumolożki: Anita Trzaskowska

realizatorzy światła: Adam Kalka, Dariusz Wieczorek

realizatorzy dźwięku: Marcin Kotwa, Maciej Rybicki

inspicjentka, suflerka: Ewa Dworecka

obsada: Andrzej Żmijewski (Pan Smith, gościnnie), Ewa Wiśniewska (Pani Smith), Jacek Mikołajczak (Pan Martin), Anna Seniuk (Pani Martin), Beata Fudalej (Służąca Mary), Grzegorz Kwiecień (Kapitan Strażaków)

premiera: 13 kwietnia 2013

fot. Robert Jaworski

Krystyna Pawliszak – absolwentka filologii polskiej ze specjalizacją teatrologiczną na UKSW, zawodowo korektor/redaktor, obecnie – mama na etacie rodzicielskim.